środa, 5 sierpnia 2015

Rozdział 5


- Lepiej uważaj co mówisz- powiedziałam wchodząc do salonu i zwracając uwagę pozostałych. Przez kilka sekund wraz z Harrym mierzyliśmy się wzrokiem na co Paul postanowił zainterweniować.
- Ustaliliśmy z Lily, że zostaniecie tutaj na razie miesiąc a później się zobaczy.
- Na razie!? – warknął Harry – To już jest szczyt wszystkiego! Po co zabrałeś nas na to zadupie?
Słysząc jego słowa, aż zagotowało się we mnie. Co on sobie wyobraża? Nikt go tu na siłę nie zapraszał. Jak już się tu pojawił to mógłby chociaż okazać jakiś szacunek względem nas. Ja rozumiem, że to miejsce niczym nie przypomina Londynu, ale gdyby tylko spróbował dostrzegłby jego magię. Kumulacja złych emocji dzisiejszego dnia spowodowała, że wyładowałam się na nim. – Posłuchaj mnie gwiazdunio. To nie jest jakaś cholerna arena, żebyś się tak wydzierał. Co ty sobie myślisz co? Nie jesteś pępkiem świata! Skoro nie chciałeś to trzeba było tu nie przyjeżdżać. Nikt na siłę cię tu nie zapraszał!
- Kim ty do cholery jesteś!?
- Hm… Pomyślmy… A już wiem. Jestem właścicielką tego rancza i nie pozwolę ci powiedzieć o nim złego słowa. Zapamiętaj sobie jedno tutaj każdy jest sobie równy i lepiej nie szukaj we mnie wroga skoro masz tu przebywać calutki miesiąc.
- No chyba sobie kpisz! Ty właścicielką? Pewnie jesteś jedną z tych, których jedynym problemem jest wybór lakieru do paznokci!
Wszyscy obecni w salonie przyglądali się tej wymianie zdań z wyraźnym szokiem wymalowanym na twarzy. Chłopaki nie mogli zrozumieć co wstąpiło w Harrego z kolei Lizzy zastanawiała się co doprowadziło do wybuchu swojej siostry. Dopiero Paul przerwał tą kłótnię. – Harry przestań!
- Ja mam przestać!? Przecież ta.. ta…
- Zważaj na słowa- warknęłam do niego.
- Dosyć tego! – krzyknęła Maria- Ty idź się przejdź i ochłoń – powiedziała wskazując na mnie – A ty idź do kuchni i pomyśl nad sobą – tu zwróciła się do Harrego.
- Wracam za 10 minut- warknęłam po czym prędko wyszła z domu.

- Przegiąłeś stary- powiedział Louis do Harrego.
- Dajcie wy mi wszyscy święty spokój – krzyknął Harry po czym wyszedł do kuchni.
Maria postanowiła trochę złagodzić sytuację jednak nie wiedziała co zrobić. Dopiero Lizzy zwróciła się do reszty – Przepraszam za siostrę. Ona po prostu nienawidzi gdy ktoś mówi coś złego o ranczu.
- Ja też przepraszam za niego. Harry nie jest taki zły. Po prostu ostatnio jest bardzo zagubiony.

Wkurzona wyszłam z domu. Od razu udałam się w stronę stajni. Przebywanie tam zawsze pomaga mi się uspokoić. Jak on śmiał nazwać „La lunę” zadupiem? Przecież to takie piękne miejsce. No ale czego tu oczekiwać? On ma wszystko o czym marzy i nie potrafi tego docenić. Nie wie jak to jest  patrzeć na własne marzenia, które spełniają się innym. Myśleć jak wiele byś dała za choć jedną rzecz z tych, które tamci mają na co dzień. Ja od 3 lat muszę sobie radzić sama. Wszystkiego muszę osobiście doglądać. To nie tak, że się skarżę. Lubię to robić ale czasami mam wrażenie, że to ponad moje siły. Muszę zajmować się rzeczami, które kiedyś wykonywał mój dziadek, później mój brat, a teraz to wszystko spadło na mnie. Gdyby tylko wiedział jak wiele mnie to kosztuje. Ale nie wielki panicz się znalazł. Założę się, że nie wytrzymałby jednego dnia pracując tutaj. Dla mnie ranczo jest całym moim życiem. Staram się zrobić wszystko, by jak najlepiej nim zarządzać. Nie chcę zawieźć dziadka. To dzięki niemu jestem jaka jestem. Pamiętam jaki był dumny z rancza. To właśnie on zaszczepił we mnie miłość do tego miejsca. To właśnie dlatego nie mogę się poddać. Przede wszystkim nie mogę zawieźć samej siebie.  Dochodząc do stajni zauważyłam palącego nieopodal …jak mu było? A Zayna, co jeszcze bardziej mnie zdenerwowało.- Ile razy mam ci powtarzać, że tutaj się nie pali!?
- O co ci chodzi? Przecież nic nie robię. Próbuję zostać sam, ale jak nie oni to ciągle wpadam na ciebie!
- O co mi chodzi? A może o to, że ranczo to całe moje życie, a wam się wydaje, że skoro macie tyle forsy to możecie pomiatać ludźmi!?
- Co…
- Dopiero co tu przyjechaliście a ja już mam dosyć. Co wy myślicie, że każdy ma tak fantastyczne życie jak wy? Że obojętnie o czym pomyślicie to, to dostajecie? Otóż nie! Tutaj trzeba na wszystko samemu ciężko pracować. Nic nie spada z nieba. A do tego wszystkiego ten zarzuca mi, że jedynym moim problemem jest wybór lakieru do paznokci!- dokończyłam wkurzona. Od razu gdy skończyłam to mówić zrobiło mi się głupio, że wyrzyłam się nim. Moje problemy nie są z nim związane, ale potrzebowałam wykrzyczeć te wszystkie emocje, które we mnie buzowały, a on był pierwszą osobą którą spotkałam.
- O czym ty mówisz?- zapytał zdezorientowany Zayn.
Przez chwilę staliśmy w kompletnej ciszy. Musiałam się uspokoić by nie wybuchnąć jeszcze bardziej co było by nie fair wobec niego albo co gorsza rozpłakać się. On jest tylko gościem na ranczu więc nie musi wiedzieć nic o mnie. Mój obiekt wybuchu przypatrywał mi się z niepokojem. A może mi się wydaje? Zdążyłam zauważyć, że nie rozmawia z swoimi przyjaciółmi więc pewnie chce, żebym mu dała spokój.– Nie ważne. Przepraszam, że na ciebie nakrzyczałam. Jak byś mógł to powiedz mojej siostrze, że wrócę za pół godziny.- powiedziałam po czym szybko weszłam do stajni. Usłyszałam jak coś jeszcze do mnie woła, ale nie słuchałam. Szybko dosiadłam Jeffreya i pognałam przed siebie.

Wychodząc z domu miałem nadzieję, że zostanę sam. Jednak długo nie cieszyłem się błogim spokojem. Znowu jak jakieś tornado wpadła na mnie ta cała Lily i jak zwykle zaczęła na mnie krzyczeć. Nie chciałem być nie miły, ale jak na razie ten cały wyjazd mnie tylko bardzo irytuje. Zgodziłem się wyjechać licząc na spokój ale ciągle ona się o coś czepia. Brunetka zaczęła na mnie krzyczeć, a ja stałem tam i nie wiedziałem o co jej chodzi. Z każdym kolejnym zdaniem przypatrywałem się jej z wyraźnym niepokojem. Musiało się coś stać, że mówiła o takich rzeczach. Chciałem się dowiedzieć o co chodzi, ale ona ni stąd ni zowąd mnie przeprosiła i uciekła do stajni. Próbowałem ją zatrzymać, ale tylko zauważyłem jak ruszyła przed siebie konno. Stałem tak chwilę w osłupieniu, aż w końcu postanowiłem wrócić do domu. Wchodząc tam zastałem wszystkich siedzących w salonie w kompletnej ciszy. Harrego gdzieś wcięło. Postanowiłem przekazać wiadomość i udać się do pokoju. Gdy wszyscy mnie zauważyli młodsza siostra zapytała – Nie widziałeś gdzieś mojej siostry? Minęło już ponad 10 minut a jej nigdzie nie ma. Przecież zawsze przychodzi na czas.
- Kazała ci przekazać, że wróci za pół godziny.
- Rozmawiałeś z nią?
- Taa… Najpierw na mnie nawrzeszczała za to, że palę. Później krzyczała coś, że to nasza wina, a na koniec coś o jakiś lakierach do paznokci? Nie wiem nic nie zrozumiałem. Na koniec odjechała gdzieś konno.
- Ominęło cię niezłe tornado- zwrócił się do mnie Tommo.
- Cholera. – powiedziała tylko Lizzy i wybiegła z domu.

- Co się dzieje? – spytał Liam.
- Nie nic szczególnego. – odparła z uśmiechem Maria.
Nie chcąc dalej przebywać w tym salonie zapytałem gdzie jest mój pokój. Po usłyszeniu wiadomości udałem się na górę. Próbowałem odpocząć ale nie mogłem przestać myśleć o tej sytuacji. Ciekawe co się wydarzyło, że brunetka tak na mnie naskoczyła. Muszę się jakoś tego dowiedzieć. Może zapytam Nialla? Jestem tutaj od niedawna ale co raz częściej myślę o tym, żeby pogodzić się z chłopakami. Bardzo chciałbym wrócić do dawnego życia ale to jest bardzo trudne. Po tym co się wydarzyło nikt nie potrafił mi pomóc. Ale nie ważne. Wróćmy do Lily. Ta dziewczyna miała coś w sobie, czego u innych nie zauważyłem. Odkąd tylko zobaczyłem ją kroczącą w moją stronę cały czas zaprząta moje myśli. Nikt w taki sposób nie zaburzył mojego spokoju ducha. Prawdę mówiąc do wczorajszego dnia nawet przez myśl mi nie przeszło, że będę w stanie choć na chwilę przestać rozmyślać o tym wypadku. A tym bardziej przez dziewczynę. Leżąc tak na łóżku cały czas analizowałem to spotkanie przy stajni, aż wreszcie zasnąłem.

Po tym co powiedział mi Zayn szybko wybiegłam z domu. Dosiadając konia postanowiłam znaleźć moją siostrę. Od przyjazdu chłopaków wyraźnie coś ją męczy. Czyżby słowa Harrego aż tak bardzo ją poruszyły? Dotarłszy na szczyt niewielkiego wzgórza, przystanęłam. Stąd miałam doskonały widok. Rozglądałam się po okolicy ale nigdzie nie mogłam jej dostrzec. W pierwszej chwili myślałam, że może musiała się czymś zająć na ranczu, ale przecież wtedy nie potrzebowała by tylko 30 minut. Zawróciłam konia w stronę wąskiej ścieżki prowadzącej przez las. Był to swoistego rodzaju skrót prowadzący do jeziora. Tak naprawdę nikt o nim nie wie. Do pewnego czasu nawet ja o nim nie wiedziałam. Dopiero gdy Lily uznała, że jestem na tyle duża pokazała mi go. Sama lubię tam chodzić, by pomyśleć nad czymś lub po prostu szukając samotności. Przemierzając las w końcu moim oczom ukazała się tafla wody. Zsiadając z konia przywiązałam go do drzewa i postanowiłam się rozejrzeć. Do pobliskiego drzewa przywiązany był ukochany koń mojej siostry – Jeffrey. Lily nigdy by go nie pozostawiła samego na pastwę losu, co oznacza, że musi tu gdzieś być. Jednak zbliżając się do brzegu jeziora nigdzie nie dostrzegłam mojej siostry. Bardzo mnie to zaniepokoiło. Co prawda nigdy nie mówiła gdzie chodzi, ale zazwyczaj ją tutaj znajdowałam. Lecz tylko wtedy gdy chciała, żebym ją znalazła po to by porozmawiać. Jak na prawdę chciała pobyć sama jeździła gdzie indziej. Idąc przed siebie nagle dostrzegłam coś co prawie doprowadziło mnie do zawału serca.

- Lily!

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Obserwatorzy