- Lily mnie unika i nie chce ze mną
rozmawiać.
- Przejdzie jej.
- A jak nie? Nie znasz jej, ona
potrafi …
- Co tak szepczecie, hm? – wtrącił
Louis. – Idziemy na spacer dołączycie się?
- Jasne zaraz was dogonimy.
- …się gniewać wiekami.
- Możemy razem z nią porozmawiać.
Może wtedy wyjaśni ci wszystko?
- Świetny pomysł. Dzięki Niall za
pomoc.
- Do usług, a teraz chodźmy na ten
spacer.
Od samego rana Lily chodziła jak
struta. Już w nocy bezsilność nie pozwalała jej się dobrze wyspać. Sprawy
zawodowe nie wpływały na poprawę samopoczucia. Informacja, że stado uszczupliło
się o więcej niż sto sztuk nie dawała jej spokoju. Jeśli okaże się, że brakuje
ponad 600 sztuk bydła zyski „La luny” spadną niemal do zera. Najgorsze jest to,
że jak kradzież się powtórzy będzie zmuszona sprzedać kawałek ziemi, by jakoś
funkcjonować. Takie sytuacje utwierdzają ją tylko w przekonaniu, że jest zdana
tylko na siebie. Ranczo należy do niej, zatem kłopoty z nim związane musi sama
rozwiązywać. Nie ma już osoby, która mogłaby ją w tym wyręczyć. Chwytając
kapelusz, zaraz po śniadaniu, wyszła z Jose. Czekało ją mnóstwo pracy, ale
wiedziała jedno, że nigdy się nie podda. Gdyby zostało jej tylko sto krów krok
po kroku zaczęłaby odbudowywać hodowlę. Nie pierwszy raz zaczynałaby wszystko
od zera.
- I jak się sprawy mają?
- Brakuje około 400 sztuk. Całe
szczęście, że zauważyłaś uszczuplenie stada. Gdybyś nic nie zrobiła mogłabyś
wszystko stracić.
- Czy ty się słyszysz? To nie jest
jedna krowa tylko czterysta. Przeglądając rachunki wyszło, że w ostatnim czasie
nie sprzedaliśmy żadnego bydła więc wychodzi na to, że ktoś systematycznie nas
okrada. Nienawidzę być taka bezradna!
- Znajdziemy tego drania. Obiecuję
ci.
- Sama nie wiem…
- Kazałem tacie zorganizować
pracowników do strzeżenia rancza.
- Myślałam, że da się tego uniknąć…
- To jest chwilowe rozwiązanie.
Wiem jak nie lubisz zamieszania, ale trzeba złapać złodziei.
- Wiem, choć nie rozumiem dlaczego.
Czy ktoś aż tak mnie nienawidzi? No powiedz…
- Nie myśl o tym. Ktoś próbuje ci
zaszkodzić, ale nie możesz się poddać.
- Wiesz co, coraz częściej mam tego
wszystkiego dosyć. Zastanawiam się jakby wyglądało moje życie gdybym miała
rodziców i mieszkała w Londynie. Czy byłabym szczęśliwsza? Czy nie miałabym
żadnych problemów? Czy… - brunetka wyrzucała z
siebie kolejne słowa dopóki Jose jej nie przytulił.
- No już. Znając ciebie i tak
prędzej czy później wylądowałabyś w „La lunie”. – posłał jej pokrzepiający
uśmiech.
- Ale chociaż miałabym rodzinę… -
szepnęła bardziej do siebie.
- Lily…
- Nie musisz nic mówić. Wracam do
pracy.- powiedziała odsuwając się od niego.
Odkąd wyznałem Lily prawdę nie
wiem, co mam ze sobą zrobić. Brunetka rozmawia ze mną tylko na neutralne tematy
ale przez większość czasu celowo mnie unika. Myślałem, że kiedy wreszcie wyznam
prawdę wszystko stanie się łatwiejsze, a jest wręcz przeciwnie. Jestem
beznadziejny. Siedzę tu sam i z daleka obserwuję Lily. Chociaż tyle mogę. Po
prostu gapić się na nią. Prowadziła zawziętą rozmowę z Jose, przesadnie przy
tym gestykulując. Postanowiłem podejść bliżej i zobaczyć o co chodzi. Jose jak
tylko mnie zauważył pokręcił głową i odszedł. – Lily? – zapytałem na, co
brunetka odwróciła się w moim kierunku. Miała nietęgą minę.
- O co chodzi, Zayn? – spytała.
Lubię jak wypowiada moje imię.
- Wiem, że tego nie lubisz, ale
może ci w czymś pomogę?
- Mi to już chyba nikt nie może
pomóc…- odpowiedziała czym mnie zaskoczyła.
- Jednak zaryzykuję.
- Nie warto. I tak zawodzę
wszystkich więc to nic nie zmieni.
- O czym ty mówisz?
- Nieważne.
- Chciałbym wiedzieć, co ci jest –
powiedziałem.
- W czym można człowiekowi naprawdę
pomóc - rzekła. Odgarnęła swoje ciężkie, brązowe włosy i milczała chwilę.
Widziała, iż patrzę na nią aż do bólu oczu. - Każdy musi sobie sam dawać jakoś
radę - rzekła. - Cóż więcej?
- Potrzebujesz pomocy.
- To nie…
- Ile razy będziesz powtarzać, że
to mnie nie dotyczy? Aktualnie tu mieszkam więc w jakimś stopniu jednak to
wszystko na mnie wpływa.
- Właśnie aktualnie. Więc nie na
zawsze. Dla ciebie to bez różnicy co tu się dzieje. Nie wiesz jak wygląda życie
tutaj, jak bardzo to wszystko jest skomplikowane.
- Dobrze. Chcesz wiedzieć to ci
powiem. Ktoś systematycznie mnie okrada i nie mogę nic zrobić. Stado
uszczupliło się o 400 sztuk i jak dalej tak będzie to w końcu będę musiała
sprzedać kawałek ziemi, żeby mieć za co żyć. Jak widzisz życie nie jest
sprawiedliwe więc zostaw mnie w spokoju.
- Zawsze mogę ci pomóc. To dla mnie
żaden kłopot.
- Nic od ciebie nie przyjmę. Sama
muszę sobie z tym wszystkim poradzić. Wiesz tu nawet nie chodzi o
pieniądze…Włożyłam w to ranczo tyle pracy i wysiłku, a ktoś po prostu
przywłaszczył sobie coś mojego. Od tak. – powiedziała pstrykając przy tym
palcami. – Cały czas się łudzę, że jakimś cudem to okaże się jakimś kiepskim
żartem i wszystko wróci do normy. Powiem ci coś czego może nie powinnam. Tak
naprawdę się boję. Próbuję o tym nie myśleć , ale nie potrafię. Tak wiele
zależy od tego, czego uda mi się dokonać w tym roku. Dokonałam pewnych
inwestycji licząc, że szybko się zwrócą. Jednak strata tylu krów znacząco
odbije się na „La lunie”… i na mnie. Ale to nie jest ważne, co się ze mną
stanie. Obiecałam sobie, że nigdy się nie poddam, ale trudno cokolwiek zrobić
kiedy wszyscy są przeciwko mnie. Prowadzenie rancza nie należy do łatwych
zadań, a kiedy jest się kobietą… Żeby osiągnąć sukces kobieta musi być dwa razy
lepsza od mężczyzny… - zakończyła bezradnie. Zmniejszając dzielącą nas
odległość do minimum zgarnąłem ją do uścisku.
- Zobaczysz wszystko się w końcu
wyjaśni. Nie powiem ci, że będzie dobrze, bo nie wiem jak będzie, ale na pewno
poznasz prawdę. To ci mogę obiecać. – powiedziałem. Lily odsunęła się ode mnie
i wpatrywała się we mnie w milczeniu.
- Teraz widzisz, że nie jesteś w
stanie niczego zrobić.
- A właśnie, że jestem. Chodź ze
mną.
- Co ty planujesz? Lepiej się w to
nie mieszaj. – powiedziała.
- O nic nie pytaj. – odpowiedziałem
i łącząc nasze dłonie pociągnąłem ją w stronę domu. Poczułem, że cała się
spięła, ale nie protestowała. Docierając do domu zaprowadziłem ją do gabinetu,
gdzie nakazałem zawiadomić policję. Po usłyszeniu kilku złośliwych uwag typu
„sama bym na to nie wpadła” Lily w końcu spełniła mój nakaz. Po drodze
minęliśmy całą ekipę wracającą ze spaceru. Wyglądali na zaskoczonych, ale na
tłumaczenie przyjdzie pora za chwilę. Przez kilka minut brunetka tłumaczyła
przez telefon o co chodzi. Na szczęście policjanci przyjęli zgłoszenie i
zapewnili, że niezwłocznie zajmą się sprawą.
- To koniec twojego błyskotliwego
planu?
- Nie. Teraz idziemy znaleźć
resztę.
- Ale…
- Miałaś nie pytać. – przerwałem
jej zanim na dobre by się rozkręciła. Znajdując wszystkich w salonie
poprosiłem, żeby zajęli miejsca przy stole i chwilkę poczekali. Po
przyprowadzeniu Jose i wyjaśnieniu mu pokrótce o co mi chodzi mogłem przekazać
mój plan pozostałym. Lily z ostrym spojrzeniem wpatrywała się we mnie, co nie
było za przyjemne. Choć z drugiej strony…
- Może ktoś nam wyjaśni o co
chodzi? – zapytał Harry przerywając tym samym moje rozmyślania. Zacząłem im po
kolei wyjaśniać dlaczego ich tu zebrałem. Począwszy od tego, że na ranczu jest
złodziej skończywszy na tym, że wszyscy razem spróbujemy znaleźć zaginione
stado. Lily jak i reszta nie byli zadowoleni moim pomysłem. Brunetka
twierdziła, że to nic nie da, a pozostali twierdzili, że się tutaj prędzej
zgubią niż coś znajdą. Dopiero jak Jose wyjaśnił, że z każdą grupką pójdzie
zaufany pracownik zgodzili się twierdząc, że to będzie fajna przygoda. W sumie
to tylko Louis tak stwierdził. Dobrze, że Lily nie zaczęła na niego wrzeszczeć,
bo na to nie byłem przygotowany. Jednak ona puściła to mimo uszu i cierpliwie
wysłuchiwała wywodów zarówno moich jak i Jose. Pod koniec dołączyła do nas
jeszcze Lizzy i dopiero wtedy Lily się zgodziła twierdząc, że zabrakło jej
argumentów. Nie powiem wytrwale się sprzeciwiała. Ciężki z niej negocjator.
Ostatecznie doszliśmy do wniosku, ze jutro od samego rana ruszymy na
poszukiwania.
- Czyli wszystko ustalone. A teraz
wybaczcie, ale pójdę sobie. – powiedziała Lily i prędko opuściła pomieszczenie.
- No co tak stoisz? Idź za nią. –
szepnęła mi Lizzy. Dwa razy nie trzeba mi powtarzać. Rozglądałem się wkoło, ale
nigdzie nie mogłem jej znaleźć. Dopiero po chwili wpadłem na to, gdzie mogła
pójść. Przemierzając sad w końcu ją znalazłem. Siedziała pod jednym z drzewek i
patrzyła przed siebie.
- Dlaczego to robisz? – zapytała w
pewnej chwili nawet się nie odwracając w moim kierunku.
- Skąd wiedziałaś, że to ja?
- Nikt nie łazi za mną oprócz
ciebie. – odpowiedziała na co się zaśmiałem. – Odpowiesz czy nie?
- No nie wiem…
- Albo odpowiesz albo możesz stad
iść. Wybieraj.
- Okej. – odpowiedziałem siadając
obok niej. – Widzę, że ta sprawa bardzo cię męczy dlatego chcę pomóc. Po za tym
póki nie rozwiążesz tego problemu nie mam, co liczyć na żadne wyjaśnienia.
- Myślisz, że jak mi pomożesz to
nagle zacznę się inaczej zachowywać względem ciebie? Jeśli tak myślisz to muszę
cię uświadomić, że to tak nie działa. – odpowiedziała po czym zwróciła się w
moją stronę. – Wiem, że masz dużo pytań i oczekiwałeś nieco innej reakcji z
mojej strony, ale wiedz, że to nie ma żadnego związku z tym co mi powiedziałeś.
Nie chodzi tu o ciebie tylko o mnie. Więc nie zadręczaj się tym tak. Na pewno
jest ci teraz trochę lżej prawda? – zapytała na co skinąłem głową. – Widzisz
żadna tu moja zasługa. Samo to, że mi o tym opowiedziałeś sprawiło, że czujesz
się trochę lepiej niż przed przyjazdem tutaj. Wystarczyło znaleźć tylko dobrego
słuchacza i wcale to nie musiałam być ja.
- Ja tak nie uważam. Próbowałem z
kimś o tym rozmawiać, ale nikt nie potrafił słuchać. Nawet psycholog się nie
nadawał. Dopiero ty sprawiłaś, że ci zaufałem i wyznałem wszystko. Nie żałuję,
że przyjechałem tutaj. To była najlepsza decyzja jaką kiedykolwiek podjąłem.
- Na pewno nie, ale miło jest
słyszeć, że choć jedna osoba nie traktuje „La luny” jako dziury zabitej
dechami. Staram się robić wszystko by zmienić nastawienie innych, ale to jest
tak jak walka z wiatrakami. Czym bardziej próbujesz tym gorzej to wychodzi…
- Dlaczego tak mądrzy i wrażliwi
ludzie jak Ty, noszą w sobie najwięcej cierpienia? – spytałem sam siebie.
Jednak Lily zaczęła mówić.
- Tacy ludzie czują bardziej. Wszystko mocniej ich dotyka.
Każdy element siedzi schowany głęboko we wnętrzu psychiki i bardzo często
przebiegle rani. Słowa pozostają zapamiętane na dłużej, a te wypowiedziane
przekazują informacje tak często niedostrzegalne przez innych. Trudno jest się
wyzbyć tego uczucia, tej wiecznej samotności, wrażliwości na wszystko, zupełnie
innego poglądu na świat. Każdego dnia budzimy się i rozpoczynamy na nowo
kolejny dzień. Wszyscy ludzie gdzieś pędzą, do szkoły, do pracy, do swoich
spraw. Każdy o czymś myśli, ma czymś zaprzątniętą głowę, wszystko planuje, co
zrobi za godzinę, gdzie pojedzie, ile dokumentów musi załatwić do południa. Ta
nieliczna, choć spora część osób wstaje rano i nie myśli o tym, co zjeść na
śniadanie, jaki serial dziś obejrzeć, co na siebie ubrać, komu złożyć życzenia
urodzinowe. Ci ludzie wstają i zastanawiają się, jak żyć, jak żyć by przetrwać…
- Lily…
- Nie. Idź już. Chcę przez chwilę zostać sama.
- Dobrze pójdę, ale pamiętaj, że nie jesteś sama…















