wtorek, 29 sierpnia 2017

Rozdział 45

- To imprezę czas zacząć! - krzyczy Daga a to co się dzieje później wprawia mnie w osłupienie. 
- Zdrowie! - krzyknął Louis. Wszyscy stuknęli się kieliszkami, wypijając pierwszą kolejkę. Kilka bądź kilkanaście kolejek później całe nasze towarzystwo ledwo trzyma się na nogach. Niall przysypia oparty o ramię Lizzy, która nie wypiła aż tak dużo ze względu na siostrę. Liam z Katie poszli potańczyć, a reszta ekipy zawzięcie o czymś dyskutuje.
- Widzicie? Mówiłem, że ten zakład dobrze na nas zadziała. - mówi Harry.
- Jesteś bardziej pijany ode mnie, czyli wygrałam - odpowiada mu Lily. Jej zaróżowione policzki wskazują na stan upojenia, choć muszę przyznać, że nieźle się trzyma.
- Nieprawda! - broni się chłopak. Muzyka staje się głośniejsza, a na parkiecie pojawia się Ana ze swoją świtą. Wszyscy ponownie składają jej życzenia i śpiewają "Sto lat".
- Jak ona mnie denerwuje! Myśli, że jest lepsza od nas? - pyta Daga.
- Z pewnością tak myśli. - zwraca się do niej Lily.
- I ty jej na to pozwolisz?
- A co niby mam zrobić?
- Cokolwiek. Ta impreza nie może się jej udać! - krzyczy Daga. Louis z Harrym wymieniają porozumiewawcze spojrzenia. Po chwili nie wiem jakim cudem ale gramy w prawda i wyzwanie. Pod wpływem Louisa, Lily wybiera wyzwanie. Znając Lou wiem, że to będzie coś głupiego. Przeczucie mnie nie myli kiedy słyszę pytanie Lily, a później jego pomysł.
- Co znowu knujesz? - pyta Lily.
- Powinnaś zatańczyć na barze. - uśmiecha się chytrze Louis.
- Co!? - mówimy z Lily jednocześnie.
- Zatańcz na barze. To twoje wyzwanie.
- Lily tego nie zrobi. - Lizzy kręci głową. Dziewczyna wypija kolejny kieliszek, po czym wstaje. Spogląda z uśmiechem na Anę i kieruje się w stronę baru, który znajduje się tuż obok naszej loży. Z rozszerzonymi oczami patrzę przed siebie, gdzie Lily odpina swoje szpilki, po czym wchodzi na stołek, a później na bar.
- O w mordę! - krzyczy Harry.
- Ja pierdole! - popiera go Louis.
- Nie wierzę! - śmieje się Lizzy. Lily zaczyna poruszać się w rytm muzyki, przyciągając tym samym uwagę gości. Wpatruje się w nią kiedy przenosi ręce na biodra i zaczyna nimi kołysać. Nigdy bym nie przypuszczał, że odważy się na coś takiego, choć z drugiej strony Lily jest nieprzewidywalna. Zamierzam wstać, ale powstrzymuje mnie ręka Louis'a.
- Nie psuj przedstawienia. - podążam wzrokiem w stronę baru i natrafiam na spojrzenie Lily. Posyła mi uśmiech, jakby wiedziała co się dzieje w mojej głowie. Jedyna na co mam ochotę to zabrać ją z tego baru. W połowie piosenki dołączają do niej inne dziewczyny.
- Nie przypuszczałam, że to zrobi! - śmieje się Daga.
- Spójrzcie na Anę! - dołącza do niej Lizzy. Kiedy piosenka się kończy z ust Lily pada tylko "Wszystkiego najlepszego!", po czym siada na barze próbując z niego zejść. Od razu do niej podchodzę i pomagam jej stanąć na nogach. Potyka się lekko i opiera na moich ramionach.
- Nie myślałam, że kiedyś to zrobię! - jej ciepły oddech owiewa moją twarz. Patrzymy sobie w oczy i zauważam dziwny błysk w oczach Lily. Jednak szybko go tłumi i się ode mnie odsuwa. Przechodzimy do naszej loży, a kiedy zamierzam się odezwać, podchodzi do nas Ana.
- Co ty sobie myślisz!? - krzyczy, jak tylko znajduje się tuż obok.
- Dobrze się bawię. Nie widać?
- Ty... ty...
- Uspokój się. Zaprosiłaś nas na imprezę, a teraz się wściekasz, że się dobrze bawię! Zdecyduj się wreszcie! - przerywa jej Lily. Swoją droga jest taka zabawna, jak jest pijana - Zastanawiam się cały czas czego ty tak właściwie ode mnie chcesz? Ciągle zatruwasz mi życie i wściekasz się o byle co... Bawi cię to? Dlaczego to robisz?
- Bo jesteś taka doskonała! - krzyczy Ana, a oczy Lily się rozszerzają - Wszyscy się za tobą uganiają jakbyś była jakąś boginią! Gdzie nie pójdę tam tylko Lily i Lily... Mam już tego dosyć! W dodatku całe One Direction u ciebie mieszka, a Zayn jest twoim chłopakiem! - mimo głośnej muzyki spory tłum zebrał się przy nas. Dosłownie czuję, jak reszta naszej ekipy świdruje nas wzrokiem, ale nie chcę teraz spoglądać w ich stronę - To są moje urodziny, a ty je zepsułaś! Zawsze wszystko psujesz!
- Sama bez przerwy szukasz jakiegoś powodu do kłótni więc nie zwalaj winy na mnie! - ostrzega ją Lily, ignorując grupowe "Chłopakiem!?".
- Myślę, że wystarczy tego przedstawienia. - interweniuje matka Any - Wystarczająco nas ośmieszyłaś Lilianno. Ależ czego się spodziewać po kimś takim - mierzy ją wzrokiem - Nie masz za grosz szacunku dla nikogo, a w dodatku zachowujesz się jak jakaś tancerka go-go! - policzki Lily robią się wściekle czerwone i dosłownie można wyczuć wzbierającą się w niej wściekłość.
- Zna to pani z doświadczenia!?
- Jak śmiesz! - matka Any podchodzi blisko Lily z zamiarem spoliczkowania jej.
- Wystarczy. - mówię głośno.
- To ci nie ujdzie płazem ty mała dziwko!
- Przegina pani! - ostrzegam ją.
- Odwal się ode mnie zanim powiem coś czego nie chcesz usłyszeć! - krzyczy Lily i odchodzi szybkim krokiem. Nie patrząc na nikogo podążam za nią. Jej jako kobiecie łatwiej przecisnąć się przez ten tłum ludzi. Udaje mi się ją dogonić spory kawałek od miejsca całego przyjęcia.
- Lily, zaczekaj! - łapie ją za rękę.
- Zostaw mnie! - wyrywa się z uścisku.
- Proszę cię, porozmawiaj ze mną.
- Odwal się! - cały czas idzie przed siebie.
- Lily...
- Nawet nie zaczynaj - odwraca się do mnie - Nie masz prawa się wtrącać w cokolwiek co tutaj się dzieje. Nie masz o niczym pojęcia a ja nie zamierzam ci niczego wyjaśniać. Mam nadzieję, że w końcu się stąd wyniesiecie i wszystko wróci do normy. A teraz wracaj na to przyjęcie i daj mi spokój.
- Wolę być tu z tobą.
- Ale ja cię tu nie chcę! Co mam zrobić byś wreszcie to zrozumiał!?

***
Po powrocie do domu od razu zamknęłam się w swojej sypialni. Wiedziałam, że pójście na tą imprezę to jedna wielka porażka. Było dobrze do czasu aż Ana ze swoja matką nie zaczęły mnie obrażać. Mimo tego, że dużo wypiłam i tak pamiętam każde słowo. Czemu nie mogę się upić? Całą noc przewracałam się z boku na bok więc teraz pewnie wyglądam jak cień siebie. Kiedy jestem ubrana i kończę ścielić łóżko, słyszę pukanie do drzwi. - Proszę - odwracam się i widzę moją siostrę nie pewnie wyglądającą zza drzwi - Stało się coś?
- Może ty mi powiesz? - pyta - To co wczoraj mówiła Miranda...
- Nie będę z tobą o tym rozmawiać. Muszę iść do pracy. - odpowiadam i kieruję się do gabinetu. Lizzy cały czas idzie za mną i coś mówi. Nawet nie trudzę się, żeby jej słuchać. Kiedy wchodzę do gabinetu Fletcher już tam siedzi. To jeszcze bardziej potęguje moje rozdrażnienie - Ile razy mam ci powtarzać, żebyś tu nie wchodził!? - krzyczę na niego. 
- Dzień dobry - wita się jak, gdyby nigdy nic. Coraz bardziej poirytowana zajmuję swoje miejsce przy biurku.
- Nie możesz mnie tak zbywać!
- Lizzy, nie będziemy o tym rozmawiać. Tym bardziej przy nim. - mówię, starając się być spokojna na tyle ile to możliwe.
- Okej! - Lizzy wyrzuca ręce w górę - Ale nie myśl, że ci odpuszczę - dodaje i wychodzi.
- Jeśli mogę...
- Nie, nie możesz. - od razu mu przerywam - Powiedz co masz do powiedzenia i zejdź mi z oczu.
- Musimy poczekać na Laverage'a. 
- Świetnie. - odpowiadam i zabieram się za papierkową robotę. Cały czas irytuje mnie obecność tego policjanta, ale siedzę cicho. 
- Już jestem. Przepraszam za spóźnienie - do gabinetu wchodzi Laverage.
- Nareszcie. Powiesz mi w końcu o co chodzi?
- O kradzież bydła - mówi, a ja automatycznie wstaję -Nie wiemy jeszcze wszystkiego, ale Shane powęszył trochę i jednego jesteśmy pewni. Niejaki Tom Monroe oraz Hart Fisher są współodpowiedzialni kradzieży. Udało nam się ich złapać na próbie sprzedaży twojego bydła.
- Nie wierzę, że oni to wymyślili...- kręcę głową - A co z O'Mackley?
- Na razie więcej ci nie mogę powiedzieć. Mamy wszystko pod kontrolą.
- Wiesz, że i tak się o tym dowiem więc nie ma sensu tego ukrywać.
- Pracujemy nad tym...
- Ty się nie odzywaj - ostrzegam Fletchera - Też mam swoje przypuszczenia, ale na razie nie mogę ci nic powiedzieć - wykorzystuję jego słowa.
- Jeżeli coś wiesz to masz obowiązek mi o tym powiedzieć.
- A co aresztujesz mnie? - mówię lekko rozbawiona.
- Lily, nie pogrywaj się ze mną.
- Ty jesteś detektywem, więc się tego dowiedz - spoglądam mu prosto w oczy - Ja chcę tylko, żeby oni zapłacili za to wszystko i oddali mi to co moje.
- Ale jesteś uparta!
- Porozmawiamy kiedy indziej. Teraz nie mam czasu - wymownie spojrzałam na drzwi. Kiedy policjanci wyszli odetchnęłam. Jednak mój spokój nie trwa długo. Zostaje przerwany przez dzwoniący telefon - Ranczo "La luna". W czym mogę pomóc? - z słuchawki dochodziło jakieś dziwne sapanie.
- Lily?
- Tak. Proszę mówić głośniej.
- Zapłacisz za wszystko, ty dziwko. Już ja tego dopilnuję. A kiedy skończę, będziesz mi dziękować, że cię zabiłem. Zapamiętaj to sobie. Dołączysz do braciszka - dosłownie zastygłam na moment, słuchając kolejnych wyzwisk.
- Kim jesteś!? Czego chcesz!? - krzyczę. Skądś kojarzę ten głos, ale nie wiem skąd.
- Wkrótce się dowiesz. - połączenie zostało zerwane. Cholera! Czy to się nigdy nie skończy? Dlaczego akurat teraz? Przez tyle czasu było spokojnie a teraz ciągle jakieś pogróżki, ta cała sytuacja nad rzeką... Co jeszcze musi się wydarzyć, żeby wreszcie zapanował tu spokój? Co mam robić w tej sytuacji? Z racji tego, że byłam sama pozwoliłam sobie na chwilę rozpaczy i ukryłam twarz w dłoniach. Z pewnością się nie poddam, choć jak mam walczyć z kimś, kogo nie znam? Mam udawać obojętność i czekać na to co się wydarzy? Czy jednak za wszelka cenę starać się dowiedzieć o co w tym wszystkim chodzi? Pospiesznie schowałam dokumenty i skierowałam się do wyjścia. Jestem zbyt roztrzęsiona i muszę ochłonąć, a  przede wszystkim zająć czymś myśli, zanim zacznę panikować. 

Schodziłem właśnie ze schodów i omal nie zderzyłem się z Lily. Nawet nie podniosła na mnie wzroku tylko dalej szła przed siebie. Cholernie chciało mi się pić, ale dziwne mi się to wydawało więc poszedłem za nią. Próbowała pracować, ale wszystko wypadało jej z rąk. Podszedłem bliżej i dopiero teraz mogłem dostrzec, że jest roztrzęsiona. Odkąd tu jesteśmy pierwszy raz widzę ją w takim stanie. - Lily? Dobrze się czujesz?
- Tak. Nic mi nie jest - nawet na mnie nie spojrzała.
- Na pewno? - teraz przyciągnąłem jej uwagę.
- A nawet jeśli, to dlaczego by miało cię to interesować?
- Znowu coś zrobiliśmy? -  pytam, ale sądząc po jej minie tym razem nie o to chodzi - Jeżeli ci to pomoże to możesz na mnie krzyczeć - dodaję, posyłając jej uśmiech. Patrzy na mnie przez chwilę, aż wreszcie zaczyna mówić.
- Jestem cholernie zdezorientowana. Zupełnie nie wiem o co chodzi, a nienawidzę kiedy muszę z czymś walczyć, o czym nie mam zielonego pojęcia. Przez ponad trzy lata była kompletna cisza a teraz najwyraźniej ktoś postanowił się na mnie odegrać za coś, o czym wiedział tylko Luke. Przed chwilą ktoś dzwonił na ranczo i mówił takie okropne rzeczy, że nie jestem w stanie tego powtórzyć. Rozumiesz? Ktoś próbuje mnie zastraszyć albo się mnie pozbyć. Jestem prawie pewna, że stanowię przeszkodę do czegoś bardzo wielkiego. Nienawidzę się tak czuć... Jestem świadoma zagrożenia, ale przez to, że nie wiem czego ono dotyczy nie mogę się bronić! - wymachuję rękoma - Tu nawet nie chodzi o mnie, ale co będzie jak przeze mnie stanie się coś Lizzy, Marii, Jose, Amelii albo komukolwiek innemu? Gdybym wiedziała chociaż o co chodzi...
- Myślę, że nie powinnaś tego ukrywać. To już drugi raz dostajesz jakieś pogróżki - mówię, ale widząc jej minę szybko dodaję - Wiem, że wolałabyś zająć się tym sama, ale nie jesteś w stanie tego zrobić. I nie chodzi mi tu o to, że jesteś dziewczyną. Jeżeli to jest jakaś grubsza sprawa to nie wygrasz z nimi w pojedynkę.
- To jest jakaś cholerna gra, a ja nie wiem jakie są zasady. - mówi i widzę, że już się trochę uspokoiła.
- Nie możesz tak ryzykować. Pomyśl co by się stało z Lizzy, gdybyś...
- To już jest cios poniżej pasa.
- Na razie zachowam to dla siebie, ale jak wkrótce nie porozmawiasz z tym policjantem, to ja to zrobię.
- Wiedziałam, że to był błąd, żeby ci to mówić. 
- Nie, to nie był błąd. Czasami lepiej się wygadać komuś obcemu.
- Mówisz tak, jakby cię to obchodziło. Coś się zmieniło od początku naszej "znajomości"? Już nie traktujesz mnie jak wroga?
- Przestań. Już ci to tłumaczyłem. Ja...
- Po co w ogóle tu za mną przyszedłeś? - czyli wracamy do początku.
- Byłaś roztrzęsiona i...
- Wcale nie, co najwyżej zdenerwowana.
- Wszystko leciało ci z rąk i...
- Jeżeli myślisz, że się rozsypię, bo jakiś szajbus obrzuca mnie wyzwiskami i pogróżkami, to się mylisz.
- W cale tak nie myślę.
- Przepraszam. Nie powinnam się na tobie wyżywać. Mimo tego, co ty masz do mnie ja nie będę tego robić.
- Lily, ja...
- Daj spokój, nie musisz nic mówić.

***

Schodziłem po schodach, jednocześnie zakładając na siebie koszulkę. Kiedy dotarłem na dół postanowiłem poszukać kogoś. Wyszedłem na dwór i szedłem przed siebie, do czasu aż nie usłyszałem głośnego krzyku, gdzieś w oddali. Zdezorientowany, pobiegłem w tamtą stronę. Dotarłem gdzieś w okolice drogi nad staw, przynajmniej tak mi się wydaje. Pierwsze co rzuciło mi się w oczy, to Lizzy klęcząca na trawie, przy kimś. Obok było pełno krwi. Od razu pobiegłem w jej stronę. Dziewczyna siedziała z szeroko otwartymi oczami, trzymając Jose za rękę. - Co tu się dzieje? - krzyknąłem. Nie spojrzała na mnie, dopóki nie uklęknąłem obok i nie dotknąłem jej włosów. - Co tu się stało?
- Trzeba mu pomóc! - sprawdziłem puls i na szczęście był wyczuwalny. Kto go tak załatwił?
- Liz, biegnij po pomoc! No, już! - blondynka zerwała się z miejsca, a ja zacząłem się przyglądać obrażeniom Jose. Nie wiedziałem co mam zrobić. Zdjąłem koszulkę i przycisnąłem do jego boku, skąd wydobywała się krew. - Trzymaj się, stary - mówiłem do niego. Rozglądnąłem się wkoło i mój wzrok natrafił na komórkę leżącą, gdzieś obok. Z trudem pochwyciłem go do ręki i wezwałem pomoc. Byłem zły, bo nie wiedziałem co bym jeszcze mógł zrobić. Po kilku minutach czekania myślałem, że dostanę nerwicy. Gdzie oni są? Gdy już zaczynałem tracić cierpliwość zjawiła się Lily z Harrym. Dziewczyna od razu uklękła po drugiej stronie nie zważając na krew i zaczęła oglądać ranę.
- Co tu się wydarzyło? - zwróciła się do mnie.
- Nie wiem. Usłyszałem krzyk, a kiedy tu dotarłem Lizzy klęczała obok Jose. - odpowiedziałem i przeniosłem wzrok na blondynkę zalewającą się łzami. 
- Przyciśnij mocniej - powiedziała i zaczęła ściągać swoją koszulę, po czym docisnęła ją tuż obok - Harry, zabierz stąd Lizzy.
- Nie, ja muszę...- zaczęła mówić dziewczyna.
- Zabierz ją stąd! - krzyknęła Lily. Mimo protestów Lizzy, Harry siłą zaciągnął ją zdala od tego miejsca - Muszę wezwać karetkę.
- Już to zrobiłem.
- Dobrze. Nie wiem kiedy oni tu dotrą. Przydałaby nam się pomoc. - w tej chwili przybiegli Zayn z Louisem. Ten pierwszy zmienił Lily, a ona zaczęła się rozglądać. Pobiegła szybko i przyciągnęła dość szeroką deskę, na którą ułożyliśmy Jose. Wiedzieliśmy, że nie powinniśmy go ruszać, ale to było lepsze niż bezczynne czekanie. Przenieśliśmy go bliżej drogi i czekaliśmy na karetkę.
- Trzymaj się. Nie możesz nas zostawić.
- Będzie dobrze - próbowałem ją pocieszyć. Zanim przyjechała karetka wszystkie koszulki posłużyły nam jako prowizoryczne opatrunki. Lily starała się trzymać, ale widziałem, że poruszyła ją ta cała sprawa.
- Gdzie idziesz? - spytał ją Zayn.
- Muszę powiedzieć Amelii, co się stało.
- Lily! - dziewczyna odwróciła się dostrzegając Amelię - Gdzie Jose? Gdzie on jest? - krzyczała przez łzy.
- Zabrali go do szpitala.
- Co się stało? Przecież on...
- Nie wiem. Na prawdę nie wiem.
- Muszę do niego jechać. Ja... muszę...Ja...
- Zaraz tam pojedziemy. Spróbuj się uspokoić.
- Jak mam się uspokoić!? Przecież, jak on... Ja... - Lily otoczyła ją ramionami.
- Jose sobie poradzi. Słyszysz? Wszystko będzie dobrze - mówiła do niej. Nie mogłem się nadziwić skąd ta dziewczyna ma w sobie tyle siły?
*
W poczekalni było cicho. Ta cisza była przytłaczająca. Dosłownie można było usłyszeć szelest kartek na końcu korytarza i syk przesuwającej się windy. Wszyscy siedzieliśmy w ciszy, oczekując na jakiekolwiek wieści. Jedyną informacją, którą otrzymaliśmy było to, że Jose żyje. Stracił dużo krwi, ale żyje. Teraz był na sali operacyjnej więc czekaliśmy pod salą. Amelia siedziała na krześle, tępo wpatrując się przed siebie. Lizzy obejmowała ją ramieniem, usiłując wesprzeć, choć sama ledwo się trzymała. Z kolei Lily stała kilka kroków od nas, opierając czoło o szybę. Dosłownie jakby próbowała ostudzić swoje myśli, co z pewnością nie było łatwe.
- Może usiądziesz? - zapytałam ją.
- Nie, nie mogę.
- Spróbuj chwilę odpocząć. Stoisz już tak od dwóch godzin - Lily potrząsnęła głową.
- Dlaczego ciągle krzywdzę innych? - bardziej to wyglądało, jakby mówiła do siebie nie do mnie.
- Nie możesz o wszystko winić siebie.
- Taka jest prawda.
- Nie wygaduj bzdur! To nie ty go tak załatwiłaś!
- Gdybyś wiedziała...
- O czym?
- Nie mogę.
- Lily...
- Wyjedź stąd, proszę. Zanim przeze mnie również tobie coś się stanie.
- Co ty wygadujesz?
- Lilianna Eastwood? - Lily obróciła się w stronę drzwi. Lekarz, który wyszedł do poczekalni, miał na sobie jeszcze niebieski kitel.
- To ja - powiedziała, podchodząc bliżej. Lekarz uniósł wysoko brwi. Amelia od razu zerwała się z zajmowanego miejsca.
- Daniels. Jestem szefem zespołu operacyjnego.
- Co z Jose?
- Co z moim mężem? - padło jednocześnie z ich ust.
- Miał dużo szczęścia - zaczął lekarz - Gdyby kula trafiła kilka centymetrów niżej, nie miałby żadnych szans.
- Kula? - powiedziała drżącym głosem Amelia. Sądząc po minie Lily, nie poinformowała jej o tym.
- Pani mąż został postrzelony. Jego stan jest nadal krytyczny, ale stabilny. Prognozy są, jak najlepsze.
- Czyli żyje?
- Tak. Stracił dużo krwi, ale jest dobrze.
- Czy mogę go zobaczyć?
- Za chwilę przewieziemy go na salę pooperacyjną. Będzie mogła pani wejść, ale tylko na pięć minut.
- Dziękuję.
- Ktoś przyjdzie po panią. A teraz przepraszam, ale muszę wracać do pracy. - odprowadziliśmy lekarza wzrokiem.
- Przepraszam - powiedziała Lily i szybko skierowała się w stronę schodów. Zayn pobiegł za nią.
- Co z nią? - odwróciłam się, dostrzegając Louisa.
- Jak zwykle obwinia się o wszystko. Poprosiła mnie, żebym wyjechała...
- I masz zamiar to zrobić?
- Oczywiście, że nie. Nie zostawię Lily z tym wszystkim. W końcu dowiem się o co w tym wszystkim chodzi.        
- To raczej nie będzie łatwe... Wszyscy tutaj mają wiele tajemnic, a Lily to już chyba jest ich jakimś zbiorem - pokręcił głową.
- Nie zawsze tak było... Gdybyś znalazł się tutaj jakieś 4 lata temu sam byś to widział.
- Ale co?
- To szczęście, które panowało w "La Lunie", rodzinną atmosferę, życzliwość... Wstyd się przyznać, ale bardzo im tego zazdrościłam choć moja rodzina jest bardzo spoko. A teraz sam widzisz co się dzieje...
- Na pewno jest jakieś wyjście z tej sytuacji.
- Z pewnością tak, ale obawiam się, że Lily wymyśli coś głupiego.
- Ona jest bardzo rozsądna.
- Nie wiadomo, jak się zachowa kiedy zmusi ją do tego trudna sytuacja, ale jednego jestem pewna... Cokolwiek się wydarzy zrobi wszystko, żeby ochronić to co dla niej ważne i to właśnie mnie martwi...

wtorek, 6 czerwca 2017

Rozdział 44

Przechodziłam właśnie w pobliżu pokoju Niall’a. Już miałam zapukać do drzwi, ale usłyszałam odgłosy rozmowy. Zamierzałam odejść, ale coś przyciągnęło moją uwagę. Nie to, że jestem wścibska, po prostu ciekawa.
- Powiedziałeś jej? - zapytał...Zayn?!
- Nie. Ty chyba oszalałaś! – głośniej odpowiedział blondyn.
- Słucham?
- Ja tego nie mogę zrobić.
- Czemu? Już o tym gadaliśmy. Przecież tak dobrze ci szło i…
- Sam nie wiem. Na urodzinach było wręcz idealnie, a teraz… Powiedz mi czy to ze mną jest coś nie tak, że wszystkie dziewczyny, które mi się podobają mnie olewają? Czy jestem aż tak beznadziejny, że żadna nie chce ze mną być? – słyszałam podniesiony głos Nialla. Wiem, że nie powinnam tu być, ale to było silniejsze ode mnie. Jak on może myśleć, że jest beznadziejny? Przecież jest cudowny… - Kurwa! Nawet nie potrafię wyznać dziewczynie co do niej czuję!
- Ej! Spokojnie. Wszystko będzie dobrze.
- Nic nie będzie dobrze. To prawda czuję coś do niej. Zależy mi na niej, na jej szczęściu, ale nie wiem czy ona czuje to samo. Rozumiesz? – o kim oni rozmawiają?
- Jesteś albo ślepy, albo głupi jeśli tego nie widzisz. – zaczął Zayn – Ona wpatruje się w ciebie jak w obrazek. Ty zresztą robisz to samo. Więc nie mów mi, że ona nie czuje tego, co ty.  
- Muszę to przemyśleć.
- Dobra ja się poddaję. Sam musisz to zrozumieć. Tylko nie rób nic głupiego, bo wiesz jest jeszcze Lily. - do moich uszu dobiegły odgłosy kroków zbliżających się w moją stronę. O cholera! Szybko poleciałam do najbliższego pokoju. Na szczęście zdążyłam zamknąć drzwi zanim ten ''ktoś'', kim był najprawdopodobniej Zayn, wyszedł.
- Lizzy? – odwróciłam się i zobaczyłam Louisa – Co cię sprowadza w moje skromne progi? – zaśmiał się.
- Przepraszam, że tak wparowałam, ale musiałam schować się przed moją siostrą.
- A co takiego nabroiłaś?
- Ja… ja…. – myśl Lizzy… - Po prostu, podsłuchiwałam jej rozmowę, a wiem jak ona strasznie tego nie lubi. – odpowiedziałam.
- Okej, a liczyłem na naprawdę fascynującą opowieść. Trochę mi się dzisiaj nudzi. Wszystkich, gdzieś wywiało.
- Też się nad tym zastanawiałam. Może…  -przerwało mi pukanie do drzwi.
- Proszę. – odparł Louis i naszym oczom ukazał się Niall.
- Lou, chodź… - urwał kiedy zauważył mnie. Wpatrywał się raz we mnie raz w Lou. Przez jego twarz przeleciało milion emocji.
- O co chodzi? – spytał szatyn.
- Nieważne. Nie będę wam przeszkadzał. – niemal warknął i wyszedł.
- Niall! Zaczekaj! – Louis zerwał się i pobiegł za nim. Ja stałam tak i nie wiedziałam, co mam zrobić.

- Niall! Zaczekaj, do jasnej cholery! – krzyczałem biegnąc za blondynem - Natychmiast się zatrzymaj i mnie wysłuchaj! Ja pierdolę, Niall! – z nim to gorzej, jak z dzieckiem. Jak się wkurzy to koniec.
- Co?! Czego chcesz?! Jakie kłamstwa chcesz mi nawtykać?! – odparł gniewnie.
- O co mi chodzi? O co ty się wkurzasz? Przecież nic nie zrobiłem. – próbowałem mu wytłumaczyć.
- Wiesz, nie spodziewałem się tego po tobie. Prędzej pomyślałbym, że może Harry, ale nie ty.
- Chodzi ci o Lizzy? – posłał mi gniewne spojrzenie – O, ja pieprzę! Tobie naprawdę na niej zależy! – powiedziałem.
- Odczep się. – próbował odejść.
- Przestań się dąsać. Nie jestem nią zainteresowany.
- To w takim razie, co ona robiła w twoim pokoju?
- A bo ja wiem? Nagle wparowała, twierdząc, że musi się schować przed Lily. Ona sama była zdziwiona, jak mnie zobaczyła. Przyszła dosłownie minutę przed tobą. Przecież wiesz, że nigdy bym ci czegoś takiego nie zrobił. – próbowałem mu wytłumaczyć – Dlaczego po prostu nie powiesz jej, co do niej czujesz? Tylko wściekasz się bez powodu na każdego kto choć tylko z nią porozmawia. Zachowujesz się jak pies ogrodnika.
- Nie chcę wyjść na durnia. I tak wszyscy mnie mają za najsłabsze ogniwo w zespole. Nie mam takiego głosu, jak Harry. Nie wyglądam, jak Zayn. Nie jestem taki idealny, jak Liam i zabawny, jak ty.
- Ale bredzisz. To, że nie jesteś taki, jak my jest twoją zaletą, nie wadą. Dzięki temu, że jesteśmy inni, tak dobrze się dogadujemy. Nie możesz myśleć, że jesteś gorszy. Wierz mi dla Lizzy istniejesz tylko ty. A jeśli masz wątpliwości, to albo jesteś ślepy albo głupi. Przemyśl to sobie, bo nawet ona w końcu może stracić cierpliwość i znajdzie sobie kogoś innego.
- Łatwo wam mówić. – odparł i sobie poszedł. Odprowadziłem go wzrokiem i kiedy się odwróciłem omal nie wpadłem na Dagę.
- Sorki. – powiedziała – W zasadzie, to dobrze, że cię widzę. Mamy małą naradę. Brakuje tylko ciebie i Nialla.
- On raczej się nie zjawi. – powiedziałem. Dziewczyna popatrzyła na mnie i wzruszyła ramionami.
- Trudno. Ktoś mu najwyżej wszystko powtórzy. – przeszliśmy razem do salonu, gdzie czekali już pozostali. Wyłapałem spojrzenie Lizzy, ale jedyne co to mogłem jej dać do zrozumienia, że jest ok. Oni sami muszą dojść do porozumienia.
- To co? Chyba możemy zaczynać. – rozpoczęła Daga – Jak już wiecie dzisiaj są te nieszczęsne urodziny Any. Swoją drogą to chyba dzwoniła z dwadzieścia razy, żeby o tym przypomnieć. Na nic zdały się protesty Lily, że po ostatniej kolacji w „La lunie” cała tradycja wzajemnych spotkań legła w gruzach. Tak czy inaczej Lily musi się tam zjawić. I tu pytanie do was, czy też zamierzacie tam iść? – pytanie zawisło między nami. Przypominając sobie zachowanie Any na widok Zayna, z ochotą odpowiedziałbym zdecydowane „Nie”, ale  jeśli faktycznie panna Garcia zawiadomiłaby media, to cały nasz wyjazd ległby w gruzach i wszystko mogłoby wrócić do poprzedniego stanu.
- Ja i tak muszę iść. – zaczęła Lizzy.
- Ja raczej też. – poparł ją Zayn.
- Chętnie się zabawię. – zgodził się Harry.
- Ty chyba nie wiesz co mówisz.
- Louis, czyżbyś spotkał już Anę? – spytała Daga.
- Na moje szczęście osobiście nie. – dziewczyna widząc moją minę się zaśmiała.
- Liam, Kate, a co z wami?
- Pójdziemy, ale robimy to tylko dla dobra Lily i „La luny”. – odparł Liam.
- W takim razie nie mam wyjścia. – odparłem zrezygnowany.
- No i świetnie. Już ja się postaram, żeby Ana na długo zapamiętała ten dzień.
- Daga, co kombinujesz? – Lizzy posłała jej podejrzliwe spojrzenie.
- Oh, nic. Po prostu zamierzam wyglądać lepiej od niej. To będzie największy cios dla niej.
- Oj, nie wiem czy dorównasz jej sukience od projektanta. – z udawanym żalem stwierdziła Lizzy.
- Wiecie co to oznacza? – porozumiewawczo odparła Daga.
- Czas żebyśmy się ewakuowali. – powiedziałem.
- Zakupy! – wykrzyknęły radośnie wszystkie dziewczyny w akompaniamencie jęków męskiej części zebranych.
- Mam lepszy pomysł. – ni stąd ni zowąd zjawiła się Lily. – I chyba kogoś wam brakuje na tej naradzie. – dodała wskazując na stojącego za nią Nialla. – Jaka jest wasza decyzja?
- Pójdziemy na tą imprezę. Wszyscy. – odpowiedział Liam.
- To świetnie. – z dziwnym entuzjazmem odparła szatynka. – Dziewczyny spotkajmy się za 20 minut na górze. Ja jeszcze mam jedną sprawę do załatwienia. – dodała, po czym wyszła razem z Niallem.

Czekałyśmy z Katie i Lizzy przy schodach na Lily. Swoją drogą ciekawe co ona tam kombinuje. Mam nadzieję, że to coś lepszego niż zakupy, bo naprawdę chcę przyćmić kreacją Anę. Tak zazdroszczę Lily. Ona obojętnie co założy, a wygląda idealnie. I nawet się nie stara. Zastanawia mnie również to dlaczego jest taka spokojna. Ja na jej miejscu kipiałabym ze złości. Nienawidzę jak ktoś posuwa się do szantażu byleby tylko zdobyć swoje racje.
- Zupełnie nie wiem czego się spodziewać. Przecież, jak Ana zobaczy cały zespół, to dopiero się zacznie histeria. Z drugiej strony jestem wręcz pewna, że będzie próbowała ośmieszyć Lily. – słowa Lizzy przyciągnęły moją uwagę.
- Spokojnie. Jestem niemal pewna, że Lily coś kombinuje i ma wszystko pod kontrolą.
- Ja tylko liczę na dobrą zabawę. – wtrąciła Katie.
- O to nie musisz się martwić. – powiedziałyśmy równocześnie z Lizzy.
- Przepraszam za spóźnienie. – po schodach wbiegała Lily – Od razu chodźcie za mną. – poprowadziła nas do jednego z pokoi w tym swoim labiryncie. Kiedy zapaliła światło zobaczyłyśmy wiele stojących pudeł.
- Mamy pomóc ci sprzątać? – wypaliłam.
- Aż tak to lubisz robić, Daga? – sarkastycznie odparła szatynka – W tych pudłach są wasze „zakupy”. – zaznaczyła cudzysłów w powietrzu.
- Nie bardzo rozumiem? – Lily podeszła do jednego z pudeł i wyjęła chabrową sukienkę.
- Ale piękną. – zachwycała się Katie.
- Chcesz powiedzieć, że te wszystkie pudełka są pełne sukienek? – powiedziałyśmy wszystkie równocześnie.
- One są pełne ubrań, nie tylko sukienek. – wzruszyła ramionami.
- Skąd ty masz tyle ubrań? Nigdy wcześniej… - Lizzy urwała wyciągając z pudełka kolorową sukienkę.
- To są ubrania naszej mamy. Wszystkie są wręcz, jak nowe. Na pewno znajdziecie coś dla siebie.
- Przecież na moim zdjęciu mama…
- Mama nosiła ją kiedy była z tobą w ciąży. To jest ta sama sukienka co na twoim zdjęciu.
- Dlaczego wcześniej mi tego nie pokazałaś?
- Bo nie byłam w stanie. Schowałam to wszystko tutaj, inaczej w przypływie złości byłam w stanie to wszystko zniszczyć. A tego nigdy bym sobie nie wybaczyła. – Lizzy podeszła do siostry i ją przytuliła – Oczywiście możesz korzystać z tych ubrań.
- Och, Lily…
- Tylko się nie rozklejaj. Przyszłyśmy tutaj wybrać coś na tą imprezę, a nie płakać. – Lily otarła jej oczy. – A więc zaczynajmy. – kilkadziesiąt pudeł później każda z nas miała wybrane kilka sukienek. Katie przeszła za parawan, by przymierzyć pierwszą sukienkę. Łącznie przymierzyła ich z osiem, ale ostatecznie wybrała czarną mini z trenem. Lizzy również kilkakrotnie się przebierała. Jej wybór padł na miętową sukienkę bez pleców, z uroczą kokardką z tyłu. Ja wybrałam długom błękitną spódnicę z rozcięciem aż do uda i do tego biały koronkowy top.
- Lily teraz czas na ciebie.
- Nie…
- Bez gadania. Przymierz. – rzuciłam jej chabrową sukienkę. – Lily przymierzyła sukienkę i stwierdziła, że jest idealna. Mimo naszych protestów nie zgodziła się przymierzyć niczego więcej.
- Wasza mama musiała być naprawdę piękną kobietą. – stwierdziła Katie, kiedy skończyłyśmy nasz pokaz mody. – Jak wyglądała? Przepraszam, nie powinnam. – od razu się zreflektowała.
- Lily jest niemal identyczna. – stwierdziła Lizzy.
- Nie prawda. Może i jestem trochę podobna, ale nie mam ani niebieskich oczu, ani blond włosów, jak ty i Luke. – Lily od razu zaprotestowała. Zdjęła z szyi medalion, z którym się nie rozstaje i otworzyła go. – To są nasi rodzice. Laura i Nick Eastwood. Na drugim zdjęciu jest nasz brat Luke. – podała medalion Katie.
- Obie jesteście podobne do mamy, choć Lizzy trochę bardziej. Z tym, że wasz brat i Lizzy z uśmiechu również przypominają waszego tatę. Tak sądzę. – zaczęła Katie – Wasza mama naprawdę była piękną kobietą. Z kolei wasz tata był niezłym przystojniakiem… To musiało być dla was straszne, tak wcześnie stracić rodziców…. – Przepraszam. Ja… - Lily zabrała jej medalion i ponownie założyła go na szyję.
- Muszę wracać do obowiązków. – mruknęła i wyszła.
- Znowu palnęłam głupotę. Nie chciałam jej sprawić przykrości. Naprawdę. – Katie zmartwiła się.
- Nie przejmuj się. Nie sprawiłaś nam przykrości. Po prostu jest to dla nas trudna kwestia i staramy się o tym nie rozmawiać. W sensie o wypadku. – tłumaczyła Lizzy – Staramy się mówić o rodzicach, tak jakby gdzieś tu z nami byli. To jest o wiele łatwiejsze niż przeżywanie na nowo ich straty i litości innych.
- Rozumiem. Mimo, to przepraszam.

***
Zebraliśmy się wszyscy w salonie. Trochę pogadaliśmy i czekaliśmy na dziewczyny, które na górze wyprawiały nie wiadomo co. Kiedy chciałem o coś zapytać omal nie dostałem jakąś szczotką w głowę, dlatego bezpiecznie się ewakuowałem, a informacji zaczerpnąłem od Marii. Po upływie jakiegoś czasu panie zaszczyciły nas swoją obecnością.
- Wyglądacie cudownie - pierwszy odezwał się Liam i porwał w ramiona Katie, czemu towarzyszył jej dźwięczny śmiech.
- Wy również niczego sobie - odpowiedziała Dagmara, ignorując spojrzenie Louisa.
- Możemy jechać. – powiedziała Lizzy.
- A nie czekamy na Lily? – moje pytanie ubiegł Harry.
- Powiedziała, że się chwilę spóźni i dołączy do nas później. – Lizzy pospieszyła z wyjaśnieniami.
- W takim razie w drogę. – Louis zagonił całą grupę na dwór, gdzie czekał samochód z Jose w środku. Po 20 minutach byliśmy na miejscu. Jednego jestem pewien, a mianowicie, że ktoś bardzo próbuje się popisać swoim bogactwem. Wysiedliśmy z samochodu i po okazaniu zaproszenia weszliśmy do środka.
- To teraz przyszykujcie się na niecodzienną dawkę decybeli. – powiedziała głośno Lizzy.
- A jednak! – głośny pisk przyciągnął naszą uwagę – Wiedziałam, że jesteście tu wszyscy! Jak fajnie. Całe One Direction na moich urodzinach! Uwielbiam was! – ekscytowała się Ana.
- Dziękujemy za zaproszenie. – jak zwykle przyzwoicie stwierdził Liam. Zauważyłem, że Louis pociągnął Dagę gdzieś w tłum gości.
- Ależ nie ma za co. – z nonszalancją odpowiedziała Ana. Przez następne pół godziny zadawała nam milion pytań o zespół oraz dotyczące nas samych. W połowie tej serii sprytnie wycofałem się z kręgu pytań razem z Niallem i Lizzy, pozostawiając na polu bitwy Liama, Katie i Harryego. A niech się trochę pomęczą.
- Całe szczęście, że Ana wdała się w rozmowę z Katie, bo inaczej chyba bym popełnił przestępstwo.
- Horan, ty to nawet byś muchy nie zabił. – spojrzałem na niego z rozbawieniem.
- Ana dzisiaj przeszła samą siebie. – dodała Lizzy – Ale czego się nie robi dla rozgłosu… - wskazała na otoczenie. Spędzamy trochę czasu na tej imprezie - tańcząc, pijąc i wygłupiając się. Osobiście cały czas siedzę przy barze i podświadomie czekam na Lily. Odkąd przyszliśmy minęło już trochę czasu, a ona nadal się nie pojawiła. Przez cały czas starałem się też unikać Any. Kiedy zamawiam kolejnego drinka, moją uwagę przyciąga głos gdzieś w pobliżu. Przykładam szklankę do ust i odwracam się. Omal nie wypluwam wszystkiego z powrotem. Na schodach wejściowych stoi Lily w granatowej sukience, przyciągając wzrok połowy gości. Rozgląda się w poszukiwaniu kogoś znajomego i wreszcie jej wzrok trafia na mnie. Nic sobie nie robiąc z ciekawskich spojrzeń schodzi po schodach i podchodzi do mnie. 
- Jak ta nadęta impreza? - pyta mnie, jednocześnie zamawiając coś w barze. 
- Jak widać. - wskazuję na parkiet pełen ludzi.
- Sądzę, że dopiero się zacznie. - mruczy pod nosem, przenosząc wzrok na idącą w naszą stronę Anę z nietęgą miną.
- W końcu się pojawiłaś - Ana od razu przechodzi do sedna.
- Wymogłaś to na mnie, ale nie licz, że więcej razy dam się na to nabrać. To był pierwszy i ostatni raz kiedy szantażujesz mnie w ten sposób. 
- Och, daruj sobie. Zrobisz wszystko dla "La Luny" i obie to doskonale wiemy.
- Nie pogrywaj ze mną. Potrafię ci zaszkodzić w równie skuteczny sposób - Lily posyła jej przesłodzony uśmiech, co jest do niej nie podobne.
- A co ty mi możesz zrobić? - prycha druga dziewczyna. Przez chwilę mierzą się wzrokiem, a ja czuje się jak jakiś sędzia na ringu. Dwie nie pałające do siebie dziewczyny to faktycznie ciekawe widowisko.
- A co boisz się? - Lily ze spokojem przypatruje się Anie, która robi się coraz bardziej wściekła. Rozmowa dziewczyn przyciągnęła już uwagę kilku osób kręcących się obok baru. - To, że twój ojciec ma tyle forsy, że stać go na zrobienie tego cyrku, nie oznacza, że jest jakiś wszechmogący!
- Zamknij się! - krzyczy Ana przyciągając uwagę jeszcze większej publiczności. Postanawiam zainterweniować zanim sytuacja się jeszcze bardziej zaostrzy.
- Uspokójcie się. - mówię, ale wtedy Ana zabiera szklankę z sokiem od przechodzącego kelnera i wylewa zawartość na sukienkę Lily.
- Och! - wydostaje się z ust Lily - To jest naprawdę żałosne! - takie opanowanie jest nie w jej stylu. Zanim Ana zdąży coś odpowiedzieć, pojawia się jej matka i zabiera na przygotowaną scenę. Odprowadzam je wzrokiem i spoglądam na Lily, która posyła piorunujące spojrzenie ludziom, którzy się na nią gapią.
- Co to było? - zwracam się do niej.
- Nic nowego. - prycha i spogląda na swoją sukienkę - Zawsze musi mi niszczyć ubrania...
- Chcesz wrócić na ranczo?
- Nie ma mowy. Nie dam jej tej satysfakcji.
- Ale twoja sukienka... - przewraca oczami i kieruje się w jakieś ustronniejsze miejsce. Idę za nią. Po drodze zatrzymuje się, by zaznaczyć swoją obecność Lizzy. Docieramy razem do namiotu, w którym ustawione są ławki tworząc loże.
- Możesz mi rozpiąć sukienkę? - Lily zwraca się do mnie.
- Co? - patrze na nią zdezorientowany.
- Mam poprosić kogoś innego? - niepewnie podchodzę do niej. Lily odwraca się do mnie i unosi włosy. Niepewnie łapię za zamek i rozsuwam go - Dzięki. - Lily zwinnie zdejmuje sukienkę, a to co ma pod spodem dosłownie zapiera mi dech w piersi. Jej biały, koronkowy top i spódnica ściśle opinają ciało. Cholera! Wygląda nieziemsko. Bezceremonialnie gapie się na nią z lekko uchylonymi ustami. Jeszcze żadna dziewczyna tak na mnie nie działała, jak Lily. Podnoszę głowę i mój wzrok natrafia na jej intensywne spojrzenie. W pytający sposób marszczy brwi, ale się nie odzywa. Kiedy ja mam zamiar się odezwać dołączają do nas Daga, Louis i Harry.
- Co tak tu zamulacie? - pyta Daga. Sądząc po jej zaróżowionych policzkach jest nieźle wstawiona.
- Właśnie idę się napić. - odpowiada Lily.
- A gdzie twoja granatowa sukienka?
- Miała nieprzyjemne spotkanie z Aną. - Daga chichocze.
- Ten komplet jest jeszcze lepszy. Wszyscy się na ciebie gapią. - szepcze do niej, ale i tak wszyscy to słyszymy.
- Mam to gdzieś. Idziesz ze mną? - pyta i po chwili dziewczyny wychodzą z namiotu.
- Co się tu działo? - pyta Louis.
- Kolejna runda na linii Ana - Lily - odpowiadam mu.
- Chodźmy się napić. - proponuje Harry i ostatecznie lądujemy przy barze razem z dziewczynami. Spędzamy jakiś czas przy barze. W trakcie przyłączają się do nas Liam z Katie oraz Lizzy i Niall, także bawimy się całą naszą grupą. Matka Any cały czas jej pilnuje by nie wywoływała kolejnego skandalu więc jedynie mierzy Lily wściekłym spojrzeniem ze swojej loży niedaleko nas. Przez cały czas staram się brać udział w rozmowie, ale przez Lily nie mogę się skupić.
- Nie chcę cię wkręcać, ale w piciu mnie nie prześcigniesz - słyszę głos Harry'ego.
- Nie piłeś nigdy ze mną więc skąd to możesz wiedzieć? - odpowiada mu Lily. Swoją drogą od kiedy oni przeszli od nienawidzenia siebie do tego co jest teraz?
- Może zrobimy zakład? Kto odleci jako ostatni coś wygra. - proponuje Louis.
- To może być zabawne. - odzywa się Daga.
- Mówisz tak, bo jesteś z Polski. - wytyka jej Lizzy.
- A ja jestem z Irlandii i to nie będzie takie łatwe - wtrąca się Horan.
- Ja się nie dam w to wciągnąć - od razu wycofuje się Liam. "Mięczak" - droczy się z nim Katie.
- Wchodzę w to. - obwieszcza Lily i zamawia butelkę wódki. Chłopacy uśmiechają się zadziornie, na co Daga posyła im rozbawione spojrzenie. Przenieśliśmy się do jednej z loży i po chwili przyszedł do nas kelner z wiadrem wypełnionym lodem i z dużą butelką białego trunku i sokiem. Postawiła to na środku stołu i przed każdym z nas ustawiła po jednym kieliszku i jednej szklance.
- To imprezę czas zacząć! - krzyczy Daga a to co się dzieje później wprawia mnie w osłupienie.   
 

czwartek, 9 marca 2017

Rozdział 43

Momentalnie się obudziłem. Pierwsze co dostrzegłem, to że nie znajduję się w swoim pokoju. Zdezorientowany rozglądałem się wkoło próbując sobie coś przypomnieć. Jednak w głowie miałem totalną pustkę. Jak widać alkohol zrobił swoje. Wstałem z małymi problemami. Moją uwagę przykuło kilka ramek ze zdjęciami. Znajdowała się na nim jakaś kobieta z małą dziewczynką, na następnej ta sama kobieta z jakimś mężczyzną, później... O, cholera! Na kolejnym zdjęciu była Lily z jakimś starszym mężczyzną (zapewne swoim dziadkiem) i trójka rodzeństwa... Nadal nie mogłem poskładać myśli. Jak to możliwe, że znalazłem się w pokoju Lily? I w takim razie gdzie ona jest? Jak najciszej się dało opuściłem jej pokój i zszedłem na dół. Mam nadzieję, że nikt mnie nie zauważył. Inaczej dopiero by było... Kiedy zbliżałem się do wejścia dobiegły mnie odgłosy jakieś rozmowy. W kuchni znajdowała się Lily z Dagą.
- Co robiłaś w jednym łóżku z Zayn'em? - nagle zapytała Dagmara.
- Co? Skąd ty...
- Wpadłam rano o coś zapytać, ale ty z nim spałaś i...
- Nie spałam z nim! O, Boże! Ja nawet nic nie pamiętam! Co się wczoraj działo?
- Jak widać sporo.
- Nie. To niemożliwe. Z pewnością bym coś pamiętała...
- To w takim razie co z nim robiłaś?
- Nic! Myślisz, że jak się poczułam ?! Budzę się i co widzę? Śpiącego obok Zayna!  Ostatnie co pamiętam, to, to jak... Jeny! Nie wiem. Nie dręcz mnie, ok?
- Dobra już dobra. - Daga unosi ręce w obronnym geście - Ale powiedz szczerze. Chciałabyś, żeby to się wydarzyło?
- Co?
- No ty i on?
- Ja... - trzask! Niechcący trąciłem wazon, który rozpadł się na małe kawałeczki.
- Zayn?!
- Co ty tutaj robisz?! - krzyknęły obie równocześnie.
- Właśnie szedłem, tylko że ten wazon nie chciał ze mną współpracować. Jeny! Moja głowa! - próbowałem je przekonać, że nic nie słyszałem.
- To ja was może zostawię samych. - Daga spojrzała to na mnie to na Lily i czym prędzej wyszła z kuchni. Przez dłuższą chwilę milczeliśmy, aż wreszcie Lily się odezwała.
- Dobra. Z racji tego, że nie lubię nie wyjaśnionych spraw, lepiej jak od razu porozmawiamy. Pamiętasz co się wydarzyło wczoraj?
- Nie za bardzo. Byłem w niezłym szoku, gdy zobaczyłem gdzie się znajduję.
- Posłuchaj. Niezręcznie mi o tym mówić, ale jeżeli do czegoś miedzy nami doszło to.... to nic to między nami nie zmieni. Rozumiesz?
- Jeżeli by do czegoś między nami doszło, to z pewnością bym to zapamiętał. - spojrzałem jej prosto w oczy. 
- Najlepiej będzie, jak o tym zapomnimy. Ok?
- Ale dlaczego? Ja nie chcę o tym zapomnieć...
- Proszę, nie komplikuj bardziej tego wszystkiego... - zatoczyła koło wokół siebie. Podszedłem do niej bliżej.
- Powiedz, dlaczego nie chcesz spróbować? Przecież widzisz, że coś do ciebie czuję... - delikatnie dotknąłem jej policzka.
- Nie widzisz, że to wszystko nie ma sensu? Ty i ja pochodzimy z dwóch różnych światów...
- To nie ma znaczenia.
- Ależ ma. Dla mnie ma. Potrzebowałeś pomocy więc ci pomogłam, ale jest jeszcze jedna kwestia w moim życiu, której nikt nie jest w stanie rozwiązać. Nawet ja. Dlatego lepiej zapomnij o mnie i wróć do swojego życia. Beze mnie. 
- Ale...
- Nic nie mów. Proszę. - przerwała mi i czym prędzej opuściła pomieszczenie.
*

- Pięty do dołu, Sara. Świetnie. Willy, uważaj. – Lily przyglądała się badawczo postawie swoich uczniów, którym udzielała lekcji po śniadaniu. Cztery konie, które dosiadała czwórka dzieci. Krążyły po zagrodzie. Jeszcze dwa tygodnie temu żadne z tych dzieci nie widziało konia  bliska, a dzisiaj całkiem dobrze potrafią już jeździć. – Świetnie. Pamiętajcie, że jesteście zespołem. Głowy do góry. – mówiła z dłońmi wspartymi na biodrach, przyglądając się jak uczniowie wykonują jej polecenia ze zmiennym powodzeniem. – To teraz zamieniamy się miejscami. – dzieciaki robiły to trochę bezładnie, śmiejąc się przy tym głośno. – A teraz uwaga! Na mój znak zatrzymacie się w tym miejscu w którym aktualnie będziecie. – odczekała kilka minut i radośnie krzyknęła – Stop!
Jose już dawno nie widział, żeby Lily uśmiechała się w taki sposób, żywo, szczerze i serdecznie. Nie mogąc się napatrzeć podszedł bliżej. Amanda miała doskonały pomysł, żeby Lily zaczęła prowadzić lekcje jazdy konnej dla dzieciaków. Okoliczni ranczerzy chętnie przysyłają tu dzieciaki i całkiem nieźle za to płacą. Po tej kradzieży, te opłaty trochę podreperowały budżet.
- Na dzisiaj kończymy.
- Jeszcze pięć minut! – prosili uczniowie.
- Już wam przedłużyłam lekcję o 5 minut. – poklepała jednego z koni po szyi. Pomogła dzieciakom ostrożnie zejść na ziemie. – Widzimy się za tydzień.
- Do widzenia! – dzieci odpowiedziały chórem i pobiegły do Marka, który miał je odwieźć. Lily się odwróciła i dostrzegła Jose.
- Coraz lepiej im idzie.
- Też tak sądzę.
- Amelia miała świetny pomysł. Normalnie promieniejesz podczas lekcji.
- Lubię, to robić. Przynajmniej na chwilę mogę zapomnieć o całej reszcie.
- Nie zadręczaj się tak tym wszystkim. Te trudności w końcu przeminą, a ty będziesz szczęśliwa. Oczywiście jeśli dopuścisz do siebie to szczęście. – Jose skinął głową, i kiedy Lily podążyła za jego wzrokiem zobaczyła Zayna pogrążonego w rozmowie z Niallem.
- Znowu zaczynasz? Ja ci się nie wtrącałam w związek z Amelią.
- Och, czyżby? – Jose zmrużył oczy.
- Dobra, już dobra. Jak już tu jesteś to mi pomóż oprzątnąć konie. – oboje zaprowadzili konie do boksów i zabrali się do pracy. Po jakimś czasie kiedy skończyli z ulgą usiedli na snopkach siana w stodole. Lily podała butelkę piwa Jose, a sama wzięła wodę.
- Szkółka kwitnie, co? – zagaił rozmowę Jose
- Nawet nie wiesz jak. Nie spodziewałam się, że takie będzie zainteresowanie. Wiesz tutaj jest mnóstwo rancz i z reguły każdy ma swoje zwierzęta… W dodatku dopiero, co zaczęliśmy...
- Daj spokój. Każdy choć na chwilę chce pozbyć się swojego dziecka.
- Jesteś okrutny! – Lily szturchnęła go w ramię.
- Taka prawda. Po za tym nie wszyscy mają czas, żeby uczyć swoje dzieci jazdy, a ty masz do tego talent. Te dzieciaki są w ciebie wpatrzone, jak w obrazek.
- Pochlebia mi to. – uśmiechnęła się – A swoją drogą to myślałam nad rozwojem szkółki. Mamy jeszcze kilka spokojnych koni i pomyślałam, że moglibyśmy uczyć biedniejsze dzieci, których na to nie stać. Wiem, że pieniądze ze szkółki miały iść na ranczo, ale myślę, że dalibyśmy radę też z dodatkowymi uczniami. Co o tym sądzisz?
- Myślę, że to świetny pomysł. Jesteś za dobra dla tych wszystkich ludzi… - odparł Jose.
- A czy Amelia zgodziłaby się mi pomóc w szkółce? Sama sobie ze wszystkim nie poradzę, a chciałabym, żeby był to ktoś komu ufam…
- No, jasne! Wspomnij jej o tym od niechcenia. Ja nie pisnę ani słowa.
- Cieszę się.
- A jak sprawy z kradzieżą? Wiadomo już coś? – Lily groźnie zacisnęła brwi.
- Nawet mi nie mów! Mówią ci coś nazwiska Monroe, Fisher i O’Mackley? – każde nazwisko wymawiała z coraz większą wrogością.
- Co ty gadasz?
- Laverage mi o tym wspomniał kiedy chciał się ze mną widzieć. Jak to usłyszałam, to myślałam, że rozszarpię ich gołymi rękami.
- Nie wierzę, że O’Mackley mógł to zrobić…
- Tak mi przykro Jose. Wiem, że to był twój przyjaciel…
- A to drań!
- To nie wszystko. Harry podsunął mi pewien pomysł i myślę, że pomagał im Brandon Warren.
- Brandon? Ten Brandon?
- Mhm… Sam słyszałeś, jak zakończyła się nasza znajomość. Moim zdaniem on chciał się w ten sposób na mnie zemścić, choć musiał mu ktoś w tym pomóc. Sam by czegoś takiego nie wymyślił….
- Jesteś pewna, że to on?
- Nie pamiętasz, jak groził, że puści nas z torbami? Jak ja mogłam myśleć, że jestem w nim zakochana… - Lily głośno myślała.
- Może warto o tym wspomnieć Fletcherowi albo Laverage'owi?
- Ani mi się waż! Mówię ci o tym bo ci ufam, ale sama się tym zajmę. Jeżeli to rzeczywiście on, to pożałuje że żyje!
- Znowu się kłócicie? – w stajni zjawiła się Amelia, i czule przywitała się ze swoim mężem.
- Tym razem nie. Witaj. – zwróciła się do niej Lily – Dobrze, że jesteś, bo mam dla ciebie sprawę. Powiem od razu, że chodzi o szkółkę. Chciałabym, żebyś mi pomogła w jej prowadzeniu.
- Czy proponujesz mi pracę?
- Brzmi to bardzo dziwnie, gdy ujmujesz to w ten sposób, ale tak. Tylko nie rób tego dla mnie, bo czujesz się zobowiązana. Chyba, że uważasz, że znajdziesz czas, albo ochotę. Nie będę mogła ci zbyt dużo…
- Czemu, u licha, tak długo zwlekałaś z tą propozycją? Zaczynam od jutra.
- Naprawdę chcesz?
- Jeszcze jak! Cała siłą woli powstrzymywałam się, żeby nie zaglądać na każde zajęcia! – Amelia podbiegła do Lily i uściskała ją – Nawet nie wiesz jak bardzo jestem ci wdzięczna! Słyszałeś Jose?
- Tak kochanie. Od dzisiaj jesteś stajennym!
*

Trochę w lepszym humorze chodziłam sobie między zagrodami podziwiając bydło. Jeżeli wszystko dobrze pójdzie, to uda nam się odbudować stado, bez większego uszczerbku. Oczywiście, jak znowu ktoś nie spróbuje nas okraść. Szkółka jeździecka sprawnie się rozwija. Niby wszystko w porządku… Ale dlaczego mam dziwne przeczucie, że coś złego się wydarzy? Przeszłam do stajni by zobaczyć co z Jeffem. Kiedy tylko podeszłam do boksu, Jeff wystawił głowę i zarżał tak, jak to robią konie, gdy są szczęśliwe, że cię widzą. – No witaj malutki. – z radością pogłaskałam go po czuprynie. Koń zaczął przybliżać swoją głowę do mojej twarzy. – Pewnie tego szukasz? – spytałam wyjmując z kieszeni marchewkę, którą z radością schrupał. – Chciałbyś jeszcze? – tym razem zajadał się pysznym jabłkiem. Weszłam do boksu i przytuliłam twarz do szyi konia. Po chwili Jeff parsknął gniewnie. Odwróciłam się i zobaczyłam idącego w moją stronę Fletchera. – Nie podchodź bliżej. – zastrzegłam zanim zbliżył się do boksu. – Zostań tam gdzie stoisz. Jeff nie należy do zbytnio życzliwych, a nie chcę mieć policjanta na sumieniu. – uspokajając trochę konia wyszłam z boksu. – O co chodzi?
- Chciałbym omówić z tobą kilka kwestii dotyczących kradzieży i tej sytuacji sprzed kilku dni…
- Usiądź. – wskazałam mu miejsce na ławeczce.
- Mam podstawy, żeby sądzić, że czegoś nam nie mówisz. – uniosłam brwi w pytającym geście – Co takiego skrywasz w tych wszystkich papierach w gabinecie, że nie każesz tam nikomu wchodzić? – spojrzał na mnie, jakby szukając jakiegoś zawahania.
- To nie był mój pomysł, żebyś tu został. Najwyraźniej Laverage ci ufa i tylko dlatego na to przystanęłam. Zajmij się swoją pracą, a ode mnie się odczep. Jasne?
- Próbuję ci tylko pomóc dowiedzieć się czego chciał ten koleś, który na was napadł. Taka jest moja praca. Jednak to wymaga również twojej współpracy, więc nie utrudniaj tego bardziej dobrze? – dotknął mojej ręki. Wyswobodziłam rękę i wstałam z zajmowanego miejsca.
- Posłuchaj mnie uważnie. To ja jestem właścicielką „La luny” i to ja odpowiadam za wszystko co się dzieje na tym ranczu. Chcecie sobie szukać to sobie szukajcie tego kolesia. Ja nie dam się nikomu zastraszyć. Zgłosiłam kradzież bydła i liczę, że znajdziecie tego kto jest temu winny. Takie jest wasze zadanie. To co ja robię i czym się zajmuję to tylko moja prywatna sprawa. I zapamiętaj sobie, że nie muszę się nikomu tłumaczyć, a zwłaszcza tobie. A co do gabinetu, to nikomu nie każę tam wchodzić, gdyż są tam moje prywatne rzeczy. Więc przestań szukać dziury w całym i zajmij się swoją pracą. A teraz wybacz muszę wyprowadzić konia. – zakończyłam swój wywód i skierowałam się do boksu, gdzie po założeniu uprzęży wyprowadziłam Jeffa ze stajni. 
- Lily! – usłyszałam krzyk i obracając się zauważyłam Katie z Liamem idących w moją stronę.
- Nie podchodźcie zbyt blisko, żeby Jeff was nie ugryzł. – powiedziałam – Bez obaw. On lubi być w centrum uwagi, co nie? – poklepałam go po szyi.
- Oh, jasne…
- Co was sprowadza?
- Chcielibyśmy nauczyć się jeździć konno. Widziałam jak nie dawno uczyłaś dzieci i też chciałabym spróbować. – widząc niepewną minę Liama omal się nie roześmiałam.
- Chętnie was nauczę, ale spotkajmy się w tamtej zagrodzie za jakąś godzinę, dobra? – wskazałam na wybieg szkółki – Teraz muszę zrobić obchód i poskromić trochę tego złośnika.
- Jasne.
- Przebierzcie się w coś wygodnego i nie krępującego ruchów i widzimy się później.
- Do zobaczenia.
*
Szliśmy razem z Katie na tą nieszczęsną lekcję. Z każdym kolejnym krokiem byłem coraz bliższy przekonaniu, żeby stąd uciec. Jednak podekscytowanie mojej dziewczyny spowodowało, że jednak dałem się tu zaciągnąć. Zawsze mi opowiadała, że bardzo chciała się tego nauczyć. Czego nie robi się dla ukochanej…
- Tak się cieszę, że się zgodziła. Zawsze chciałam tego spróbować.
- Miałem nadzieję, że się nie zgodzi…
- Oj, przestań! – powiedziała Katie rozbawiona – Nie będzie tak źle.
- Czyżby? – pytająco uniosłem brwi.
- Zobacz jakie one są słodkie! – Katie radośnie zapiszczała widząc konie w zagrodzie i pociągnęła mnie w tamtą stronę – Jak myślisz, ugryzie mnie, jak go dotknę?
- Nie wiem. Ja nie zamierzam próbować.
- Przepraszam was za spóźnienie. – w naszą stronę biegła Lily – Możemy od razu zaczynać. Chodźmy. – powiedziała i razem poszliśmy najpierw do stajni. Stanąłem w bezpiecznej odległości od boksów. – Liam, coś ty jesteś taki przerażony? – doszedł mnie głos Lily, która zabierała jakieś uprzęże.
- Nie zwracajcie na mnie uwagi. Ja jestem tu tylko dla Katie. – próbowałem się jakoś wymigać. Odpowiedziało mi jedynie podwójne wywrócenie oczami.
- Spokojnie. Wybiorę dla was najspokojniejsze konie, na których jeżdżą dzieciaki. Nic ci nie będzie. – otworzyła jeden z boksów i weszła do środka – Katie, jesteś odważniejsza to poradzisz sobie z Timorem. Dla ciebie Liam mam Zulę. – Każdemu koniowi Lily przypięła uprzęże, twierdząc że tego też nas kiedyś nauczy i poprowadziła je do zagrody. My posłusznie szliśmy za nią. Przywiązała sznurki do ogrodzenia i zachęciła nas do podejścia bliżej. – Pierwsza i w sumie najważniejsza zasada: Nigdy nie odwracajcie się do konia plecami, bo to się może źle skończyć. Akurat Zula wam nic nie zrobi, ale Timor będzie was próbował skubać w ramię. Dla przykładu mój Jeff mógłby was kopnąć, ale on tylko mnie toleruje. Zresztą nieważne. – mówiła jednocześnie wyciągając jabłko z kieszeni. Pokroiła je na cząstki i podała nam. – Stańcie przy nich i spróbujcie nakarmić. O tak. – zademonstrowała jak to zrobić.
- Ale fajnie! – Katie ochoczo podała kawałek Timorowi. Ja cały czas się wahałem.
- Spróbuj najpierw ją pogłaskać, Liam. Ona nic ci nie zrobi. - dotknąłem jej nie pewnie na, co zastrzygła uszami. Ja automatycznie cofnąłem rękę. – Spokojnie. Teraz połóż na dłoni jabłko i jej podaj. – instruowała mnie Lily – Świetnie. – położyła każdemu koniowi siodło i zademonstrowała jak je poprawnie przypiąć. Nadal miałem obiekcje, co do tej całej nauki, choć zaczęło mi się to podobać.
- Kiedy spróbujemy jeździć?
- Najpierw musicie nabrać wzajemnego zaufania, dlatego na początku zawsze proponuję, aby zacząć od położenia się na siodle. – zwinnie wspięła się na konia i przez chwilę leżała przewieszona w pół – Nasze konie są oswojone, ale nigdy nic nie wiadomo. To jest zwierzę i nie mamy 100% pewności, jak się zachowa. Jeśli nie zaczyna się wierzgać i nie próbuje was zrzucić, to znaczy, że możecie bez przeszkód usiąść normalnie. – Lily wytłumaczyła nam co i jak, i muszę przyznać, że ona naprawdę się na tym zna. Kazała nam spróbować, a sama usiadła na ogrodzeniu. Katie od razu załapała bakcyla i świetnie jej to poszło, natomiast ja jakoś nie mogłem się przełamać. Patrzyłem na obie dziewczyny i zacząłem się zastanawiać dlaczego, aż tak mnie to przeraża?
- Kochanie, no spróbuj wreszcie. – z rozmyślań wyrwał mnie głos mojej dziewczyny.
- Nie wiem, jak się do tego zabrać. Jak patrzę na was to nie wygląda na coś skomplikowanego, ale jak sam mam to zrobić to…
- Spokojnie. Odetchnij głęboko. – Lily zaczęła przemawiać do mnie, jak do dziecka – Teraz stań bokiem i wsuń zewnętrzną stopę w strzemię. Drugą nogom się odbij i przerzuć nad koniem i gotowe. Coś w podobie jak byś wsiadał na rower. – przeanalizowałem słowa Lily i obmyśliłem jakąś strategię i w końcu się udało.
- Brawo! – zapiszczała Katie.
- To czas na jazdę. – Lily zeskoczyła z ogrodzenia, odwiązała i podała nam cugle. Poklepała lekko konie i zaczęły się poruszać – Trzymajcie się, żebyście nie spadli. W jeździe konnej najważniejsza jest postawa. Macie ładnie się prezentować. Liam nie garb się. – rekomendowała brunetka – Teraz pociągnijcie cugle do siebie, a koń się zatrzyma. Żeby ponownie ruszył wystarczy trącić go po bokach piętami, a żeby skręcić dotknąć jego szyi cuglem z odpowiedniej strony. To cała filozofia. Teraz możecie popróbować.
*

Po lekcji dla Katie i Liama, Lily zdołała się trochę odprężyć po kłótni z Fletcherem. Ten gość strasznie działał jej na nerwy, a w dodatku we wszystko się wtrącał. Toleruję go tylko ze względu na Laverage i jego przyjaźń z dziadkiem – pomyślała. W innym przypadku już dawno by go stąd wyrzuciła. Bardzo chciała się w końcu dowiedzieć kto ją systematycznie okradał. Czy rzeczywiście to była sprawka Brandona? Ale jaki by miał w tym interes? Zemsta, zemstą, ale sam nie był by w stanie ukraść aż tyle bydła. Przez te coraz to nowsze problemy Lily nawet nie ma czasu, żeby się porządnie rozprawić z tymi danymi z pendriv’a. Przeszkodą jest również obecność policjanta na ranczu. Najpierw sama chciałaby się dowiedzieć o co w tym wszystkim chodziło, i jak wiele wskazuje nadal chodzi. Jaka była w tym wszystkim rola Luke’a? Potrząsnęła głową, by odgonić złe myśli. Łapiąc za cugle zaprowadziła konie do stajni. Po ich nakarmieniu i zamknięciu boksów, skierowała się do jednego z pustych pomieszczeń. Na ogół przechowywali tam paszę dla zwierząt, ale także różne narzędzia. Otwierając drzwi jedyne co dało się usłyszeć to przeraźliwy krzyk Lily. Na podłodze leżał martwy kot, a tuż obok niego kartka, na której wyraźnie widniała groźba. Zacisnęła powieki, ale gdy je znów otworzyła, wypisane tłustym drukiem słowa nadal tam były.
To ty go zabiłaś. Ciesz się póki możesz.
- Co się stało? – z daleka usłyszała pytanie. Wyszła z pomieszczenia i zobaczyła idącego w jej stronę Jose i Harry’ego. – Lily, co ci jest? – Jose podszedł do niej i podniósł jej głowę by na niego spojrzała – Dobrze się czujesz? Jesteś strasznie blada.
- Tak…
- Harry, zostań z nią. – Jose powiedział i sam wszedł do środka to, co zobaczył również jego przeraziło. Martwy kot miał poderżnięte gardło, a słowa na kartce nie pozostawiały złudzeń.  Cofnął się po czym podszedł do Lily – Co to ma znaczyć, do diabła?
- Co się dzieje? – spytał zdezorientowany Harry. Jose skinął mu głowę w stronę pomieszczenia. Harry tak szybko, jak tam wszedł tak szybko wyszedł.
- Lily, spójrz na mnie. Musimy zawiadomić Fletchera. Harry możesz po niego pójść?
- Jasne.
- Zaczekaj! – krzyknęła Lily, choć nadal była strasznie blada.
- Lily, zrozum, to nie są żarty. Ktoś tu był i wiedział, że to znajdziesz.- spokojnie próbował przemawiać do niej Jose.
- W tym rzecz. Ktoś ośmielił się tu przyjść. Rozumiesz? Tak blisko domu… - brunetka wstała i zaczęła krążyć w tą i z powrotem.
- Do cholery, ktoś ci groził!
- No, właśnie! To mi, ktoś groził.
- To nie są żarty. Zrozum, że… - Jose próbował coś wskórać. Harry przyglądał się temu w milczeniu i zastanawiał się o co, tak naprawdę w tym wszystkim chodzi.
- Wiem, co chcesz powiedzieć, ale nie zmienię zdania. To już zabrnęło zbyt daleko. Na razie proszę wasz o zachowanie tajemnicy. Zobaczymy, co się wydarzy.
- Ale…
- Na razie sama się tym zajmę. Znajdę tego kogoś i na jego miejscu już bym zaczęła żałować. – gniewnie zacisnęła dłonie w pięści.
 

Obserwatorzy