Momentalnie się obudziłem. Pierwsze co dostrzegłem, to że nie znajduję się w swoim pokoju. Zdezorientowany rozglądałem się wkoło próbując sobie coś przypomnieć. Jednak w głowie miałem totalną pustkę. Jak widać alkohol zrobił swoje. Wstałem z małymi problemami. Moją uwagę przykuło kilka ramek ze zdjęciami. Znajdowała się na nim jakaś kobieta z małą dziewczynką, na następnej ta sama kobieta z jakimś mężczyzną, później... O, cholera! Na kolejnym zdjęciu była Lily z jakimś starszym mężczyzną (zapewne swoim dziadkiem) i trójka rodzeństwa... Nadal nie mogłem poskładać myśli. Jak to możliwe, że znalazłem się w pokoju Lily? I w takim razie gdzie ona jest? Jak najciszej się dało opuściłem jej pokój i zszedłem na dół. Mam nadzieję, że nikt mnie nie zauważył. Inaczej dopiero by było... Kiedy zbliżałem się do wejścia dobiegły mnie odgłosy jakieś rozmowy. W kuchni znajdowała się Lily z Dagą.
- Co? Skąd ty...
- Wpadłam rano o coś zapytać, ale ty z nim spałaś i...
- Nie spałam z nim! O, Boże! Ja nawet nic nie pamiętam! Co się wczoraj działo?
- Jak widać sporo.
- Nie. To niemożliwe. Z pewnością bym coś pamiętała...
- To w takim razie co z nim robiłaś?
- Nic! Myślisz, że jak się poczułam ?! Budzę się i co widzę? Śpiącego obok Zayna! Ostatnie co pamiętam, to, to jak... Jeny! Nie wiem. Nie dręcz mnie, ok?
- Dobra już dobra. - Daga unosi ręce w obronnym geście - Ale powiedz szczerze. Chciałabyś, żeby to się wydarzyło?
- Co?
- No ty i on?
- Ja... - trzask! Niechcący trąciłem wazon, który rozpadł się na małe kawałeczki.
- Zayn?!
- Co ty tutaj robisz?! - krzyknęły obie równocześnie.
- Właśnie szedłem, tylko że ten wazon nie chciał ze mną współpracować. Jeny! Moja głowa! - próbowałem je przekonać, że nic nie słyszałem.
- To ja was może zostawię samych. - Daga spojrzała to na mnie to na Lily i czym prędzej wyszła z kuchni. Przez dłuższą chwilę milczeliśmy, aż wreszcie Lily się odezwała.
- Dobra. Z racji tego, że nie lubię nie wyjaśnionych spraw, lepiej jak od razu porozmawiamy. Pamiętasz co się wydarzyło wczoraj?
- Nie za bardzo. Byłem w niezłym szoku, gdy zobaczyłem gdzie się znajduję.
- Posłuchaj. Niezręcznie mi o tym mówić, ale jeżeli do czegoś miedzy nami doszło to.... to nic to między nami nie zmieni. Rozumiesz?
- Jeżeli by do czegoś między nami doszło, to z pewnością bym to zapamiętał. - spojrzałem jej prosto w oczy.
- Najlepiej będzie, jak o tym zapomnimy. Ok?
- Ale dlaczego? Ja nie chcę o tym zapomnieć...
- Proszę, nie komplikuj bardziej tego wszystkiego... - zatoczyła koło wokół siebie. Podszedłem do niej bliżej.
- Powiedz, dlaczego nie chcesz spróbować? Przecież widzisz, że coś do ciebie czuję... - delikatnie dotknąłem jej policzka.
- Nie widzisz, że to wszystko nie ma sensu? Ty i ja pochodzimy z dwóch różnych światów...
- To nie ma znaczenia.
- Ależ ma. Dla mnie ma. Potrzebowałeś pomocy więc ci pomogłam, ale jest jeszcze jedna kwestia w moim życiu, której nikt nie jest w stanie rozwiązać. Nawet ja. Dlatego lepiej zapomnij o mnie i wróć do swojego życia. Beze mnie.
- Ale...
- Ale dlaczego? Ja nie chcę o tym zapomnieć...
- Proszę, nie komplikuj bardziej tego wszystkiego... - zatoczyła koło wokół siebie. Podszedłem do niej bliżej.
- Powiedz, dlaczego nie chcesz spróbować? Przecież widzisz, że coś do ciebie czuję... - delikatnie dotknąłem jej policzka.
- Nie widzisz, że to wszystko nie ma sensu? Ty i ja pochodzimy z dwóch różnych światów...
- To nie ma znaczenia.
- Ależ ma. Dla mnie ma. Potrzebowałeś pomocy więc ci pomogłam, ale jest jeszcze jedna kwestia w moim życiu, której nikt nie jest w stanie rozwiązać. Nawet ja. Dlatego lepiej zapomnij o mnie i wróć do swojego życia. Beze mnie.
- Ale...
- Nic nie mów. Proszę. - przerwała mi i czym prędzej opuściła pomieszczenie.
*
- Pięty do dołu, Sara. Świetnie.
Willy, uważaj. – Lily przyglądała się badawczo postawie swoich uczniów, którym
udzielała lekcji po śniadaniu. Cztery konie, które dosiadała czwórka dzieci.
Krążyły po zagrodzie. Jeszcze dwa tygodnie temu żadne z tych dzieci nie
widziało konia bliska, a dzisiaj całkiem
dobrze potrafią już jeździć. – Świetnie. Pamiętajcie, że jesteście zespołem.
Głowy do góry. – mówiła z dłońmi wspartymi na biodrach, przyglądając się jak
uczniowie wykonują jej polecenia ze zmiennym powodzeniem. – To teraz zamieniamy
się miejscami. – dzieciaki robiły to trochę bezładnie, śmiejąc się przy tym
głośno. – A teraz uwaga! Na mój znak zatrzymacie się w tym miejscu w którym
aktualnie będziecie. – odczekała kilka minut i radośnie krzyknęła – Stop!
Jose już dawno nie widział, żeby
Lily uśmiechała się w taki sposób, żywo, szczerze i serdecznie. Nie mogąc się
napatrzeć podszedł bliżej. Amanda miała doskonały pomysł, żeby Lily zaczęła
prowadzić lekcje jazdy konnej dla dzieciaków. Okoliczni ranczerzy chętnie
przysyłają tu dzieciaki i całkiem nieźle za to płacą. Po tej kradzieży, te
opłaty trochę podreperowały budżet.
- Na dzisiaj kończymy.
- Jeszcze pięć minut! – prosili
uczniowie.
- Już wam przedłużyłam lekcję o 5
minut. – poklepała jednego z koni po szyi. Pomogła dzieciakom ostrożnie zejść
na ziemie. – Widzimy się za tydzień.
- Do widzenia! – dzieci odpowiedziały
chórem i pobiegły do Marka, który miał je odwieźć. Lily się odwróciła i
dostrzegła Jose.
- Też tak sądzę.
- Amelia miała świetny pomysł.
Normalnie promieniejesz podczas lekcji.
- Lubię, to robić. Przynajmniej na
chwilę mogę zapomnieć o całej reszcie.
- Nie zadręczaj się tak tym
wszystkim. Te trudności w końcu przeminą, a ty będziesz szczęśliwa. Oczywiście
jeśli dopuścisz do siebie to szczęście. – Jose skinął głową, i kiedy Lily
podążyła za jego wzrokiem zobaczyła Zayna pogrążonego w rozmowie z Niallem.
- Znowu zaczynasz? Ja ci się nie
wtrącałam w związek z Amelią.
- Och, czyżby? – Jose zmrużył oczy.
- Dobra, już dobra. Jak już tu
jesteś to mi pomóż oprzątnąć konie. – oboje zaprowadzili konie do boksów i
zabrali się do pracy. Po jakimś czasie kiedy skończyli z ulgą usiedli na
snopkach siana w stodole. Lily podała butelkę piwa Jose, a sama wzięła wodę.
- Szkółka kwitnie, co? – zagaił
rozmowę Jose
- Nawet nie wiesz jak. Nie
spodziewałam się, że takie będzie zainteresowanie. Wiesz tutaj jest mnóstwo
rancz i z reguły każdy ma swoje zwierzęta… W dodatku dopiero, co zaczęliśmy...
- Daj spokój. Każdy choć na chwilę
chce pozbyć się swojego dziecka.
- Jesteś okrutny! – Lily
szturchnęła go w ramię.
- Taka prawda. Po za tym nie
wszyscy mają czas, żeby uczyć swoje dzieci jazdy, a ty masz do tego talent. Te
dzieciaki są w ciebie wpatrzone, jak w obrazek.
- Pochlebia mi to. – uśmiechnęła
się – A swoją drogą to myślałam nad rozwojem szkółki. Mamy jeszcze kilka
spokojnych koni i pomyślałam, że moglibyśmy uczyć biedniejsze dzieci, których
na to nie stać. Wiem, że pieniądze ze szkółki miały iść na ranczo, ale myślę,
że dalibyśmy radę też z dodatkowymi uczniami. Co o tym sądzisz?
- Myślę, że to świetny pomysł.
Jesteś za dobra dla tych wszystkich ludzi… - odparł Jose.
- A czy Amelia zgodziłaby się mi
pomóc w szkółce? Sama sobie ze wszystkim nie poradzę, a chciałabym, żeby był to
ktoś komu ufam…
- No, jasne! Wspomnij jej o tym od
niechcenia. Ja nie pisnę ani słowa.
- Cieszę się.
- A jak sprawy z kradzieżą? Wiadomo
już coś? – Lily groźnie zacisnęła brwi.
- Nawet mi nie mów! Mówią ci coś
nazwiska Monroe, Fisher i O’Mackley? – każde nazwisko wymawiała z coraz większą
wrogością.
- Co ty gadasz?
- Laverage mi o tym wspomniał kiedy
chciał się ze mną widzieć. Jak to usłyszałam, to myślałam, że rozszarpię ich
gołymi rękami.
- Nie wierzę, że O’Mackley mógł to
zrobić…
- Tak mi przykro Jose. Wiem, że to
był twój przyjaciel…
- A to drań!
- To nie wszystko. Harry podsunął
mi pewien pomysł i myślę, że pomagał im Brandon Warren.
- Brandon? Ten Brandon?
- Mhm… Sam słyszałeś, jak
zakończyła się nasza znajomość. Moim zdaniem on chciał się w ten sposób na mnie
zemścić, choć musiał mu ktoś w tym pomóc. Sam by czegoś takiego nie wymyślił….
- Jesteś pewna, że to on?
- Nie pamiętasz, jak groził, że
puści nas z torbami? Jak ja mogłam myśleć, że jestem w nim zakochana… - Lily
głośno myślała.
- Może warto o tym wspomnieć
Fletcherowi albo Laverage'owi?
- Ani mi się waż! Mówię ci o tym bo
ci ufam, ale sama się tym zajmę. Jeżeli to rzeczywiście on, to pożałuje że żyje!
- Znowu się kłócicie? – w stajni
zjawiła się Amelia, i czule przywitała się ze swoim mężem.
- Tym razem nie. Witaj. – zwróciła
się do niej Lily – Dobrze, że jesteś, bo mam dla ciebie sprawę. Powiem od razu,
że chodzi o szkółkę. Chciałabym, żebyś mi pomogła w jej prowadzeniu.
- Czy proponujesz mi pracę?
- Brzmi to bardzo dziwnie, gdy
ujmujesz to w ten sposób, ale tak. Tylko nie rób tego dla mnie, bo czujesz się
zobowiązana. Chyba, że uważasz, że znajdziesz czas, albo ochotę. Nie będę mogła
ci zbyt dużo…
- Czemu, u licha, tak długo
zwlekałaś z tą propozycją? Zaczynam od jutra.
- Naprawdę chcesz?
- Jeszcze jak! Cała siłą woli
powstrzymywałam się, żeby nie zaglądać na każde zajęcia! – Amelia podbiegła do
Lily i uściskała ją – Nawet nie wiesz jak bardzo jestem ci wdzięczna! Słyszałeś
Jose?
- Tak kochanie. Od dzisiaj jesteś
stajennym!
- Nie zwracajcie na mnie uwagi. Ja
jestem tu tylko dla Katie. – próbowałem się jakoś wymigać. Odpowiedziało mi
jedynie podwójne wywrócenie oczami.
*
Trochę w lepszym humorze chodziłam
sobie między zagrodami podziwiając bydło. Jeżeli wszystko dobrze pójdzie, to
uda nam się odbudować stado, bez większego uszczerbku. Oczywiście, jak znowu
ktoś nie spróbuje nas okraść. Szkółka jeździecka sprawnie się rozwija. Niby
wszystko w porządku… Ale dlaczego mam dziwne przeczucie, że coś złego się
wydarzy? Przeszłam do stajni by zobaczyć co z Jeffem. Kiedy tylko podeszłam do
boksu, Jeff wystawił głowę i zarżał tak, jak to robią konie, gdy są szczęśliwe,
że cię widzą. – No witaj malutki. – z radością pogłaskałam go po czuprynie. Koń
zaczął przybliżać swoją głowę do mojej twarzy. – Pewnie tego szukasz? –
spytałam wyjmując z kieszeni marchewkę, którą z radością schrupał. – Chciałbyś
jeszcze? – tym razem zajadał się pysznym jabłkiem. Weszłam do boksu i
przytuliłam twarz do szyi konia. Po chwili Jeff parsknął gniewnie. Odwróciłam
się i zobaczyłam idącego w moją stronę Fletchera. – Nie podchodź bliżej. –
zastrzegłam zanim zbliżył się do boksu. – Zostań tam gdzie stoisz. Jeff nie
należy do zbytnio życzliwych, a nie chcę mieć policjanta na sumieniu. –
uspokajając trochę konia wyszłam z boksu. – O co chodzi?
- Chciałbym omówić z tobą kilka
kwestii dotyczących kradzieży i tej sytuacji sprzed kilku dni…
- Usiądź. – wskazałam mu miejsce na
ławeczce.
- Mam podstawy, żeby sądzić, że
czegoś nam nie mówisz. – uniosłam brwi w pytającym geście – Co takiego skrywasz
w tych wszystkich papierach w gabinecie, że nie każesz tam nikomu wchodzić? –
spojrzał na mnie, jakby szukając jakiegoś zawahania.
- To nie był mój pomysł, żebyś tu
został. Najwyraźniej Laverage ci ufa i tylko dlatego na to przystanęłam. Zajmij
się swoją pracą, a ode mnie się odczep. Jasne?
- Próbuję ci tylko pomóc dowiedzieć
się czego chciał ten koleś, który na was napadł. Taka jest moja praca. Jednak
to wymaga również twojej współpracy, więc nie utrudniaj tego bardziej dobrze? –
dotknął mojej ręki. Wyswobodziłam rękę i wstałam z zajmowanego miejsca.
- Posłuchaj mnie uważnie. To ja
jestem właścicielką „La luny” i to ja odpowiadam za wszystko co się dzieje na
tym ranczu. Chcecie sobie szukać to sobie szukajcie tego kolesia. Ja nie dam
się nikomu zastraszyć. Zgłosiłam kradzież bydła i liczę, że znajdziecie tego
kto jest temu winny. Takie jest wasze zadanie. To co ja robię i czym się
zajmuję to tylko moja prywatna sprawa. I zapamiętaj sobie, że nie muszę się
nikomu tłumaczyć, a zwłaszcza tobie. A co do gabinetu, to nikomu nie każę tam
wchodzić, gdyż są tam moje prywatne rzeczy. Więc przestań szukać dziury w całym
i zajmij się swoją pracą. A teraz wybacz muszę wyprowadzić konia. – zakończyłam
swój wywód i skierowałam się do boksu, gdzie po założeniu uprzęży wyprowadziłam
Jeffa ze stajni.
- Lily! – usłyszałam krzyk i
obracając się zauważyłam Katie z Liamem idących w moją stronę.
- Nie podchodźcie zbyt blisko, żeby
Jeff was nie ugryzł. – powiedziałam – Bez obaw. On lubi być w centrum uwagi, co
nie? – poklepałam go po szyi.
- Oh, jasne…
- Co was sprowadza?
- Chcielibyśmy nauczyć się jeździć
konno. Widziałam jak nie dawno uczyłaś dzieci i też chciałabym spróbować. –
widząc niepewną minę Liama omal się nie roześmiałam.
- Chętnie was nauczę, ale spotkajmy
się w tamtej zagrodzie za jakąś godzinę, dobra? – wskazałam na wybieg szkółki –
Teraz muszę zrobić obchód i poskromić trochę tego złośnika.
- Jasne.
- Przebierzcie się w coś wygodnego
i nie krępującego ruchów i widzimy się później.
- Do zobaczenia.
*
Szliśmy razem z Katie na tą
nieszczęsną lekcję. Z każdym kolejnym krokiem byłem coraz bliższy przekonaniu,
żeby stąd uciec. Jednak podekscytowanie mojej dziewczyny spowodowało, że jednak
dałem się tu zaciągnąć. Zawsze mi opowiadała, że bardzo chciała się tego
nauczyć. Czego nie robi się dla
ukochanej…
- Tak się cieszę, że się zgodziła.
Zawsze chciałam tego spróbować.
- Miałem nadzieję, że się nie
zgodzi…
- Oj, przestań! – powiedziała Katie
rozbawiona – Nie będzie tak źle.
- Czyżby? – pytająco uniosłem brwi.
- Zobacz jakie one są słodkie! –
Katie radośnie zapiszczała widząc konie w zagrodzie i pociągnęła mnie w tamtą
stronę – Jak myślisz, ugryzie mnie, jak go dotknę?
- Nie wiem. Ja nie zamierzam
próbować.
- Przepraszam was za spóźnienie. –
w naszą stronę biegła Lily – Możemy od razu zaczynać. Chodźmy. – powiedziała i
razem poszliśmy najpierw do stajni. Stanąłem w bezpiecznej odległości od
boksów. – Liam, coś ty jesteś taki przerażony? – doszedł mnie głos Lily, która
zabierała jakieś uprzęże.
- Nie zwracajcie na mnie uwagi. Ja
jestem tu tylko dla Katie. – próbowałem się jakoś wymigać. Odpowiedziało mi
jedynie podwójne wywrócenie oczami.
- Spokojnie. Wybiorę dla was
najspokojniejsze konie, na których jeżdżą dzieciaki. Nic ci nie będzie. –
otworzyła jeden z boksów i weszła do środka – Katie, jesteś odważniejsza to
poradzisz sobie z Timorem. Dla ciebie Liam mam Zulę. – Każdemu koniowi Lily
przypięła uprzęże, twierdząc że tego też nas kiedyś nauczy i poprowadziła je do
zagrody. My posłusznie szliśmy za nią. Przywiązała sznurki do ogrodzenia i zachęciła
nas do podejścia bliżej. – Pierwsza i w sumie najważniejsza zasada: Nigdy nie
odwracajcie się do konia plecami, bo to się może źle skończyć. Akurat Zula wam
nic nie zrobi, ale Timor będzie was próbował skubać w ramię. Dla przykładu mój
Jeff mógłby was kopnąć, ale on tylko mnie toleruje. Zresztą nieważne. – mówiła
jednocześnie wyciągając jabłko z kieszeni. Pokroiła je na cząstki i podała nam.
– Stańcie przy nich i spróbujcie nakarmić. O tak. – zademonstrowała jak to
zrobić.
- Ale fajnie! – Katie ochoczo
podała kawałek Timorowi. Ja cały czas się wahałem.
- Spróbuj najpierw ją pogłaskać,
Liam. Ona nic ci nie zrobi. - dotknąłem jej nie pewnie na, co zastrzygła
uszami. Ja automatycznie cofnąłem rękę. – Spokojnie. Teraz połóż na dłoni
jabłko i jej podaj. – instruowała mnie Lily – Świetnie. – położyła każdemu
koniowi siodło i zademonstrowała jak je poprawnie przypiąć. Nadal miałem
obiekcje, co do tej całej nauki, choć zaczęło mi się to podobać.
- Kiedy spróbujemy jeździć?
- Najpierw musicie nabrać
wzajemnego zaufania, dlatego na początku zawsze proponuję, aby zacząć od
położenia się na siodle. – zwinnie wspięła się na konia i przez chwilę leżała
przewieszona w pół – Nasze konie są oswojone, ale nigdy nic nie wiadomo. To
jest zwierzę i nie mamy 100% pewności, jak się zachowa. Jeśli nie zaczyna się
wierzgać i nie próbuje was zrzucić, to znaczy, że możecie bez przeszkód usiąść
normalnie. – Lily wytłumaczyła nam co i jak, i muszę przyznać, że ona naprawdę
się na tym zna. Kazała nam spróbować, a sama usiadła na ogrodzeniu. Katie od
razu załapała bakcyla i świetnie jej to poszło, natomiast ja jakoś nie mogłem
się przełamać. Patrzyłem na obie dziewczyny i zacząłem się zastanawiać dlaczego,
aż tak mnie to przeraża?
- Kochanie, no spróbuj wreszcie. –
z rozmyślań wyrwał mnie głos mojej dziewczyny.
- Nie wiem, jak się do tego zabrać.
Jak patrzę na was to nie wygląda na coś skomplikowanego, ale jak sam mam to
zrobić to…
- Spokojnie. Odetchnij głęboko. –
Lily zaczęła przemawiać do mnie, jak do dziecka – Teraz stań bokiem i wsuń
zewnętrzną stopę w strzemię. Drugą nogom się odbij i przerzuć nad koniem i
gotowe. Coś w podobie jak byś wsiadał na rower. – przeanalizowałem słowa Lily i
obmyśliłem jakąś strategię i w końcu się udało.
- Brawo! – zapiszczała Katie.
- To czas na jazdę. – Lily
zeskoczyła z ogrodzenia, odwiązała i podała nam cugle. Poklepała lekko konie i
zaczęły się poruszać – Trzymajcie się, żebyście nie spadli. W jeździe konnej
najważniejsza jest postawa. Macie ładnie się prezentować. Liam nie garb się. –
rekomendowała brunetka – Teraz pociągnijcie cugle do siebie, a koń się
zatrzyma. Żeby ponownie ruszył wystarczy trącić go po bokach piętami, a żeby
skręcić dotknąć jego szyi cuglem z odpowiedniej strony. To cała filozofia.
Teraz możecie popróbować.
*
Po lekcji dla Katie i Liama, Lily zdołała się trochę odprężyć
po kłótni z Fletcherem. Ten gość strasznie działał jej na nerwy, a w dodatku we
wszystko się wtrącał. Toleruję go tylko
ze względu na Laverage i jego przyjaźń z dziadkiem – pomyślała. W innym
przypadku już dawno by go stąd wyrzuciła. Bardzo chciała się w końcu dowiedzieć
kto ją systematycznie okradał. Czy rzeczywiście to była sprawka Brandona? Ale
jaki by miał w tym interes? Zemsta, zemstą, ale sam nie był by w stanie ukraść
aż tyle bydła. Przez te coraz to nowsze problemy Lily nawet nie ma czasu, żeby
się porządnie rozprawić z tymi danymi z pendriv’a. Przeszkodą jest również
obecność policjanta na ranczu. Najpierw sama chciałaby się dowiedzieć o co w
tym wszystkim chodziło, i jak wiele wskazuje nadal chodzi. Jaka była w tym
wszystkim rola Luke’a? Potrząsnęła głową, by odgonić złe myśli. Łapiąc za cugle
zaprowadziła konie do stajni. Po ich nakarmieniu i zamknięciu boksów,
skierowała się do jednego z pustych pomieszczeń. Na ogół przechowywali tam
paszę dla zwierząt, ale także różne narzędzia. Otwierając drzwi jedyne co dało
się usłyszeć to przeraźliwy krzyk Lily. Na podłodze leżał martwy kot, a tuż
obok niego kartka, na której wyraźnie widniała groźba. Zacisnęła powieki, ale
gdy je znów otworzyła, wypisane tłustym drukiem słowa nadal tam były.
To ty go zabiłaś. Ciesz się póki możesz.
- Co się stało? – z daleka usłyszała pytanie. Wyszła z
pomieszczenia i zobaczyła idącego w jej stronę Jose i Harry’ego. – Lily, co ci
jest? – Jose podszedł do niej i podniósł jej głowę by na niego spojrzała –
Dobrze się czujesz? Jesteś strasznie blada.
- Tak…
- Harry, zostań z nią. – Jose powiedział i sam wszedł do
środka to, co zobaczył również jego przeraziło. Martwy kot miał poderżnięte
gardło, a słowa na kartce nie pozostawiały złudzeń. Cofnął się po czym podszedł do Lily – Co to
ma znaczyć, do diabła?
- Co się dzieje? – spytał zdezorientowany Harry. Jose skinął
mu głowę w stronę pomieszczenia. Harry tak szybko, jak tam wszedł tak szybko
wyszedł.
- Lily, spójrz na mnie. Musimy zawiadomić Fletchera. Harry
możesz po niego pójść?
- Jasne.
- Lily, zrozum, to nie są żarty. Ktoś tu był i wiedział, że
to znajdziesz.- spokojnie próbował przemawiać do niej Jose.
- W tym rzecz. Ktoś ośmielił się tu przyjść. Rozumiesz? Tak
blisko domu… - brunetka wstała i zaczęła krążyć w tą i z powrotem.
- Do cholery, ktoś ci groził!
- No, właśnie! To mi, ktoś groził.
- No, właśnie! To mi, ktoś groził.
- To nie są żarty. Zrozum, że… - Jose próbował coś wskórać.
Harry przyglądał się temu w milczeniu i zastanawiał się o co, tak naprawdę w
tym wszystkim chodzi.
- Wiem, co chcesz powiedzieć, ale nie zmienię zdania. To już
zabrnęło zbyt daleko. Na razie proszę wasz o zachowanie tajemnicy. Zobaczymy,
co się wydarzy.
- Ale…
- Na razie sama się tym zajmę. Znajdę tego kogoś i na jego
miejscu już bym zaczęła żałować. – gniewnie zacisnęła dłonie w pięści.

