czwartek, 31 marca 2016

Rozdział 35

Krzątałam się po pokoju próbując się jakoś ogarnąć. Nie spałam zbyt dobrze, o ile w ogóle to miało miejsce. Czym dłużej myślałam o kłótni z Lily tym gorzej się czułam. Nie widziałam jej od tamtej pory i naprawdę obawiam się jak to dalej będzie. Proza życia bywa przygniatająca, czasem tak bardzo, że czujemy jakby ktoś wrzucił nam na plecy wielki kamień, który z czasem się rozrasta i przygniata nas coraz bardziej i bardziej. Parodia całej tej sytuacji polega na tym, że czasami nieświadomie sami sobie narzucamy ten ciężar. Są w życiu sytuacje, na które wpływu nie mamy, ale o większości naszego życia decydujemy sami. Bo czy nie jesteśmy architektami naszego losu, to od nas zależy jakie fundamenty postawimy, jak silna będzie nasza rodzina, nasz związek czy przyjaźń…Nawet jeżeli podczas trzęsienia część się rozchwieje, może nawet runie solidne fundamenty  pozostaną nienaruszone. Będą stały i cierpliwie czekały, aż któraś ze stron podniesie się pierwsza i zacznie budować od nowa…Dlatego się nie poddam. Sprawię, że Lily raz na zawsze odetnie się od przeszłości i będzie szczęśliwa. Czy tego chce czy nie chce zaakceptuje siebie. Moje przemyślenia przerwało dopiero pukanie do drzwi. Miałam nadzieję, że będzie to moja siostra… - Kto tam?
- To ja Niall. Mogę wejść?
- Taa…
- Nie przeszkadzam?
- Nie. Siadaj.
- Jak się czujesz?
- Dobrze, dzięki.
- A tak serio?
- Do bani. Nie wiem czy udało mi się dzisiaj zasnąć. Cały czas myślałam o Lily. Jak się czuje, co robi i gdzie jest…
- To dowodzi, że jesteś wspaniałą siostrą – odpowiedział – Zayn’a nigdzie nie ma. Być może jest teraz z Lily…
- Wolałabym, żeby tak było. Może oni ciągle się kłócą, ale wiem, że przy nim moja siostra niczego głupiego nie zrobi…
- Dobra. Koniec tego użalania. Idziemy na śniadanie. Wszyscy już czekają.
- No to chodźmy…- odparłam niezbyt chętnie.
Weszliśmy do kuchni, gdzie faktycznie już wszyscy byli. No prawie. Zasiadając do stołu wyłapałam jeszcze przeczący gest od Marii, co oznaczało, że Lily jeszcze nie wróciła.
*
Obudziłam się z potwornym bólem głowy i zaschniętym gardłem, które aż wołało o łyk wody. Uniosłam się na jednym łokciu rozglądając po znajomym pomieszczeniu.
- Masz. - usłyszałam za sobą zachrypnięty i nieco ściszony głos. Spojrzałam zdezorientowana za siebie mierząc go wzrokiem. Stał w jasnych spodenkach trzymając w ręce szklankę wody. Złapałam ją i wypiłam jednym haustem. Uniosłam w górę skrawek kołdry ogarniając wzrokiem czy w ogóle mam coś na sobie. - Przestań. - wyjąkał siadając po drugiej stronie pokoju. - Nie skrzywdziłbym Cię nigdy, ani nie zrobiłbym niczego czego byś potem żałowała. - dokończył wbijając wzrok w podłogę. Pokiwałam twierdząco głową zmieszana.
- To dlaczego jestem w samej bieliźnie?
- Mnie nie pytaj. Sama wczoraj chciałaś się napić. – odpowiedział.
- Weź wyjdź czy coś. Chcę się ubrać – powiedziałam.
- Wczoraj jakoś nie przeszkadzało ci paradowanie w samej bieliźnie – odpowiedział uśmiechając się chytrze.
- O matko. Co tu się wczoraj działo?
- Pamiętam, że piliśmy i tyle – odpowiedział z tajemniczym uśmiechem. Zmierzyłam go podejrzliwym wzrokiem, ale nic już nie powiedziałam. Zakładając koszulę wstałam by znaleźć swoje spodnie. Zayn przyglądał mi się z zaciekawieniem.
- Nie gap się na mnie. W ogóle po, co tu zostałeś?
- Twoje towarzystwo mnie przekonało – odpowiedział.
Znajdując spodnie ubrałam je i wyszłam z chatki by odetchnąć świeżym powietrzem.
- To wracamy? – spytał Zayn dosiadając się do mnie.
- Chcesz to wracaj. Ja mam zamiar tu zostać i się upić.
- A co z ranczem? – spytał trafiając w czuły punkt.
- Idź i spytaj o to Lizzy. W końcu połowa „La luny” jest jej  – odwarknęłam. Ledwo wstałam do tego boli mnie głowa, a on jeszcze zadaje tyle pytań. Trzeba było go posłać w cholerę i upić się w samotności. A nie, teraz nie wiem, co tu się wydarzyło i chyba nawet nie chcę wiedzieć. Dlaczego ja w ogóle z nim rozmawiałam wczoraj? Po cholerę on tu za mną przybiegł? Mało ma swoich problemów? Nie wiem jak on to robi, ale potrafi mnie rozweselić. Czy to jest ten znak?
-  Znowu zaczynasz?
- Co zaczynam. Nie wiem, co wczoraj robiłam, ale dla twojej wiadomości nic się nie zmieniło. – powiedziałam i zaczęłam iść w stronę domu.
- Gdzie ty znowu idziesz?
- Jak najdalej od ciebie – krzyknęłam. Jednak on nie miał zamiaru zostawić mnie w spokoju. Szedł cały czas za mną.
- Tak nagle ci się spieszy?
- Nie denerwuj mnie lepiej…
- A było tak miło wczoraj…
- Nie wiem, co ty w tym wszystkim widzisz miłego. Siostra, która nie wiem czy wciąż nią jest, rozwala mnie jednym słowem. Ty leziesz za mną choć wcale cię o to nie prosiłam. Myślisz, że masz prawo mi doradzać i zadajesz zbyt osobiste pytania. Do tego jeszcze dodam miliard innych problemów, których ty nigdy nie zrozumiesz…- powiedziałam dźgając go palcem w klatkę piersiową.
- Jesteś niewdzięczna. Pomogłem ci wczoraj i choć o to nie prosiłaś to tak naprawdę potrzebowałaś kogoś w tamtej chwili…
- Nigdy więcej nie mów, że jestem niewdzięczna – wysyczałam przez zęby – Po za tym odczep się ode mnie raz na zawsze. Obiecałam, że cię wysłucham i zrobiłam to więc… A idź w cholerę – dodałam zostawiając go i kierując się w stronę domu. Kiedy już miałam otwierać drzwi wpadłam na Marię i Louisa.
- Gdzieś ty była? Martwiłam się…
- Nie wiem – odwarknęłam i skierowałam się na górę, gdzie oznajmiłam swoje przybycie efektownym trzaskiem drzwi od mojego pokoju. Kiedyś one faktycznie wylecą z futryny…

Rano obudziłem się dziwnie wyspany. Otwierając oczy dostrzegłem obok leżącą Lily. Przyznam, że był to wspaniały widok. Brunetka pogrążona we śnie wyglądała tak spokojnie i niewinnie, jak nigdy. Oczywiście do czasu, aż się nie obudziła. Jak zwykle musiała wszcząć kłótnię. Tyle temperamentu w jednej osobie to chyba jeszcze nie widziałem. Bynajmniej sobie nie przypominam. Wczorajszy wieczór spędziliśmy naprawdę miło, mimo wcześniejszych wydarzeń. Faktycznie przez większość czasu piliśmy jednak to nie jest jedyna rzecz, którą pamiętam. Każdą chwilę pamiętam doskonale, ale na razie zachowam to tylko dla siebie. Lecz jak zwykle musiałem wszystko spieprzyć i palnąć jakąś głupotę. Jedno jest pewne, nasza znajomość przebiega ciągle w jednym cyklu: coś się wydarza, to delikatnie mówiąc źle wpływa na Lily, rozmawiamy, ja coś głupiego powiem, a ona się wścieka i tak w kółko. Wiem, że muszę coś z tym zrobić. Nie ma innej opcji. Chciałbym się więcej dowiedzieć o problemach Lily by móc jej jakoś pomóc, ale oczywiście tak by się nie dowiedziała, że to ja. Inaczej na pewno się nie zgodzi. Dochodząc do domu natknąłem się na Marię i Lou.
- Zayn powiesz mi, co się znowu stało Lily? W ogóle wiesz, gdzie była przez całą noc?
- Spokojnie nic się jej nie stało, ale nie wiem czy mogę o tym mówić. Zresztą nawet jak bym chciał to nie potrafiłbym tego wszystkiego powtórzyć. Mogę jedynie powiedzieć, że nikomu nie życzę takiej sytuacji jaka miała miejsce wczoraj. Jak sobie przypomnę jej widok z wczoraj, to…
- O matko! Powiedz mi tylko czy Lily wspominała coś o rodzicach?
- Tak i o dziadku, Luke’u… - na tą wzmiankę Maria aż pobladła.
- Przepraszam chłopaki, ale muszę coś zrobić.
- O co chodzi? – wtrącił Louis.
- Nie mogę wam nic powiedzieć dopóki Lily sama tego nie zrobi.
- Możemy jakoś pomóc? – zapytałem.
- Nie – odpowiedziała i zostawiła nas samych.
- Wytłumacz mi co tu się dzieję, bo już się pogubiłem – spytał Lou jednak w tym momencie na horyzoncie pojawiła się Lizzy.
- Gdzie jest Lily? Wróciła z tobą?
- Wróciła, ale lepiej ją zostaw teraz w spokoju.
- Nie ma mowy. To jest moja siostra, a ty nie masz prawa się wtrącać do naszej rodziny.
- Skoro to twoja siostra to dlaczego przez ciebie wczoraj płakała? I wiesz co, to ty powinnaś z nią wczoraj być, nie ja skoro jest twoją rodziną – odpowiedziałem i wyminąłem zszokowaną dwójkę. Nie byłem zbyt miły, ale nie lubię owijać w bawełnę. Wychodzę z założenia, że nawet najgorsza prawda jest lepsza niż milion kłamstw. Lily jest naprawdę trudną osobą do zrozumienia, ale Lizzy jako jej siostra z pewnością zna ją lepiej niż ja. Dlatego to ona powinna być wczoraj z brunetką i wyjaśnić z nią wszystko. Doskonale wiem, że niewyjaśnione sprawy później ciągną się za nami przez długi czas. Pozostaje wiele żalu i obwinianie siebie nawzajem, a to do niczego nie prowadzi. Dlatego też wchodząc na górę skierowałem się w stronę pokoju Lily. Szczerze mówiąc nie wiedziałem, które drzwi prowadzą do jej pokoju dlatego zapukałem w te, w którym rozmawialiśmy. Na szczęście usłyszałem jej głos.
- Proszę.
- Mogę na chwilę?
- Masz jakąś konkretną sprawę czy znowu zamierzasz…
- Chciałbym cię przeprosić za wcześniej. Nie powinienem mówić, że jesteś niewdzięczna. Po prostu tak mam, że jak się wkurzę to gadam głupoty. Nie chciałem abyś tak, to odebrała…
- Usiądź, proszę – odpowiedziała odkładając trzymaną książkę na bok – Zdaje sobie sprawę, że nie jestem zbyt… hmm… przyjazną osobą, ale życie tutaj nauczyło mnie, że nie warto mieć żadnych skrupułów. Tutaj albo stawiasz na swoim albo wpadasz w koło, w którym musisz się podporządkować reszcie. Ja tak nie potrafię i nie godzę się na to, dlatego wszyscy są przeciwko mnie. Dziadek też taki był jednak jemu było łatwiej. Już ci o tym mówiłam, że kobiety tutaj zajmują się tylko domem i nie mogą wtrącać się w biznes. To, że zajmuje się „La luną” to jeszcze nie taki problem, ale że nią zarządzam i w dodatku dobrze mi idzie, a raczej szło, to już jest powód aby mnie zniszczyć. Ta kradzież utwierdziła mnie w przekonaniu, że nie mam co liczyć na święty spokój. Zawsze znajdzie się ktoś, kto będzie chciał mi zaszkodzić. Nie wiem czy jestem w stanie to dłużej ciągnąć. Lizzy mi tego nie ułatwia. Mam wrażenie, że większość pracowników jest tutaj nadal tylko z uwagi na pamięć o moim dziadku…
- Nie jestem tu zbyt długo, ale mogę stwierdzić, że ci wszyscy ludzie są tu dla ciebie. Myślisz, że zostaliby tu gdybyś była taka jak ci pozostali ranczerzy? Nie sądzę. Z twoich opowieści wynika, że jako jedyna bierzesz pod uwagę zdanie innych i troszczysz się o nich. Kto by nie chciał mieć takiego szefa jak ty?
- A co zamieniłbyś się?
- Jasne. Byś widziała naszego szefa. Ten to dopiero jest porąbany.
- Twierdzisz, że jestem porąbana?
- Nie! Ja…
- Żartowałam – odpowiedziała z minimalnym uśmiechem.
- A już myślałem…
- Nie bierz wszystkiego tak do siebie. Ja mam taką zdolność, że mówię czasami coś niezbyt miłego po to, by inni się odczepili. Wszyscy mają jakieś inne wyobrażenie na mój temat, a nikt tak naprawdę nie wie jaka jestem…
- A ty to wiesz? – zapytałem i zapadła między nami cisza. Zastanawiałem się czy powinienem o to pytać, ale ciekawość zwyciężyła. Lily kilkukrotnie otwierała i zamykała usta. Wyglądała jak ryba, która chce złapać powietrze.
- Kiedyś… - zaczęła, ale przerwało jej pukanie do drzwi.
- Lily? Jesteś tam? – to był głos Lizzy.
Brunetka wstała z zajmowanego miejsca i podeszła do drzwi.
- O co chodzi?
- Możemy porozmawiać?
- Myślę, że nie mamy o czym.
- Lily…
- Jestem zajęta teraz i nie mam czasu. Po za tym nie mam ci nic do powiedzenia – odpowiedziała i zamknęła drzwi.
- Wiesz, że to nie było zbyt miłe? – spytałem gdy odwróciła się w moją stronę.
- Nie zamierzam się z tobą kłócić, ale nie powinieneś się wtrącać. Sam nie masz kontaktu ze swoim rodzeństwem więc nie możesz mi doradzać w tej sprawie.
- Auć…
- Może powinieneś to zmienić? Spróbować odbudować swoje relację z rodziną?
- To nie jest dobry czas na ten temat. Lepiej już pójdę – odpowiedziałem i wyszedłem z pokoju. Przechodząc do drugiej części domu natknąłem się na Niall’a.
- Stary. Wszędzie cię szukam. Mamy małe zebranie.
- No już idę. Pali się czy co? – odpowiedziałem i razem poszliśmy do pokoju Horan’a.


- No w końcu się znalazłeś, Zayn – powiedziałem kiedy zjawił się razem z blondaskiem.
- O co chodzi? – spytał prosto z mostu.
- Jesteśmy tu gośćmi i może nie powinniśmy się wtrącać, ale doszliśmy do wniosku, że musimy się jakoś odwdzięczyć – zacząłem mówić
- Większość z nas słyszała kłótnie sióstr i dlatego musimy coś z tym zrobić – dodał Louis
- Pomyśleliśmy, że możemy coś zorganizować dla Lily i Lizzy – stwierdziła moja dziewczyna – Nie wiecie kiedy one mają jakieś urodziny czy jakąś inną okazję do świętowania? – dodała jednak wszyscy pokręcili przecząco głowami.
- To trochę utrudnia sprawę, ale zawsze możemy coś wymyślić bez okazji
- I co ja mam z tym wspólnego? – powiedział Zayn.
- Ty i Niall macie się dowiedzieć czegoś od dziewczyn i w razie potrzeby gdzieś je zabrać
- Nie wiem czy to jest dobry pomysł. Sami wiecie jaka jest Lily uparta i … - zaczął mówić Malik lecz przerwał mu Lou.
- Jakoś tobie to nie przeszkadza, Zayn.
- Może zapytamy Marii, co o tym sądzi? Wiecie ona zna je najlepiej może nam coś doradzi? – wtrącił się Niall.
- Louis to zadanie dla ciebie – zwróciłem się do kumpla
- Dlaczego ja?
- Bo ciebie Maria lubi najbardziej z nas – stwierdził Harry
- Bardzo śmieszne - oburzył się Lou – Mi się wydaję, że najbardziej to ona polubiła Paul’a…
- Dobra, nie ważne – zaczęła mówić Katie – Każdy próbuje się teraz czegoś dowiedzieć. Za jakieś dwa dni obgadamy wszystko i coś wymyślimy. A teraz do dzieła. – dodała. Zebraliśmy się wszyscy do wyjścia kiedy nagle usłyszeliśmy huk. Czym prędzej zeszliśmy na dół by zobaczyć, co się stało. Tuż za nami zjawiła się Lily i kiedy zobaczyła, co się stało na jej twarzy pojawił się jakiś grymas.
- Maria, co tu się stało? – zapytała.
- Lizzy nic ci nie jest? – padło w tym samym czasie z ust Niall’a.
- Jest ok. Próbowałam sięgnąć ścierkę i krzesło trzasło… - zaczęła się tłumaczyć
- Maria?
- Prosiłam by podała mi ścierkę, a jej się oczywiście nie chciało wstać więc odchyliła się na krześle, a ono trzasło. Tak w skrócie mówiąc.
- To już trzecie krzesło w tym miesiącu. Jak tak dalej pójdzie to wyniszczą się wszystkie meble, a w szczególności krzesła. – stwierdziła Lily – Prosiłam przecież, żebyś jej pilnowała…
- Wy jesteście niemożliwe… - mruknął Louis - Tutaj jest jeszcze ciekawiej niż u nas… - dodał.
- Weź już może lepiej nic nie mów – zwróciła się do niego Lily – Posprzątajcie tutaj z łaski swojej. Pójdę zobaczyć czy mamy gdzieś jakieś pasujące krzesło – dodała i wyszła. Wzrokiem wskazałem Zayn’owi, żeby poszedł za nią. Mam nadzieję, że Lily w końcu się do niego przekona tak w 100%.
- Może w czymś pomożemy? – spytałem.
- Weźcie gdzieś Lizzy – odpowiedziała Maria
- To idziemy – odpowiedziała Katie i wszyscy z wyjątkiem Louis’a opuściliśmy kuchnię. 

Szedłem przez krótki czas za Lily do czasu, aż ta nie weszła do jakiegoś domu. Swoją drogą zanim weszła przystanęła na chwilkę i dopiero po upływie kilku sekund zniknęła za drzwiami. Postanowiłem pójść za nią i w razie czego pomóc z tym krzesłem. Wszedłem do jednego z pomieszczeń i zobaczyłem jak Lily wyżywa się na jakiś wielgachnym regale. Mimo, że kopała w niego z całej siły, ten ani drgnął. Nie czekając podszedłem i łapiąc ją w pasie odsunąłem od mebla.
- Puść mnie
- Puszczę cię, jak przestaniesz - odpowiedziałem
- Dobra. Już jest okej.
- Co ty w ogóle wyrabiasz?
- Rozładowuję napięcie, a ten regał się idealnie nadaje.
- Często tu przychodzisz?
- A co cię to obchodzi?
- Proszę cię…
- To jest 3 raz kiedy tu jestem, drugi kiedy kopię regał. Jeszcze coś?
- Z czego jest ten regał, że nawet się nie ruszył? – zapytałem, by rozładować trochę napięcie
- Em… z drewna? – odpowiedziała, a ja wybuchnąłem śmiechem. Po chwili dołączyła do mnie Lily. Swoją drogą pierwszy raz widzę ją uśmiechniętą i jest to bardzo ładny widok – Czemu mi się tak przyglądasz?
- Ładnie wyglądasz jak się uśmiechasz. Powinnaś to robić częściej.
- Wiesz jakoś od … odkąd pamiętam nie ma powodów do śmiechu i nie zanosi się, żeby to się zmieniło w najbliższym czasie…
- Nie chciałem…

- Nie przejmuj się. Przyzwyczaiłam się już. Po tym wszystkim czego doświadczyłam, i to co od ciebie usłyszałam utwierdziło mnie w jednym. Zaczęłam wierzyć, że wszystko dzieje się z jakiegoś powodu. Ludzie zmieniają się po to, abyśmy mogli nauczyć się ich sobie odpuszczać. Sprawy przyjmują zły obrót, po to byś mógł docenić je kiedy wszystko jest dobrze. Wierzymy w kłamstwa po to, by w końcu nauczyć się ufać tylko sobie. A czasami bywa tak że dobre rzeczy rozpadają się po to, aby jeszcze lepsze mogły powstać… Choć to ostatnie dotyczy pewnie jednej osoby na miliard…
- Pięknie powiedziane, ale czy naprawdę w to wierzysz?
- Czy wierzę?... Ja już chyba w nic nie wierzę i niczemu nie ufam… to pozwala na unikanie rozczarowań, ale nie ważne….
- Ważne. Chciałbym o tobie wiedzieć o wiele więcej od innych…o tym co lubisz, a czego nie… co cię denerwuję, a nawet jaki jest twój ulubiony kolor…
- Dlaczego tak bardzo ci na tym zależy? – odpowiedziała jedynie.
- Z Tobą mogę mówić swobodniej niż z kimkolwiek, bo nikt nie był przy mnie w ten sposób, jak Ty jesteś, z całą wiedzą o mnie, z taką świadomością, wbrew wszystkiemu i pomimo wszystko… A po za tym zależy mi na tobie, jako Lily…
- Nie chcę, żeby zależało ci na mnie… Wszyscy, którzy mówili, że jestem dla nich ważna albo zginęli albo…
- Albo…
- Uciekli. Ze mną się nie da wytrzymać. Serio – dokończyła swoją myśl.
- Jakoś daje radę – odpowiedziałem lekko się uśmiechając.
- Wydaje ci się...
- Jestem tego pewien. Mój dziadek zawsze powtarzał, że jeśli to jest coś warte, to nigdy nie jest za późno, ani nigdy za wcześnie, jak w moim przypadku, by być osobą, którą chcesz być. Nie ma limitu czasu. Przestajesz, kiedy chcesz. Możesz się zmienić albo nie. Tu nie ma zasad. Możemy uczynić z siebie coś najlepszego lub najgorszego. Ja z twojego powodu staram się być lepszym człowiekiem ty też powinnaś zrobić coś tylko dla siebie…
- Nie rób niczego dla mnie. Musisz tego chcieć dla siebie.
- Czy ty zawsze wyłapujesz najmniej istotne słowa? – spytałem – I nie zmieniaj tematu.  

- Przyszłam tutaj po krzesło, a nie na jakieś rozmowy z kimkolwiek więc odczep się. Jesteś ostatnią osobą, która powinna dawać mi jakiekolwiek rady.
- Uciekanie od problemów, to wyścig, którego nigdy nie wygrasz… Wiem coś o tym…

Obserwatorzy