niedziela, 22 listopada 2015

Rozdział 30

Od wczoraj Lily prawie wcale się do mnie nie odzywa. Wiem, że postąpiłam źle, ale nie może mnie tak ignorować. Już wolałabym, żeby na mnie porządnie nakrzyczała, a nie była tak zdystansowana. Milczenie w jej wykonaniu jest nie do zniesienia. Podczas śniadania nie zamieniła ze mną żadnego słowa. Nawet nie zaszczyciła mnie spojrzeniem. Chciałam z nią porozmawiać, ale jak tylko zjadła przyszedł Jose i wyszli razem.
- Co jest Lizzy? – spytał Niall
- Lily mnie unika i nie chce ze mną rozmawiać.
- Przejdzie jej.
- A jak nie? Nie znasz jej, ona potrafi …
- Co tak szepczecie, hm? – wtrącił Louis. – Idziemy na spacer dołączycie się?
- Jasne zaraz was dogonimy.
- …się gniewać wiekami.
- Możemy razem z nią porozmawiać. Może wtedy wyjaśni ci wszystko?
- Świetny pomysł. Dzięki Niall za pomoc.
- Do usług, a teraz chodźmy na ten spacer.

Od samego rana Lily chodziła jak struta. Już w nocy bezsilność nie pozwalała jej się dobrze wyspać. Sprawy zawodowe nie wpływały na poprawę samopoczucia. Informacja, że stado uszczupliło się o więcej niż sto sztuk nie dawała jej spokoju. Jeśli okaże się, że brakuje ponad 600 sztuk bydła zyski „La luny” spadną niemal do zera. Najgorsze jest to, że jak kradzież się powtórzy będzie zmuszona sprzedać kawałek ziemi, by jakoś funkcjonować. Takie sytuacje utwierdzają ją tylko w przekonaniu, że jest zdana tylko na siebie. Ranczo należy do niej, zatem kłopoty z nim związane musi sama rozwiązywać. Nie ma już osoby, która mogłaby ją w tym wyręczyć. Chwytając kapelusz, zaraz po śniadaniu, wyszła z Jose. Czekało ją mnóstwo pracy, ale wiedziała jedno, że nigdy się nie podda. Gdyby zostało jej tylko sto krów krok po kroku zaczęłaby odbudowywać hodowlę. Nie pierwszy raz zaczynałaby wszystko od zera.
- I jak się sprawy mają?
- Brakuje około 400 sztuk. Całe szczęście, że zauważyłaś uszczuplenie stada. Gdybyś nic nie zrobiła mogłabyś wszystko stracić.
- Czy ty się słyszysz? To nie jest jedna krowa tylko czterysta. Przeglądając rachunki wyszło, że w ostatnim czasie nie sprzedaliśmy żadnego bydła więc wychodzi na to, że ktoś systematycznie nas okrada. Nienawidzę być taka bezradna!
- Znajdziemy tego drania. Obiecuję ci.
- Sama nie wiem…
- Kazałem tacie zorganizować pracowników do strzeżenia rancza.
- Myślałam, że da się tego uniknąć…
- To jest chwilowe rozwiązanie. Wiem jak nie lubisz zamieszania, ale trzeba złapać złodziei.
- Wiem, choć nie rozumiem dlaczego. Czy ktoś aż tak mnie nienawidzi? No powiedz…
- Nie myśl o tym. Ktoś próbuje ci zaszkodzić, ale nie możesz się poddać.
- Wiesz co, coraz częściej mam tego wszystkiego dosyć. Zastanawiam się jakby wyglądało moje życie gdybym miała rodziców i mieszkała w Londynie. Czy byłabym szczęśliwsza? Czy nie miałabym żadnych problemów? Czy… - brunetka wyrzucała z  siebie kolejne słowa dopóki Jose jej nie przytulił.
- No już. Znając ciebie i tak prędzej czy później wylądowałabyś w „La lunie”. – posłał jej pokrzepiający uśmiech.
- Ale chociaż miałabym rodzinę… - szepnęła bardziej do siebie.
- Lily…
- Nie musisz nic mówić. Wracam do pracy.- powiedziała odsuwając się od niego.

Odkąd wyznałem Lily prawdę nie wiem, co mam ze sobą zrobić. Brunetka rozmawia ze mną tylko na neutralne tematy ale przez większość czasu celowo mnie unika. Myślałem, że kiedy wreszcie wyznam prawdę wszystko stanie się łatwiejsze, a jest wręcz przeciwnie. Jestem beznadziejny. Siedzę tu sam i z daleka obserwuję Lily. Chociaż tyle mogę. Po prostu gapić się na nią. Prowadziła zawziętą rozmowę z Jose, przesadnie przy tym gestykulując. Postanowiłem podejść bliżej i zobaczyć o co chodzi. Jose jak tylko mnie zauważył pokręcił głową i odszedł. – Lily? – zapytałem na, co brunetka odwróciła się w moim kierunku. Miała nietęgą minę.
- O co chodzi, Zayn? – spytała. Lubię jak wypowiada moje imię.
- Wiem, że tego nie lubisz, ale może ci w czymś pomogę?
- Mi to już chyba nikt nie może pomóc…- odpowiedziała czym mnie zaskoczyła.
- Jednak zaryzykuję.
- Nie warto. I tak zawodzę wszystkich więc to nic nie zmieni.
- O czym ty mówisz?
- Nieważne.
- Chciałbym wiedzieć, co ci jest – powiedziałem.
- W czym można człowiekowi naprawdę pomóc - rzekła. Odgarnęła swoje ciężkie, brązowe włosy i milczała chwilę. Widziała, iż patrzę na nią aż do bólu oczu. - Każdy musi sobie sam dawać jakoś radę - rzekła. - Cóż więcej?
- Potrzebujesz pomocy.
- To nie…
- Ile razy będziesz powtarzać, że to mnie nie dotyczy? Aktualnie tu mieszkam więc w jakimś stopniu jednak to wszystko na mnie wpływa.
- Właśnie aktualnie. Więc nie na zawsze. Dla ciebie to bez różnicy co tu się dzieje. Nie wiesz jak wygląda życie tutaj, jak bardzo to wszystko jest skomplikowane.
- To mi wytłumacz.
- Dobrze. Chcesz wiedzieć to ci powiem. Ktoś systematycznie mnie okrada i nie mogę nic zrobić. Stado uszczupliło się o 400 sztuk i jak dalej tak będzie to w końcu będę musiała sprzedać kawałek ziemi, żeby mieć za co żyć. Jak widzisz życie nie jest sprawiedliwe więc zostaw mnie w spokoju.
- Zawsze mogę ci pomóc. To dla mnie żaden kłopot.
- Nic od ciebie nie przyjmę. Sama muszę sobie z tym wszystkim poradzić. Wiesz tu nawet nie chodzi o pieniądze…Włożyłam w to ranczo tyle pracy i wysiłku, a ktoś po prostu przywłaszczył sobie coś mojego. Od tak. – powiedziała pstrykając przy tym palcami. – Cały czas się łudzę, że jakimś cudem to okaże się jakimś kiepskim żartem i wszystko wróci do normy. Powiem ci coś czego może nie powinnam. Tak naprawdę się boję. Próbuję o tym nie myśleć , ale nie potrafię. Tak wiele zależy od tego, czego uda mi się dokonać w tym roku. Dokonałam pewnych inwestycji licząc, że szybko się zwrócą. Jednak strata tylu krów znacząco odbije się na „La lunie”… i na mnie. Ale to nie jest ważne, co się ze mną stanie. Obiecałam sobie, że nigdy się nie poddam, ale trudno cokolwiek zrobić kiedy wszyscy są przeciwko mnie. Prowadzenie rancza nie należy do łatwych zadań, a kiedy jest się kobietą… Żeby osiągnąć sukces kobieta musi być dwa razy lepsza od mężczyzny… - zakończyła bezradnie. Zmniejszając dzielącą nas odległość do minimum zgarnąłem ją do uścisku.
- Zobaczysz wszystko się w końcu wyjaśni. Nie powiem ci, że będzie dobrze, bo nie wiem jak będzie, ale na pewno poznasz prawdę. To ci mogę obiecać. – powiedziałem. Lily odsunęła się ode mnie i wpatrywała się we mnie w milczeniu.
- Teraz widzisz, że nie jesteś w stanie niczego zrobić.
- A właśnie, że jestem. Chodź ze mną.
- Co ty planujesz? Lepiej się w to nie mieszaj. – powiedziała.
- O nic nie pytaj. – odpowiedziałem i łącząc nasze dłonie pociągnąłem ją w stronę domu. Poczułem, że cała się spięła, ale nie protestowała. Docierając do domu zaprowadziłem ją do gabinetu, gdzie nakazałem zawiadomić policję. Po usłyszeniu kilku złośliwych uwag typu „sama bym na to nie wpadła” Lily w końcu spełniła mój nakaz. Po drodze minęliśmy całą ekipę wracającą ze spaceru. Wyglądali na zaskoczonych, ale na tłumaczenie przyjdzie pora za chwilę. Przez kilka minut brunetka tłumaczyła przez telefon o co chodzi. Na szczęście policjanci przyjęli zgłoszenie i zapewnili, że niezwłocznie zajmą się sprawą.
- To koniec twojego błyskotliwego planu?
- Nie. Teraz idziemy znaleźć resztę.
- Ale…
- Miałaś nie pytać. – przerwałem jej zanim na dobre by się rozkręciła. Znajdując wszystkich w salonie poprosiłem, żeby zajęli miejsca przy stole i chwilkę poczekali. Po przyprowadzeniu Jose i wyjaśnieniu mu pokrótce o co mi chodzi mogłem przekazać mój plan pozostałym. Lily z ostrym spojrzeniem wpatrywała się we mnie, co nie było za przyjemne. Choć z drugiej strony…
- Może ktoś nam wyjaśni o co chodzi? – zapytał Harry przerywając tym samym moje rozmyślania. Zacząłem im po kolei wyjaśniać dlaczego ich tu zebrałem. Począwszy od tego, że na ranczu jest złodziej skończywszy na tym, że wszyscy razem spróbujemy znaleźć zaginione stado. Lily jak i reszta nie byli zadowoleni moim pomysłem. Brunetka twierdziła, że to nic nie da, a pozostali twierdzili, że się tutaj prędzej zgubią niż coś znajdą. Dopiero jak Jose wyjaśnił, że z każdą grupką pójdzie zaufany pracownik zgodzili się twierdząc, że to będzie fajna przygoda. W sumie to tylko Louis tak stwierdził. Dobrze, że Lily nie zaczęła na niego wrzeszczeć, bo na to nie byłem przygotowany. Jednak ona puściła to mimo uszu i cierpliwie wysłuchiwała wywodów zarówno moich jak i Jose. Pod koniec dołączyła do nas jeszcze Lizzy i dopiero wtedy Lily się zgodziła twierdząc, że zabrakło jej argumentów. Nie powiem wytrwale się sprzeciwiała. Ciężki z niej negocjator. Ostatecznie doszliśmy do wniosku, ze jutro od samego rana ruszymy na poszukiwania.
- Czyli wszystko ustalone. A teraz wybaczcie, ale pójdę sobie. – powiedziała Lily i prędko opuściła pomieszczenie.
- No co tak stoisz? Idź za nią. – szepnęła mi Lizzy. Dwa razy nie trzeba mi powtarzać. Rozglądałem się wkoło, ale nigdzie nie mogłem jej znaleźć. Dopiero po chwili wpadłem na to, gdzie mogła pójść. Przemierzając sad w końcu ją znalazłem. Siedziała pod jednym z drzewek i patrzyła przed siebie.
- Dlaczego to robisz? – zapytała w pewnej chwili nawet się nie odwracając w moim kierunku.
- Skąd wiedziałaś, że to ja?
- Nikt nie łazi za mną oprócz ciebie. – odpowiedziała na co się zaśmiałem. – Odpowiesz czy nie?
- No nie wiem…
- Albo odpowiesz albo możesz stad iść. Wybieraj.
- Okej. – odpowiedziałem siadając obok niej. – Widzę, że ta sprawa bardzo cię męczy dlatego chcę pomóc. Po za tym póki nie rozwiążesz tego problemu nie mam, co liczyć na żadne wyjaśnienia.
- Myślisz, że jak mi pomożesz to nagle zacznę się inaczej zachowywać względem ciebie? Jeśli tak myślisz to muszę cię uświadomić, że to tak nie działa. – odpowiedziała po czym zwróciła się w moją stronę. – Wiem, że masz dużo pytań i oczekiwałeś nieco innej reakcji z mojej strony, ale wiedz, że to nie ma żadnego związku z tym co mi powiedziałeś. Nie chodzi tu o ciebie tylko o mnie. Więc nie zadręczaj się tym tak. Na pewno jest ci teraz trochę lżej prawda? – zapytała na co skinąłem głową. – Widzisz żadna tu moja zasługa. Samo to, że mi o tym opowiedziałeś sprawiło, że czujesz się trochę lepiej niż przed przyjazdem tutaj. Wystarczyło znaleźć tylko dobrego słuchacza i wcale to nie musiałam być ja.
- Ja tak nie uważam. Próbowałem z kimś o tym rozmawiać, ale nikt nie potrafił słuchać. Nawet psycholog się nie nadawał. Dopiero ty sprawiłaś, że ci zaufałem i wyznałem wszystko. Nie żałuję, że przyjechałem tutaj. To była najlepsza decyzja jaką kiedykolwiek podjąłem.
- Na pewno nie, ale miło jest słyszeć, że choć jedna osoba nie traktuje „La luny” jako dziury zabitej dechami. Staram się robić wszystko by zmienić nastawienie innych, ale to jest tak jak walka z wiatrakami. Czym bardziej próbujesz tym gorzej to wychodzi…
- Dlaczego tak mądrzy i wrażliwi ludzie jak Ty, noszą w sobie najwięcej cierpienia? – spytałem sam siebie. Jednak Lily zaczęła mówić.
- Tacy ludzie czują bardziej. Wszystko mocniej ich dotyka. Każdy element siedzi schowany głęboko we wnętrzu psychiki i bardzo często przebiegle rani. Słowa pozostają zapamiętane na dłużej, a te wypowiedziane przekazują informacje tak często niedostrzegalne przez innych. Trudno jest się wyzbyć tego uczucia, tej wiecznej samotności, wrażliwości na wszystko, zupełnie innego poglądu na świat. Każdego dnia budzimy się i rozpoczynamy na nowo kolejny dzień. Wszyscy ludzie gdzieś pędzą, do szkoły, do pracy, do swoich spraw. Każdy o czymś myśli, ma czymś zaprzątniętą głowę, wszystko planuje, co zrobi za godzinę, gdzie pojedzie, ile dokumentów musi załatwić do południa. Ta nieliczna, choć spora część osób wstaje rano i nie myśli o tym, co zjeść na śniadanie, jaki serial dziś obejrzeć, co na siebie ubrać, komu złożyć życzenia urodzinowe. Ci ludzie wstają i zastanawiają się, jak żyć, jak żyć by przetrwać…
- Lily…
- Nie. Idź już. Chcę przez chwilę zostać sama.
- Dobrze pójdę, ale pamiętaj, że nie jesteś sama…

poniedziałek, 16 listopada 2015

Rozdział 29

Dzisiejszej nocy nie spałam najlepiej. Ciągle powracały do mnie myśli o, których nie chcę pamiętać. Do tego doszły przeżycia Zayn’a. Potrzebuję, żeby to wszystko się wreszcie skończyło. Żeby raz na zawsze to wszystko się wyjaśniło. Muszę jak najszybciej znaleźć ten trzeci klucz, by zamknąć ten rozdział w swoim życiu. Oczywiście zawsze będę o tym pamiętać, ale nie chcę dłużej żyć z tym całym ciężarem, który towarzyszy mi odkąd pamiętam. Dopiero przyjazd chłopaków uświadomił mi, że muszę się z tym zmierzyć. Wtedy będę mogła odnaleźć jakieś pozytywne strony mojego życia. Schodząc na dół przywitała mnie błoga cisza. Jedyny plus wstawania wcześnie rano. Z pewnością nie wyglądałam najlepiej, ale to jest mój najmniejszy kłopot. Nalałam sobie soku i usiadłam na krześle. Pogrążyłam się w swoich myślach. Nie wiem ile tak siedziałam i pewnie jeszcze by mi trochę zeszło, gdyby ktoś nie złapał mnie za ramię. Podskoczyłam zaskoczona i niefortunnie wylałam całą zawartość szklanki na osobę stojącą przede mną. – Jeny. Przepraszam cię Louis.
- Nie no, nic się nie stało. To tylko koszulka.
- Zdejmij ją. Wrzucę do prania, bo inaczej zostanie plama.
- Nie musisz…
- No chyba się mnie nie boisz, co?
- Nie, no skąd. – odpowiedział i podał mi tą koszulkę. W tym momencie do pomieszczenia weszli Lizzy z Niall’em i Zayn’em.
- A tu co się dzieje? – zapytała moja siostra. Louis stał zdezorientowany i nie wiedział, co powiedzieć.
- A co ma się dziać? – zapytałam z ironią. – Louis zgłoś się później do Marii po tą koszulkę.- dodałam. Dosłownie po sekundzie zadzwonił telefon. Po wysłuchaniu wiadomości byłam jednocześnie zdumiona i wkurzona. – Zaraz tam będę. Dzięki za informację. – powiedziałam i się rozłączyłam.
- Coś się stało? – zapytała Lizzy
- Nic, nie przejmuj się. – odpowiedziałam i wyszłam. Dosiadając Jeff’a ruszyłam w stronę pastwiska, gdzie czekał Jose. – Co się dzieje?
- Muszę ci coś pokazać.
Wzięłam do ręki wodze i prowadząc za sobą konia ruszyłam za pracownikiem. Nie było sensu jeszcze o nic pytać więc szliśmy w milczeniu. Dotarliśmy do miejsca, gdzie kończyło się pastwisko i zazwyczaj nikt nie chodzi bez powodu.
- Spójrz tutaj.
Na widok zniszczonego ogrodzenia, aż krzyknęłam wkurzona – Co do cholery? Przecież kilka dni temu sama wszystko sprawdzałam. Trzeba zawołać ludzi i poszukać zaginionego bydła. Inaczej poniesiemy niezłe straty.
Jose nachylił się bliżej drutu. – Spójrz dokładniej. – Zerknąwszy ponownie szeroko otworzyłam oczy. Drut był idealnie równo przecięty.
- Ewidentnie ktoś to przeciął nożycami. Czyli miałam rację, że w okolicy jest złodziej.
- Spokojnie jeszcze nie wszystko stracone.
- Osobiście załataj dziurę i na razie nikomu ani słowa.
- Co chcesz zrobić?
- Znajdę tego kto chce mi zaszkodzić. – powiedziałam – Przelicz stado w tym sektorze. Chcę wiedzieć jakie straty, to spowodowało.
- Wieczorem przekażę ci nowiny.
- Okej dzięki.  
Po powrocie do domu niefortunnie wpadłam na Zayn’a. – Nie zauważyłam cię. Przepraszam.
- Nic nie szkodzi. Szukałem cię.
- Nie mam teraz czasu na rozmowy.
- Dzwonił do mnie Paul.
- Dobra chodź ze mną – powiedziałam i skierowaliśmy się do gabinetu. – Siadaj.
- Powiedziałam, że oddzwonię jak cię znajdę.
Wybierając odpowiedni numer słychać było ten irytujący sygnał oczekiwania. Sprawy nie ułatwiał fakt, że Zayn intensywnie się we mnie wpatrywał. Wiem o co mu chodziło, ale naprawdę nie miałam siły z nim rozmawiać.
- Paul Higgins.
- Cześć Paul tu Lily… i Zayn.
- Witajcie.
- Zayn mówił, że dzwoniłeś.
- Tak wszystko załatwione. Katie przyjedzie pojutrze do „La luny”. Tak jak prosiliście nic jej nie mówiłem.
- To jak ją przekonałeś? – zapytał Zayn.
- Powiedziałem, że Liam wykupił dla niej wycieczkę.
- Nie będzie zadowolona jak zobaczy wokół siebie same pola. – stwierdziłam.
- Spokojnie Lily. Jak zobaczy Liam’a nic innego się nie będzie liczyć.
- Mam tylko nadzieję, że Katie nie jest taka konfliktowa, jak twoi podopieczni.
- Katie to bardzo przyjazna dziewczyna. Nie sprawia problemów dopóki ktoś nie interesuje się jej chłopakiem.
- Okej, rozumie. W takim razie do usłyszenia Paul. Liczę, że jeszcze nas odwiedzisz.
- Jak znajdę trochę czasu to z przyjemnością. Trzymajcie się dzieciaki. Na razie.
- Pa.
- Czyli wszystko ustalone. Cieszę się, że mu się udało ją przekonać.
- Dlaczego to robisz?
- Już o tym rozmawialiśmy.
- Tak, ale…
- Nie musisz wszystkiego wiedzieć.
- Masz jakiś problem, prawda?
- To ciebie nie dotyczy i nie muszę ci się tłumaczyć. A teraz zostaw mnie samą mam dużo pracy.
- Jak chcesz, ale jeszcze wrócimy do tej rozmowy. – odpowiedział i wyszedł.
Rozsiadłam się wygodniej na krześle i ponownie zaczęłam analizować księgi rachunkowe.

Schodząc ze schodów zauważyłam jak moja siostra z Zayn’em udają się do gabinetu. Oboje od wczoraj dziwnie się zachowują więc postanowiłam sprawdzić o czym będą rozmawiać.
- Co robisz? – doszedł mnie szept i prawie podskoczyłam zaskoczona.
- Cicho. Próbuje usłyszeć o czym rozmawiają Zayn z Lily.
- Może po prostu ją o to zapytasz?
- Nie ma opcji. Lily nie mówi mi o wielu rzeczach, żeby mnie nie martwić.
- Ale…
- Cicho, ktoś idzie – szepnęłam i popchnęłam Niall’a w stronę schodów. Staliśmy bardzo blisko siebie. Nie miałam odwagi spojrzeć mu w oczy więc przylgnęłam do niego jeszcze bliżej i  patrzyłam za niego. Z pomieszczenia wyszedł mulat i na szczęście przeszedł nie zauważając nas. W końcu się od niego odsunęłam.
- Chyba nas nie zauważył. Przepraszam, nic ci nie zrobiłam?
- Nie to ja powinienem o to spytać.
- Ze mną okej.
- Może się przejdziemy?
- W sumie to dobry pomysł. 
Podczas naszego spaceru rozmawialiśmy i śmialiśmy się na zmianę. Jednak za bardzo nie potrafiłam się skupić. Ta sytuacja z przed chwili znowu spowodowała, że jakoś dziwnie się czuję. Przebywanie zbyt blisko Niall’a powoduje u mnie dziwny dreszcz. Ciekawe czy on czuje to samo. Bardzo chciałabym mu wyznać co czuję, ale boje się. Boje się, że on nie zrozumie. Okej, świetnie nam się spędza czas, ale to nie znaczy, że on też tak ma. Ostatecznie zawędrowaliśmy nad rzekę. Lily zawsze zabraniała mi tu przychodzić, ale nie rozumiem dlaczego. Tu jest równie ładnie, jak nad jeziorem. Usiedliśmy na brzegu i patrzyliśmy na wodę. – Może popływamy? – zapytałam.
- Ta woda nie wygląda zbyt przyjaźnie.
- Jak chcesz ja idę. – odpowiedziałam. Nawet nie wiem dlaczego to zaproponowałam. Potrzebowałam trochę ochłody, a że była tu tylko rzeka to nie miałam innego wyboru. Jednak nie wszystko było po mojej myśli. Prąd rzeki był dość silny, że nie mogłam płynąć.
- Lizzy co się dzieje?
- Nie wiem. – wpadłam w panikę. Widziałam tylko, że Niall wskakuje do wody.

Ślęczenie nad papierkami nie jest moim ulubionym zajęciem. Postanowiłam się przewietrzyć. Wyprowadzając Jeffa ze stajni już miałam na niego wsiąść, ale zatrzymał mnie Jose.
- Lily! Zaczekaj. Przeliczyłem stado i mam wrażenie, że brakuje nam ze stu sztuk.
- Stu sztuk? – powtórzyłam zaskoczona. – To nie możliwe. To musi być ktoś z rancza Kinsley’ów albo Garcii. Nie byłabym zaskoczona, gdyby to zrobił Jack albo David. No chyba, że kradzieży dokonuje ktoś od nas.
- Całkiem możliwe.
- Jutro do południa chcę uzyskać szczegółowe sprawozdanie. Wybierz do pomocy ludzi, których jesteś pewien.
- Jasne. A ty gdzie?
- Muszę to wszystko przemyśleć. To już za dużo nawet dla mnie.
Wsiadając na konia pognałam przed siebie. Ruszyłam jeszcze raz obejrzeć tamtą zagrodę. Faktycznie idealne miejsce do kradzieży. Sprawdziwszy najpierw naprawione ogrodzenie zaczęłam liczyć pasące się bydło. Jose miał rację brakowało około stu sztuk. Muszę, jak najszybciej dociec prawdy, inaczej poniesiemy ogromne straty. Nie ma mowy, nie puszczę tego płazem. Muszę działać z rozwagą tak by przechytrzyć złodziei. Potrzebowałam ochłonąć więc skierowałam się nad rzekę. Docierając na miejsce przypięłam konia do gałęzi. Odwróciwszy głowę zobaczyłam tylko jak Lizzy z Niall’em o czymś rozmawiają. Ile razy mówiłam jej, żeby tu nie przychodziła? Tu nie jest tak bezpiecznie jakby się wydawało. Nim zdążyłam zrobić krok w ich stronę dostrzegłam, jak moja siostra wchodzi do wody, po chwili słychać jej krzyk, a Niall wskakuje za nią. Wszystko działo się w zawrotnym tempie. Nawet nie wiem kiedy dobiegłam do wody. Widziałam, jak próbowali podpłynąć do brzegu, ale prąd rzeki im to uniemożliwiał. Niall był bliżej brzegu więc udało mi się go wyłowić na brzeg. Gorzej było z Lizzy. Całe szczęście, że miałam ze sobą lasso. Gdyby nie to pewnie by doszło do najgorszego. Ja doskonale znam tą rzekę, ale za każdym razem boję się do niej wchodzić. Co dopiero, jak jest to osoba, która nic o niej nie wie. Kiedy było już po wszystkim usiadłam na brzegu i odetchnęłam głęboko. Zasłaniając uszy dłońmi próbowałam ochłonąć. Siedziałam tak przez chwilkę, aż wreszcie wstałam. – Wracamy do domu.
- Lily my…
- Lepiej nic nie mów.
- Ale…
- Do cholery co wy sobie myśleliście, co!? Jak możecie być tacy nieodpowiedzialni!? Ile razy ci mówiłam, żebyś tu nie przychodziła? No ile? Gdybym tu nie przyjechała to… nawet nie chcę o tym myśleć.
- Przepraszamy
- Nie interesują mnie wasze przeprosiny. – warknęłam tylko i w milczeniu skierowaliśmy się w stronę domu. – Idźcie się przebrać i odpocząć. – powiedziałam i poszłam zaprowadzić Jeffrey’a do stajni.


poniedziałek, 2 listopada 2015

Rozdział 28

Otworzyłam oczy przy czym jedyne, co zobaczyłam to rażące światło. Mimowolnie z powrotem je zamknęłam. W głowie przelatywało mi milion myśli przez co czułam pulsujący ból. Niechętnie ponownie uchyliłam powieki automatycznie łapiąc się za głowę. Nie wiedziałam co się dzieje.
- Lily. Słyszysz mnie? - dotarł do mnie zaniepokojony głos Lizzy. Spoglądając w stronę, z której dochodził głos zauważyłam, że wszyscy mi się przyglądają. Dlaczego mnie tak boli głowa? - Lily?
- Cicho. - udało mi się powiedzieć. - Czemu mi się tak przyglądacie?
- Straciłaś przytomność. Nie pamiętasz tego? - powiedziała Maria i wtedy wszystko wróciło. Kradzież, Luke, rozmowa i ...Zayn. Ponownie wszystko jest przeciwko mnie. Jakbym mało miała przeżyć w swoim życiu. Zdążyłam przywyknąć do śmierci Luka, a teraz na nowo dowiaduje się rzeczy, które jeszcze bardziej komplikują to wszystko. Przywykłam do tego, że sama zarządzam "La luną", a teraz ktoś mnie okrada. A co najważniejsze przywykłam, że zawsze będę sama, a teraz zjawił się Zayn. Dawno temu obiecałam sobie, że nikogo nie obdarzę żadnym uczuciem, a tu zjawia się on i do głosu dochodzą uczucia, które tak skrycie trzymałam w sobie. Nie chcę, żeby tak było. Jesteś tego pewna? Nie wiem. Było dobrze tak jak było. Żyłam w za tym swoim murem i wszystko było w porządku. Co z tego, że nie byłam szczęśliwa? Nie każdy musi. - Powiedz coś.
- Dlaczego mnie tak bardzo boli głowa?
- Uderzyłaś się przy upadku. - odezwał się Zayn. Kiedy na niego spojrzałam zauważyłam, że on również mi się intensywnie przygląda. W jego oczach czaiła się troska i obawa? Oddychając głęboko przymknęłam na chwilę powieki. Odepchnęłam od siebie tą myśl. Uchylając je ponownie w jego wyrazie twarzy nic się nie zmieniło. Do cholery nie wiem, co mam robić. Nigdy wcześniej nikt obcy tak bardzo do mnie nie dotarł. Sama do tego doprowadziłam. Próbując mu pomóc tak naprawdę wpuściłam go do swojego życia. I choćbym nie wiem jak się starała nie jestem w stanie teraz tego naprawić. To jest silniejsze ode mnie. Czym bardziej staram się odepchnąć go od siebie to działa w odwrotną stronę. Czemu moje życie musi być takie? Co ja takiego zrobiłam?
- Słyszałaś co powiedziałam? - dotarły do mnie słowa Lizzy.
- Mhm. - odpowiedziałam. Chciałam zostać sama by móc pozbierać swoje myśli, ale nie mogłam. Moja siostra wraz z Marią przekrzykiwały się nawzajem, a chłopacy się im przyglądali.
- Lepiej będzie, jak zostawimy ją samą. - powiedział niepewnie Liam na, co posłałam mu wdzięczne spojrzenie.
- Ale... - zaczęła Lizzy.
- Zostawcie mnie w końcu samą. Chcę odpocząć. - i tak zostałam sama w pokoju. Odetchnęłam z ulgą. Przymknęłam oczy, gdyż głowa nadal mnie bolała. Nie wiem co się dzieje. Jeszcze nigdy tak nie miałam. I tu wcale nie chodziło o upadek. W stajni jest siano, które pewnie zamortyzowało moje ciało. Pewnie to nadmiar emocji towarzyszących mi w ciągu ostatnich godzin. Do tej pory nie wiem co myśleć. Nadal uważam, że to nie była wina Zayn'a i on w to musi uwierzyć. Leżąc tak dobiegł mnie dzwonek telefonu. Niechętnie podniosłam się z łóżka o mały włos nie upadając. Odebrałam nawet nie patrząc na, to kto dzwonił.
- Halo?
- Lily?
- Tak…
- Cześć, tu Daga. Dobijam się na Skype’ie, ale nie raczysz odebrać. – powiedziała z wyrzutem. Założę się, że przy tym przewróciła oczami. Dagmara jakieś 4 lata temu była gościem na ranczu w ramach szkolnego projektu. Pochodzi z Polski i w tamtym czasie przebywała na wymianie w Londynie. Jest bardzo pozytywną osobą, której nie zraził nawet mój charakter. Podkochiwała się w moim bracie przez, co nie mogła uwierzyć, że zginął. Jakoś tak wyszło, że zaczęła być dla mnie jak przyjaciółka. Przez tyle czasu utrzymujemy kontakt mimo, że nie jest to łatwe. Wiem, że mogłabym jej wszystko powiedzieć, a ona dotrzymałaby tajemnicy. Dla mnie plusem jest to, że dzieli nas dużo kilometrów. Łatwiej mi tak rozmawiać o niektórych rzeczach. No i potrafi mnie rozgryźć, co mnie najbardziej denerwuje. Oczywiście nie wie o mnie wszystkiego, ale jest dobra w kojarzeniu faktów.
- Nie mam na nic czasu. Wybacz.
- Nie wciskaj mi tu bajek. Zawsze mówisz, że nie masz czasu!
- A ty zawsze masz czelność na mnie krzyczeć! A propo krzyków bądź ciszej. Głowa mi pęka.
- Przepraszam. Ale nie zmienia to faktu, że unikasz rozmowy od miesiąca! – i się zaczyna. Wspominałam już, że mimo iż jest wspaniałą osobą jest również upierdliwa?
- Tyle się dzieje, że nie masz pojęcia…- mruknęłam bardziej do siebie.
- Możesz mi opowiedzieć mam dużo czasu.
- Ale… - zaczęłam, ale przerwało mi pukanie do drzwi. – Zaczekaj sekundę. – powiedziałam. Oczywiście nie mógłby być to kto inny niż Zayn. Czy on nie może mnie na chwilę zostawić w spokoju?
- Lily, wiem, że nie jesteś w najlepszej formie, ale możemy porozmawiać?
- Kto to? Czyżbyś znalazła sobie kogoś?
- Cicho bądź.
- Mam pilny telefon. Po za tym nie sądzę, żeby to był dobry moment.
- W takim razie zajrzę do ciebie później. – powiedział i nie czekając na moją odpowiedź opuścił pomieszczenie.
- Kim jest Zayn? Widzę, że ominęło mnie dużo rzeczy.
- Nie chcę…
- Czy to twój chłopak?
- Nie! Nie. O czym ty mówisz? To jest nasz gość.
- I przychodzi do ciebie do pokoju, bo…
- Bo coś chciał?
- Nie wciskaj mi tu kitu. Ze mną ci się to nie uda.
- Powiedz mi dlaczego ja się z tobą przyjaźnię? Trzeba było posłać cię do diabła dawno temu.
- Bardzo śmieszne. To co powiesz mi kim on jest?
- Muszę już kończyć. Do usłyszenia. – powiedziałam i się rozłączyłam mimo jej protestów. „Kim on jest?” Sama nie wiem kim. Po chwili otrzymałam sms.
„I tak mi wszystko powiesz. Jak nie to osobiście zjawię się w La lunie. Daga”
Szczerze mówiąc to ta krótka rozmowa choć na sekundę uwolniła mnie od tych wszystkich myśli w mojej głowie. Szkoda, że faktycznie nie może tu na kilka dni przyjechać. Ona jest jedyną osobą, która zawsze mnie wysłucha i tyle. Może to dziwne, ale nie potrafię rozmawiać w taki sposób ani z moją siostrą, ani z Marią. Pewnie dlatego, że jest dla mnie obcą osobą. Bliskim nie potrafię wyznać swoich myśli. Nie chcę nikomu sprawiać cierpienia, dlatego nie mówię im o wszystkim. Lizzy jest zbyt wrażliwa i niewinna, żeby obarczyć ją tymi problemami. Wolę przyjmować to na siebie. Dosyć tych rozmyślań. Potrzebuję powietrza inaczej pęknie mi głowa. 

Nie mogłem znaleźć sobie miejsca. Miałem wyrzuty sumienia. Może nie powinienem obarczać Lily tym całym gównem, jakim jest moje życie. Nawet dla niej jest to zbyt wiele. Mimo to potrafiła mi, jak zwykle powiedzieć coś nad czym się będę długo zastanawiał. O wiele łatwiej by było, gdyby mówiła do mnie wprost. Szczerze to zaskoczyła mnie jej reakcja. Najpierw mnie przytuliła, a później wybiegła jakby się paliło. Lecz dopiero kiedy zobaczyłem, jak płacze poczułem się podle. Aż poczułem taki dziwny uścisk w klatce piersiowej, co nie było zbyt przyjemne. To, co Lily później powiedziała sprawiło, że poczułem się jakby wymierzyła mi policzek. Serio to było najgorsze. Zależy mi na niej, a ona mówi, że nie jest wstanie odwzajemnić moich uczuć, co jest kompletną bzdurą. Ewidentnie się czegoś boi i usilnie sobie to wmawia. Jakoś jak ją całuję odwzajemnia to. Gdyby chociaż powiedziała o co tak naprawdę chodzi, bo jestem mega zdezorientowany jej zachowaniem. Za każdym razem gdy minimalnie się otworzy i myślę, że wszystko jest na dobrej drodze szybko się wycofuje i znów zamyka w sobie. I nie wiem jak temu zaradzić…
- Co tak tu sam siedzisz? – zapytał Niall przysiadając się do mnie.
- Rozmyślam nad moim gównianym życiem.
- Co się znowu stało? Chodzi o Lily?
- To swoją drogą. Powiedziałem jej o wszystkim i widzisz do czego to doprowadziło. Nie wiem co mam robić. Kiedy wszystko się jakoś układa i zmierza ku poprawie i tak w efekcie się psuje i jest jeszcze gorzej. To wszystko jest takie popieprzone…
- Wiesz w czym tkwi twój problem? W tym, że chciałbyś mieć nad wszystkim kontrolę, a tak się nie da. Sam nie jesteś w stanie wszystkiemu zapobiec. Wiele rzeczy się musi wydarzyć, żebyśmy mogli coś zrozumieć.
- Mówi się, że czasem trzeba upaść na samo dno by dostrzec swoją porażkę. Tylko, co wtedy gdy nie możesz odbić się od tego dna mimo, że próbujesz?
- Według mnie już się odbiłeś od tego dna. Nie jesteś taki jak przed przyjazdem tutaj. Popatrz na to wszystko z drugiej strony. Te całe twoje przeżycia miały cię czegoś nauczyć. Gdyby nie to nie przyjechalibyśmy na ranczo, nie poznałbyś Lily…
- Do czego zmierzasz?
- Tylko się nie złość. Wydaje mi się, że się w niej zakochałeś. Usilnie chciałbyś być obok, martwisz się o nią itd.
- Co…
- Nie zaprzeczaj. Jeszcze nigdy tak bardzo się nie zaangażowałeś. Nawet jak byłeś w związku z Rebbeca się tak nie zachowywałeś, a twierdziłeś, że ją kochałeś. – powiedział blondyn. Tu trafił w sedno. Ale czy na pewno jestem zakochany w Lily? Czy to tylko troska o nią? – Dodatkowo boli cię to, że Lily nie leci na ciebie tak jak jesteś do tego przyzwyczajony. Wiesz co w sumie to zabawne. Jeszcze nigdy żadna ci nie odmówiła. Teraz chociaż zobaczysz co czuły wszystkie te laski.
- Bardzo śmieszne. A jak tam twoje sprawy z Lizzy?
- Nie zmieniaj tematu. Rozmawiamy o tobie.
- Czyli z nią nie rozmawiałeś.
- Serio Niall? Nie widzisz tego, że ona na ciebie leci? – powiedział Louis pojawiając się znikąd.
- Dajcie spokój. Jeśli macie zamiar się ze mnie nabijać to idę stąd.
- Siadaj. Zawsze możemy porozmawiać o pogodzie. – dodał głupkowato Lou. On to zawsze potrafi rozładować napiętą atmosferę. Przyznam się, że choć przez chwilę udało mi się zapomnieć o tym wszystkim co miało miejsce kilka godzin temu. Siedzieliśmy przez jakiś czas rozmawiając o bzdetach takich jak pogoda. Nie miało to sensu, ale dla nas nawet takie rozmowy są ważne. Dopiero, gdy dotarł do nas głos Lily zwróciliśmy się w tamtą stronę.
- No idziesz czy nie? – mówiła do Lizzy.
- No idę, idę. Gdzie ty mnie w ogóle ciągniesz?
- Idziemy na spacer. – powiedziała wywracając oczami.
- Powinnaś leżeć.
- Wiesz co? Jak nie chcesz iść to po prostu powiedz. Nie będę cię do niczego zmuszać.
- No już się nie dąsaj tylko chodź. – odparła Lizzy i razem poszły w nieznanym mi kierunku.
Dopiero, gdy znikły nam z pola widzenia wróciliśmy do rozmowy.
- To nie sprawiedliwe. Niall ma Lizzy, ty masz Lily, a ja? Czy one nie mają jeszcze jednej siostry?
- Tommo, o czym ty mówisz? – spytał Niall.
- Nic, nic. Po prostu głośno myślę.

Rozmawiałam sobie z Marią i Liam’em, aż nie zjawiła się Lily twierdząc, że idziemy na spacer. Nie mogłam jej odmówić, gdyż nadal była lekko blada, co mnie martwiło. Ogólnie mówiąc to przestraszyłam się kiedy zobaczyłam, jak Zayn niesie ją nieprzytomną. Lekarz stwierdził, że to z przemęczenia i pewnie tak było, choć coś mi się wydaje, że nie tylko dlatego. Zaraz po śniadaniu zniknęli razem z Zayn’em i nie widziałam ich, aż do tamtego momentu. Jestem ciekawa czy pomiędzy nimi coś jest. Z obserwacji bym mogła powiedzieć, że tak. Gdziekolwiek pojawi się moja siostra Zayn jest o wiele bardziej ożywiony i wpatruje się w nią, jak w obrazek. Po Lily ciężko mi cokolwiek stwierdzić. No chyba, że to iż próbuje go ignorować. Na pierwszy rzut oka nie można tego dostrzec. Ona robi to w taki sposób, że tylko przebywając z nią przez długi czas jest się w stanie to dostrzec.
- To nie było zbyt grzeczne tak przerywać nam w pół słowa.
- Jestem u siebie więc mogę robić co chcę.
- Dobra. - powiedziałam
- No idziesz czy nie?
- No idę, idę. Gdzie ty mnie w ogóle ciągniesz?
- Idziemy na spacer. – powiedziała wywracając oczami.
- Powinnaś leżeć.
- Wiesz co? Jak nie chcesz iść to po prostu powiedz. Nie będę cię do niczego zmuszać.
- No już się nie dąsaj tylko chodź.
Szłyśmy tak ramię w ramię, aż dotarłyśmy do jeziora. Zawsze przychodzimy tu jak chcemy porozmawiać. Panuje tu taki spokój i mamy pewność, że nikt nam nie przerwie.
- Chcesz ze mną porozmawiać? – zapytałam.
- Tak. Chcę cię o coś zapytać. – odpowiedziała. – Czy ty… czy ty znowu miewasz te koszmary?
- Co…
- Ostatnio miałam dziwne przeczucie. No wiesz i poszłam sprawdzić czy wszystko w porządku.
- O matko. – czyli widziała jak Niall u mnie został. – To nie tak jak myślisz. Jeny…
- Nie chodzi mi o to, co jest pomiędzy wami. Interesuje mnie czy te koszmary powróciły.
- Wtedy, jak mi powiedziałaś o tym wszystkim miałam koszmar, ale tylko ten jeden raz!
- Wiesz, że jak coś się będzie działo zawsze możesz do mnie przyjść. Wiesz to, prawda? – znowu Lily musi się upewnić, że jest wartościową osobą.
- Wiem. I nie próbuj znowu do tego wracać. Jesteś wspaniałą osobą. Cudowną siostrą.
- Życie jest zabawne, prawda? Kiedy już myślisz, że wszystko sobie poukładałeś, kiedy zaczynasz snuć plany i cieszyć się tym, że nareszcie wiesz, w którym kierunku zmierzasz, ścieżki stają się kręte, drogowskazy znikają, wiatr zaczyna wiać we wszystkie strony świata, północ staje się południem, wschód zachodem i kompletnie się gubisz. Tak łatwo jest się zgubić. – powiedziała.
- Łatwo, ale nie możesz ciągle do tego wracać. Inaczej nie pójdziesz na przód.
- Widzę, że jednak coś pamiętasz z rad dziadka. – stwierdziła posyłając mi nikły uśmiech.
- Nie da się inaczej. Tyle razy to powtarzał…
- A właśnie. Chciałabym, żebyś mi dała ten klucz co znalazłaś w liście od Luka.
- Wiesz już o co w tym chodzi?
- Jeszcze nie, ale się dowiem.
- W takim razie chodźmy.
W drodze powrotnej rozmawiałyśmy o różnych bzdetach. Lily próbowała brać czynny udział w rozmowie, ale i tak błądziła gdzieś myślami. Nie drążyłam tematu, gdyż nie wyglądała najlepiej. Tak, jak powiedziałam oddałam jej ten klucz, po czym razem zasiadłyśmy do kolacji.

Obserwatorzy