niedziela, 22 listopada 2015

Rozdział 30

Od wczoraj Lily prawie wcale się do mnie nie odzywa. Wiem, że postąpiłam źle, ale nie może mnie tak ignorować. Już wolałabym, żeby na mnie porządnie nakrzyczała, a nie była tak zdystansowana. Milczenie w jej wykonaniu jest nie do zniesienia. Podczas śniadania nie zamieniła ze mną żadnego słowa. Nawet nie zaszczyciła mnie spojrzeniem. Chciałam z nią porozmawiać, ale jak tylko zjadła przyszedł Jose i wyszli razem.
- Co jest Lizzy? – spytał Niall
- Lily mnie unika i nie chce ze mną rozmawiać.
- Przejdzie jej.
- A jak nie? Nie znasz jej, ona potrafi …
- Co tak szepczecie, hm? – wtrącił Louis. – Idziemy na spacer dołączycie się?
- Jasne zaraz was dogonimy.
- …się gniewać wiekami.
- Możemy razem z nią porozmawiać. Może wtedy wyjaśni ci wszystko?
- Świetny pomysł. Dzięki Niall za pomoc.
- Do usług, a teraz chodźmy na ten spacer.

Od samego rana Lily chodziła jak struta. Już w nocy bezsilność nie pozwalała jej się dobrze wyspać. Sprawy zawodowe nie wpływały na poprawę samopoczucia. Informacja, że stado uszczupliło się o więcej niż sto sztuk nie dawała jej spokoju. Jeśli okaże się, że brakuje ponad 600 sztuk bydła zyski „La luny” spadną niemal do zera. Najgorsze jest to, że jak kradzież się powtórzy będzie zmuszona sprzedać kawałek ziemi, by jakoś funkcjonować. Takie sytuacje utwierdzają ją tylko w przekonaniu, że jest zdana tylko na siebie. Ranczo należy do niej, zatem kłopoty z nim związane musi sama rozwiązywać. Nie ma już osoby, która mogłaby ją w tym wyręczyć. Chwytając kapelusz, zaraz po śniadaniu, wyszła z Jose. Czekało ją mnóstwo pracy, ale wiedziała jedno, że nigdy się nie podda. Gdyby zostało jej tylko sto krów krok po kroku zaczęłaby odbudowywać hodowlę. Nie pierwszy raz zaczynałaby wszystko od zera.
- I jak się sprawy mają?
- Brakuje około 400 sztuk. Całe szczęście, że zauważyłaś uszczuplenie stada. Gdybyś nic nie zrobiła mogłabyś wszystko stracić.
- Czy ty się słyszysz? To nie jest jedna krowa tylko czterysta. Przeglądając rachunki wyszło, że w ostatnim czasie nie sprzedaliśmy żadnego bydła więc wychodzi na to, że ktoś systematycznie nas okrada. Nienawidzę być taka bezradna!
- Znajdziemy tego drania. Obiecuję ci.
- Sama nie wiem…
- Kazałem tacie zorganizować pracowników do strzeżenia rancza.
- Myślałam, że da się tego uniknąć…
- To jest chwilowe rozwiązanie. Wiem jak nie lubisz zamieszania, ale trzeba złapać złodziei.
- Wiem, choć nie rozumiem dlaczego. Czy ktoś aż tak mnie nienawidzi? No powiedz…
- Nie myśl o tym. Ktoś próbuje ci zaszkodzić, ale nie możesz się poddać.
- Wiesz co, coraz częściej mam tego wszystkiego dosyć. Zastanawiam się jakby wyglądało moje życie gdybym miała rodziców i mieszkała w Londynie. Czy byłabym szczęśliwsza? Czy nie miałabym żadnych problemów? Czy… - brunetka wyrzucała z  siebie kolejne słowa dopóki Jose jej nie przytulił.
- No już. Znając ciebie i tak prędzej czy później wylądowałabyś w „La lunie”. – posłał jej pokrzepiający uśmiech.
- Ale chociaż miałabym rodzinę… - szepnęła bardziej do siebie.
- Lily…
- Nie musisz nic mówić. Wracam do pracy.- powiedziała odsuwając się od niego.

Odkąd wyznałem Lily prawdę nie wiem, co mam ze sobą zrobić. Brunetka rozmawia ze mną tylko na neutralne tematy ale przez większość czasu celowo mnie unika. Myślałem, że kiedy wreszcie wyznam prawdę wszystko stanie się łatwiejsze, a jest wręcz przeciwnie. Jestem beznadziejny. Siedzę tu sam i z daleka obserwuję Lily. Chociaż tyle mogę. Po prostu gapić się na nią. Prowadziła zawziętą rozmowę z Jose, przesadnie przy tym gestykulując. Postanowiłem podejść bliżej i zobaczyć o co chodzi. Jose jak tylko mnie zauważył pokręcił głową i odszedł. – Lily? – zapytałem na, co brunetka odwróciła się w moim kierunku. Miała nietęgą minę.
- O co chodzi, Zayn? – spytała. Lubię jak wypowiada moje imię.
- Wiem, że tego nie lubisz, ale może ci w czymś pomogę?
- Mi to już chyba nikt nie może pomóc…- odpowiedziała czym mnie zaskoczyła.
- Jednak zaryzykuję.
- Nie warto. I tak zawodzę wszystkich więc to nic nie zmieni.
- O czym ty mówisz?
- Nieważne.
- Chciałbym wiedzieć, co ci jest – powiedziałem.
- W czym można człowiekowi naprawdę pomóc - rzekła. Odgarnęła swoje ciężkie, brązowe włosy i milczała chwilę. Widziała, iż patrzę na nią aż do bólu oczu. - Każdy musi sobie sam dawać jakoś radę - rzekła. - Cóż więcej?
- Potrzebujesz pomocy.
- To nie…
- Ile razy będziesz powtarzać, że to mnie nie dotyczy? Aktualnie tu mieszkam więc w jakimś stopniu jednak to wszystko na mnie wpływa.
- Właśnie aktualnie. Więc nie na zawsze. Dla ciebie to bez różnicy co tu się dzieje. Nie wiesz jak wygląda życie tutaj, jak bardzo to wszystko jest skomplikowane.
- To mi wytłumacz.
- Dobrze. Chcesz wiedzieć to ci powiem. Ktoś systematycznie mnie okrada i nie mogę nic zrobić. Stado uszczupliło się o 400 sztuk i jak dalej tak będzie to w końcu będę musiała sprzedać kawałek ziemi, żeby mieć za co żyć. Jak widzisz życie nie jest sprawiedliwe więc zostaw mnie w spokoju.
- Zawsze mogę ci pomóc. To dla mnie żaden kłopot.
- Nic od ciebie nie przyjmę. Sama muszę sobie z tym wszystkim poradzić. Wiesz tu nawet nie chodzi o pieniądze…Włożyłam w to ranczo tyle pracy i wysiłku, a ktoś po prostu przywłaszczył sobie coś mojego. Od tak. – powiedziała pstrykając przy tym palcami. – Cały czas się łudzę, że jakimś cudem to okaże się jakimś kiepskim żartem i wszystko wróci do normy. Powiem ci coś czego może nie powinnam. Tak naprawdę się boję. Próbuję o tym nie myśleć , ale nie potrafię. Tak wiele zależy od tego, czego uda mi się dokonać w tym roku. Dokonałam pewnych inwestycji licząc, że szybko się zwrócą. Jednak strata tylu krów znacząco odbije się na „La lunie”… i na mnie. Ale to nie jest ważne, co się ze mną stanie. Obiecałam sobie, że nigdy się nie poddam, ale trudno cokolwiek zrobić kiedy wszyscy są przeciwko mnie. Prowadzenie rancza nie należy do łatwych zadań, a kiedy jest się kobietą… Żeby osiągnąć sukces kobieta musi być dwa razy lepsza od mężczyzny… - zakończyła bezradnie. Zmniejszając dzielącą nas odległość do minimum zgarnąłem ją do uścisku.
- Zobaczysz wszystko się w końcu wyjaśni. Nie powiem ci, że będzie dobrze, bo nie wiem jak będzie, ale na pewno poznasz prawdę. To ci mogę obiecać. – powiedziałem. Lily odsunęła się ode mnie i wpatrywała się we mnie w milczeniu.
- Teraz widzisz, że nie jesteś w stanie niczego zrobić.
- A właśnie, że jestem. Chodź ze mną.
- Co ty planujesz? Lepiej się w to nie mieszaj. – powiedziała.
- O nic nie pytaj. – odpowiedziałem i łącząc nasze dłonie pociągnąłem ją w stronę domu. Poczułem, że cała się spięła, ale nie protestowała. Docierając do domu zaprowadziłem ją do gabinetu, gdzie nakazałem zawiadomić policję. Po usłyszeniu kilku złośliwych uwag typu „sama bym na to nie wpadła” Lily w końcu spełniła mój nakaz. Po drodze minęliśmy całą ekipę wracającą ze spaceru. Wyglądali na zaskoczonych, ale na tłumaczenie przyjdzie pora za chwilę. Przez kilka minut brunetka tłumaczyła przez telefon o co chodzi. Na szczęście policjanci przyjęli zgłoszenie i zapewnili, że niezwłocznie zajmą się sprawą.
- To koniec twojego błyskotliwego planu?
- Nie. Teraz idziemy znaleźć resztę.
- Ale…
- Miałaś nie pytać. – przerwałem jej zanim na dobre by się rozkręciła. Znajdując wszystkich w salonie poprosiłem, żeby zajęli miejsca przy stole i chwilkę poczekali. Po przyprowadzeniu Jose i wyjaśnieniu mu pokrótce o co mi chodzi mogłem przekazać mój plan pozostałym. Lily z ostrym spojrzeniem wpatrywała się we mnie, co nie było za przyjemne. Choć z drugiej strony…
- Może ktoś nam wyjaśni o co chodzi? – zapytał Harry przerywając tym samym moje rozmyślania. Zacząłem im po kolei wyjaśniać dlaczego ich tu zebrałem. Począwszy od tego, że na ranczu jest złodziej skończywszy na tym, że wszyscy razem spróbujemy znaleźć zaginione stado. Lily jak i reszta nie byli zadowoleni moim pomysłem. Brunetka twierdziła, że to nic nie da, a pozostali twierdzili, że się tutaj prędzej zgubią niż coś znajdą. Dopiero jak Jose wyjaśnił, że z każdą grupką pójdzie zaufany pracownik zgodzili się twierdząc, że to będzie fajna przygoda. W sumie to tylko Louis tak stwierdził. Dobrze, że Lily nie zaczęła na niego wrzeszczeć, bo na to nie byłem przygotowany. Jednak ona puściła to mimo uszu i cierpliwie wysłuchiwała wywodów zarówno moich jak i Jose. Pod koniec dołączyła do nas jeszcze Lizzy i dopiero wtedy Lily się zgodziła twierdząc, że zabrakło jej argumentów. Nie powiem wytrwale się sprzeciwiała. Ciężki z niej negocjator. Ostatecznie doszliśmy do wniosku, ze jutro od samego rana ruszymy na poszukiwania.
- Czyli wszystko ustalone. A teraz wybaczcie, ale pójdę sobie. – powiedziała Lily i prędko opuściła pomieszczenie.
- No co tak stoisz? Idź za nią. – szepnęła mi Lizzy. Dwa razy nie trzeba mi powtarzać. Rozglądałem się wkoło, ale nigdzie nie mogłem jej znaleźć. Dopiero po chwili wpadłem na to, gdzie mogła pójść. Przemierzając sad w końcu ją znalazłem. Siedziała pod jednym z drzewek i patrzyła przed siebie.
- Dlaczego to robisz? – zapytała w pewnej chwili nawet się nie odwracając w moim kierunku.
- Skąd wiedziałaś, że to ja?
- Nikt nie łazi za mną oprócz ciebie. – odpowiedziała na co się zaśmiałem. – Odpowiesz czy nie?
- No nie wiem…
- Albo odpowiesz albo możesz stad iść. Wybieraj.
- Okej. – odpowiedziałem siadając obok niej. – Widzę, że ta sprawa bardzo cię męczy dlatego chcę pomóc. Po za tym póki nie rozwiążesz tego problemu nie mam, co liczyć na żadne wyjaśnienia.
- Myślisz, że jak mi pomożesz to nagle zacznę się inaczej zachowywać względem ciebie? Jeśli tak myślisz to muszę cię uświadomić, że to tak nie działa. – odpowiedziała po czym zwróciła się w moją stronę. – Wiem, że masz dużo pytań i oczekiwałeś nieco innej reakcji z mojej strony, ale wiedz, że to nie ma żadnego związku z tym co mi powiedziałeś. Nie chodzi tu o ciebie tylko o mnie. Więc nie zadręczaj się tym tak. Na pewno jest ci teraz trochę lżej prawda? – zapytała na co skinąłem głową. – Widzisz żadna tu moja zasługa. Samo to, że mi o tym opowiedziałeś sprawiło, że czujesz się trochę lepiej niż przed przyjazdem tutaj. Wystarczyło znaleźć tylko dobrego słuchacza i wcale to nie musiałam być ja.
- Ja tak nie uważam. Próbowałem z kimś o tym rozmawiać, ale nikt nie potrafił słuchać. Nawet psycholog się nie nadawał. Dopiero ty sprawiłaś, że ci zaufałem i wyznałem wszystko. Nie żałuję, że przyjechałem tutaj. To była najlepsza decyzja jaką kiedykolwiek podjąłem.
- Na pewno nie, ale miło jest słyszeć, że choć jedna osoba nie traktuje „La luny” jako dziury zabitej dechami. Staram się robić wszystko by zmienić nastawienie innych, ale to jest tak jak walka z wiatrakami. Czym bardziej próbujesz tym gorzej to wychodzi…
- Dlaczego tak mądrzy i wrażliwi ludzie jak Ty, noszą w sobie najwięcej cierpienia? – spytałem sam siebie. Jednak Lily zaczęła mówić.
- Tacy ludzie czują bardziej. Wszystko mocniej ich dotyka. Każdy element siedzi schowany głęboko we wnętrzu psychiki i bardzo często przebiegle rani. Słowa pozostają zapamiętane na dłużej, a te wypowiedziane przekazują informacje tak często niedostrzegalne przez innych. Trudno jest się wyzbyć tego uczucia, tej wiecznej samotności, wrażliwości na wszystko, zupełnie innego poglądu na świat. Każdego dnia budzimy się i rozpoczynamy na nowo kolejny dzień. Wszyscy ludzie gdzieś pędzą, do szkoły, do pracy, do swoich spraw. Każdy o czymś myśli, ma czymś zaprzątniętą głowę, wszystko planuje, co zrobi za godzinę, gdzie pojedzie, ile dokumentów musi załatwić do południa. Ta nieliczna, choć spora część osób wstaje rano i nie myśli o tym, co zjeść na śniadanie, jaki serial dziś obejrzeć, co na siebie ubrać, komu złożyć życzenia urodzinowe. Ci ludzie wstają i zastanawiają się, jak żyć, jak żyć by przetrwać…
- Lily…
- Nie. Idź już. Chcę przez chwilę zostać sama.
- Dobrze pójdę, ale pamiętaj, że nie jesteś sama…

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Obserwatorzy