wtorek, 29 sierpnia 2017

Rozdział 45

- To imprezę czas zacząć! - krzyczy Daga a to co się dzieje później wprawia mnie w osłupienie. 
- Zdrowie! - krzyknął Louis. Wszyscy stuknęli się kieliszkami, wypijając pierwszą kolejkę. Kilka bądź kilkanaście kolejek później całe nasze towarzystwo ledwo trzyma się na nogach. Niall przysypia oparty o ramię Lizzy, która nie wypiła aż tak dużo ze względu na siostrę. Liam z Katie poszli potańczyć, a reszta ekipy zawzięcie o czymś dyskutuje.
- Widzicie? Mówiłem, że ten zakład dobrze na nas zadziała. - mówi Harry.
- Jesteś bardziej pijany ode mnie, czyli wygrałam - odpowiada mu Lily. Jej zaróżowione policzki wskazują na stan upojenia, choć muszę przyznać, że nieźle się trzyma.
- Nieprawda! - broni się chłopak. Muzyka staje się głośniejsza, a na parkiecie pojawia się Ana ze swoją świtą. Wszyscy ponownie składają jej życzenia i śpiewają "Sto lat".
- Jak ona mnie denerwuje! Myśli, że jest lepsza od nas? - pyta Daga.
- Z pewnością tak myśli. - zwraca się do niej Lily.
- I ty jej na to pozwolisz?
- A co niby mam zrobić?
- Cokolwiek. Ta impreza nie może się jej udać! - krzyczy Daga. Louis z Harrym wymieniają porozumiewawcze spojrzenia. Po chwili nie wiem jakim cudem ale gramy w prawda i wyzwanie. Pod wpływem Louisa, Lily wybiera wyzwanie. Znając Lou wiem, że to będzie coś głupiego. Przeczucie mnie nie myli kiedy słyszę pytanie Lily, a później jego pomysł.
- Co znowu knujesz? - pyta Lily.
- Powinnaś zatańczyć na barze. - uśmiecha się chytrze Louis.
- Co!? - mówimy z Lily jednocześnie.
- Zatańcz na barze. To twoje wyzwanie.
- Lily tego nie zrobi. - Lizzy kręci głową. Dziewczyna wypija kolejny kieliszek, po czym wstaje. Spogląda z uśmiechem na Anę i kieruje się w stronę baru, który znajduje się tuż obok naszej loży. Z rozszerzonymi oczami patrzę przed siebie, gdzie Lily odpina swoje szpilki, po czym wchodzi na stołek, a później na bar.
- O w mordę! - krzyczy Harry.
- Ja pierdole! - popiera go Louis.
- Nie wierzę! - śmieje się Lizzy. Lily zaczyna poruszać się w rytm muzyki, przyciągając tym samym uwagę gości. Wpatruje się w nią kiedy przenosi ręce na biodra i zaczyna nimi kołysać. Nigdy bym nie przypuszczał, że odważy się na coś takiego, choć z drugiej strony Lily jest nieprzewidywalna. Zamierzam wstać, ale powstrzymuje mnie ręka Louis'a.
- Nie psuj przedstawienia. - podążam wzrokiem w stronę baru i natrafiam na spojrzenie Lily. Posyła mi uśmiech, jakby wiedziała co się dzieje w mojej głowie. Jedyna na co mam ochotę to zabrać ją z tego baru. W połowie piosenki dołączają do niej inne dziewczyny.
- Nie przypuszczałam, że to zrobi! - śmieje się Daga.
- Spójrzcie na Anę! - dołącza do niej Lizzy. Kiedy piosenka się kończy z ust Lily pada tylko "Wszystkiego najlepszego!", po czym siada na barze próbując z niego zejść. Od razu do niej podchodzę i pomagam jej stanąć na nogach. Potyka się lekko i opiera na moich ramionach.
- Nie myślałam, że kiedyś to zrobię! - jej ciepły oddech owiewa moją twarz. Patrzymy sobie w oczy i zauważam dziwny błysk w oczach Lily. Jednak szybko go tłumi i się ode mnie odsuwa. Przechodzimy do naszej loży, a kiedy zamierzam się odezwać, podchodzi do nas Ana.
- Co ty sobie myślisz!? - krzyczy, jak tylko znajduje się tuż obok.
- Dobrze się bawię. Nie widać?
- Ty... ty...
- Uspokój się. Zaprosiłaś nas na imprezę, a teraz się wściekasz, że się dobrze bawię! Zdecyduj się wreszcie! - przerywa jej Lily. Swoją droga jest taka zabawna, jak jest pijana - Zastanawiam się cały czas czego ty tak właściwie ode mnie chcesz? Ciągle zatruwasz mi życie i wściekasz się o byle co... Bawi cię to? Dlaczego to robisz?
- Bo jesteś taka doskonała! - krzyczy Ana, a oczy Lily się rozszerzają - Wszyscy się za tobą uganiają jakbyś była jakąś boginią! Gdzie nie pójdę tam tylko Lily i Lily... Mam już tego dosyć! W dodatku całe One Direction u ciebie mieszka, a Zayn jest twoim chłopakiem! - mimo głośnej muzyki spory tłum zebrał się przy nas. Dosłownie czuję, jak reszta naszej ekipy świdruje nas wzrokiem, ale nie chcę teraz spoglądać w ich stronę - To są moje urodziny, a ty je zepsułaś! Zawsze wszystko psujesz!
- Sama bez przerwy szukasz jakiegoś powodu do kłótni więc nie zwalaj winy na mnie! - ostrzega ją Lily, ignorując grupowe "Chłopakiem!?".
- Myślę, że wystarczy tego przedstawienia. - interweniuje matka Any - Wystarczająco nas ośmieszyłaś Lilianno. Ależ czego się spodziewać po kimś takim - mierzy ją wzrokiem - Nie masz za grosz szacunku dla nikogo, a w dodatku zachowujesz się jak jakaś tancerka go-go! - policzki Lily robią się wściekle czerwone i dosłownie można wyczuć wzbierającą się w niej wściekłość.
- Zna to pani z doświadczenia!?
- Jak śmiesz! - matka Any podchodzi blisko Lily z zamiarem spoliczkowania jej.
- Wystarczy. - mówię głośno.
- To ci nie ujdzie płazem ty mała dziwko!
- Przegina pani! - ostrzegam ją.
- Odwal się ode mnie zanim powiem coś czego nie chcesz usłyszeć! - krzyczy Lily i odchodzi szybkim krokiem. Nie patrząc na nikogo podążam za nią. Jej jako kobiecie łatwiej przecisnąć się przez ten tłum ludzi. Udaje mi się ją dogonić spory kawałek od miejsca całego przyjęcia.
- Lily, zaczekaj! - łapie ją za rękę.
- Zostaw mnie! - wyrywa się z uścisku.
- Proszę cię, porozmawiaj ze mną.
- Odwal się! - cały czas idzie przed siebie.
- Lily...
- Nawet nie zaczynaj - odwraca się do mnie - Nie masz prawa się wtrącać w cokolwiek co tutaj się dzieje. Nie masz o niczym pojęcia a ja nie zamierzam ci niczego wyjaśniać. Mam nadzieję, że w końcu się stąd wyniesiecie i wszystko wróci do normy. A teraz wracaj na to przyjęcie i daj mi spokój.
- Wolę być tu z tobą.
- Ale ja cię tu nie chcę! Co mam zrobić byś wreszcie to zrozumiał!?

***
Po powrocie do domu od razu zamknęłam się w swojej sypialni. Wiedziałam, że pójście na tą imprezę to jedna wielka porażka. Było dobrze do czasu aż Ana ze swoja matką nie zaczęły mnie obrażać. Mimo tego, że dużo wypiłam i tak pamiętam każde słowo. Czemu nie mogę się upić? Całą noc przewracałam się z boku na bok więc teraz pewnie wyglądam jak cień siebie. Kiedy jestem ubrana i kończę ścielić łóżko, słyszę pukanie do drzwi. - Proszę - odwracam się i widzę moją siostrę nie pewnie wyglądającą zza drzwi - Stało się coś?
- Może ty mi powiesz? - pyta - To co wczoraj mówiła Miranda...
- Nie będę z tobą o tym rozmawiać. Muszę iść do pracy. - odpowiadam i kieruję się do gabinetu. Lizzy cały czas idzie za mną i coś mówi. Nawet nie trudzę się, żeby jej słuchać. Kiedy wchodzę do gabinetu Fletcher już tam siedzi. To jeszcze bardziej potęguje moje rozdrażnienie - Ile razy mam ci powtarzać, żebyś tu nie wchodził!? - krzyczę na niego. 
- Dzień dobry - wita się jak, gdyby nigdy nic. Coraz bardziej poirytowana zajmuję swoje miejsce przy biurku.
- Nie możesz mnie tak zbywać!
- Lizzy, nie będziemy o tym rozmawiać. Tym bardziej przy nim. - mówię, starając się być spokojna na tyle ile to możliwe.
- Okej! - Lizzy wyrzuca ręce w górę - Ale nie myśl, że ci odpuszczę - dodaje i wychodzi.
- Jeśli mogę...
- Nie, nie możesz. - od razu mu przerywam - Powiedz co masz do powiedzenia i zejdź mi z oczu.
- Musimy poczekać na Laverage'a. 
- Świetnie. - odpowiadam i zabieram się za papierkową robotę. Cały czas irytuje mnie obecność tego policjanta, ale siedzę cicho. 
- Już jestem. Przepraszam za spóźnienie - do gabinetu wchodzi Laverage.
- Nareszcie. Powiesz mi w końcu o co chodzi?
- O kradzież bydła - mówi, a ja automatycznie wstaję -Nie wiemy jeszcze wszystkiego, ale Shane powęszył trochę i jednego jesteśmy pewni. Niejaki Tom Monroe oraz Hart Fisher są współodpowiedzialni kradzieży. Udało nam się ich złapać na próbie sprzedaży twojego bydła.
- Nie wierzę, że oni to wymyślili...- kręcę głową - A co z O'Mackley?
- Na razie więcej ci nie mogę powiedzieć. Mamy wszystko pod kontrolą.
- Wiesz, że i tak się o tym dowiem więc nie ma sensu tego ukrywać.
- Pracujemy nad tym...
- Ty się nie odzywaj - ostrzegam Fletchera - Też mam swoje przypuszczenia, ale na razie nie mogę ci nic powiedzieć - wykorzystuję jego słowa.
- Jeżeli coś wiesz to masz obowiązek mi o tym powiedzieć.
- A co aresztujesz mnie? - mówię lekko rozbawiona.
- Lily, nie pogrywaj się ze mną.
- Ty jesteś detektywem, więc się tego dowiedz - spoglądam mu prosto w oczy - Ja chcę tylko, żeby oni zapłacili za to wszystko i oddali mi to co moje.
- Ale jesteś uparta!
- Porozmawiamy kiedy indziej. Teraz nie mam czasu - wymownie spojrzałam na drzwi. Kiedy policjanci wyszli odetchnęłam. Jednak mój spokój nie trwa długo. Zostaje przerwany przez dzwoniący telefon - Ranczo "La luna". W czym mogę pomóc? - z słuchawki dochodziło jakieś dziwne sapanie.
- Lily?
- Tak. Proszę mówić głośniej.
- Zapłacisz za wszystko, ty dziwko. Już ja tego dopilnuję. A kiedy skończę, będziesz mi dziękować, że cię zabiłem. Zapamiętaj to sobie. Dołączysz do braciszka - dosłownie zastygłam na moment, słuchając kolejnych wyzwisk.
- Kim jesteś!? Czego chcesz!? - krzyczę. Skądś kojarzę ten głos, ale nie wiem skąd.
- Wkrótce się dowiesz. - połączenie zostało zerwane. Cholera! Czy to się nigdy nie skończy? Dlaczego akurat teraz? Przez tyle czasu było spokojnie a teraz ciągle jakieś pogróżki, ta cała sytuacja nad rzeką... Co jeszcze musi się wydarzyć, żeby wreszcie zapanował tu spokój? Co mam robić w tej sytuacji? Z racji tego, że byłam sama pozwoliłam sobie na chwilę rozpaczy i ukryłam twarz w dłoniach. Z pewnością się nie poddam, choć jak mam walczyć z kimś, kogo nie znam? Mam udawać obojętność i czekać na to co się wydarzy? Czy jednak za wszelka cenę starać się dowiedzieć o co w tym wszystkim chodzi? Pospiesznie schowałam dokumenty i skierowałam się do wyjścia. Jestem zbyt roztrzęsiona i muszę ochłonąć, a  przede wszystkim zająć czymś myśli, zanim zacznę panikować. 

Schodziłem właśnie ze schodów i omal nie zderzyłem się z Lily. Nawet nie podniosła na mnie wzroku tylko dalej szła przed siebie. Cholernie chciało mi się pić, ale dziwne mi się to wydawało więc poszedłem za nią. Próbowała pracować, ale wszystko wypadało jej z rąk. Podszedłem bliżej i dopiero teraz mogłem dostrzec, że jest roztrzęsiona. Odkąd tu jesteśmy pierwszy raz widzę ją w takim stanie. - Lily? Dobrze się czujesz?
- Tak. Nic mi nie jest - nawet na mnie nie spojrzała.
- Na pewno? - teraz przyciągnąłem jej uwagę.
- A nawet jeśli, to dlaczego by miało cię to interesować?
- Znowu coś zrobiliśmy? -  pytam, ale sądząc po jej minie tym razem nie o to chodzi - Jeżeli ci to pomoże to możesz na mnie krzyczeć - dodaję, posyłając jej uśmiech. Patrzy na mnie przez chwilę, aż wreszcie zaczyna mówić.
- Jestem cholernie zdezorientowana. Zupełnie nie wiem o co chodzi, a nienawidzę kiedy muszę z czymś walczyć, o czym nie mam zielonego pojęcia. Przez ponad trzy lata była kompletna cisza a teraz najwyraźniej ktoś postanowił się na mnie odegrać za coś, o czym wiedział tylko Luke. Przed chwilą ktoś dzwonił na ranczo i mówił takie okropne rzeczy, że nie jestem w stanie tego powtórzyć. Rozumiesz? Ktoś próbuje mnie zastraszyć albo się mnie pozbyć. Jestem prawie pewna, że stanowię przeszkodę do czegoś bardzo wielkiego. Nienawidzę się tak czuć... Jestem świadoma zagrożenia, ale przez to, że nie wiem czego ono dotyczy nie mogę się bronić! - wymachuję rękoma - Tu nawet nie chodzi o mnie, ale co będzie jak przeze mnie stanie się coś Lizzy, Marii, Jose, Amelii albo komukolwiek innemu? Gdybym wiedziała chociaż o co chodzi...
- Myślę, że nie powinnaś tego ukrywać. To już drugi raz dostajesz jakieś pogróżki - mówię, ale widząc jej minę szybko dodaję - Wiem, że wolałabyś zająć się tym sama, ale nie jesteś w stanie tego zrobić. I nie chodzi mi tu o to, że jesteś dziewczyną. Jeżeli to jest jakaś grubsza sprawa to nie wygrasz z nimi w pojedynkę.
- To jest jakaś cholerna gra, a ja nie wiem jakie są zasady. - mówi i widzę, że już się trochę uspokoiła.
- Nie możesz tak ryzykować. Pomyśl co by się stało z Lizzy, gdybyś...
- To już jest cios poniżej pasa.
- Na razie zachowam to dla siebie, ale jak wkrótce nie porozmawiasz z tym policjantem, to ja to zrobię.
- Wiedziałam, że to był błąd, żeby ci to mówić. 
- Nie, to nie był błąd. Czasami lepiej się wygadać komuś obcemu.
- Mówisz tak, jakby cię to obchodziło. Coś się zmieniło od początku naszej "znajomości"? Już nie traktujesz mnie jak wroga?
- Przestań. Już ci to tłumaczyłem. Ja...
- Po co w ogóle tu za mną przyszedłeś? - czyli wracamy do początku.
- Byłaś roztrzęsiona i...
- Wcale nie, co najwyżej zdenerwowana.
- Wszystko leciało ci z rąk i...
- Jeżeli myślisz, że się rozsypię, bo jakiś szajbus obrzuca mnie wyzwiskami i pogróżkami, to się mylisz.
- W cale tak nie myślę.
- Przepraszam. Nie powinnam się na tobie wyżywać. Mimo tego, co ty masz do mnie ja nie będę tego robić.
- Lily, ja...
- Daj spokój, nie musisz nic mówić.

***

Schodziłem po schodach, jednocześnie zakładając na siebie koszulkę. Kiedy dotarłem na dół postanowiłem poszukać kogoś. Wyszedłem na dwór i szedłem przed siebie, do czasu aż nie usłyszałem głośnego krzyku, gdzieś w oddali. Zdezorientowany, pobiegłem w tamtą stronę. Dotarłem gdzieś w okolice drogi nad staw, przynajmniej tak mi się wydaje. Pierwsze co rzuciło mi się w oczy, to Lizzy klęcząca na trawie, przy kimś. Obok było pełno krwi. Od razu pobiegłem w jej stronę. Dziewczyna siedziała z szeroko otwartymi oczami, trzymając Jose za rękę. - Co tu się dzieje? - krzyknąłem. Nie spojrzała na mnie, dopóki nie uklęknąłem obok i nie dotknąłem jej włosów. - Co tu się stało?
- Trzeba mu pomóc! - sprawdziłem puls i na szczęście był wyczuwalny. Kto go tak załatwił?
- Liz, biegnij po pomoc! No, już! - blondynka zerwała się z miejsca, a ja zacząłem się przyglądać obrażeniom Jose. Nie wiedziałem co mam zrobić. Zdjąłem koszulkę i przycisnąłem do jego boku, skąd wydobywała się krew. - Trzymaj się, stary - mówiłem do niego. Rozglądnąłem się wkoło i mój wzrok natrafił na komórkę leżącą, gdzieś obok. Z trudem pochwyciłem go do ręki i wezwałem pomoc. Byłem zły, bo nie wiedziałem co bym jeszcze mógł zrobić. Po kilku minutach czekania myślałem, że dostanę nerwicy. Gdzie oni są? Gdy już zaczynałem tracić cierpliwość zjawiła się Lily z Harrym. Dziewczyna od razu uklękła po drugiej stronie nie zważając na krew i zaczęła oglądać ranę.
- Co tu się wydarzyło? - zwróciła się do mnie.
- Nie wiem. Usłyszałem krzyk, a kiedy tu dotarłem Lizzy klęczała obok Jose. - odpowiedziałem i przeniosłem wzrok na blondynkę zalewającą się łzami. 
- Przyciśnij mocniej - powiedziała i zaczęła ściągać swoją koszulę, po czym docisnęła ją tuż obok - Harry, zabierz stąd Lizzy.
- Nie, ja muszę...- zaczęła mówić dziewczyna.
- Zabierz ją stąd! - krzyknęła Lily. Mimo protestów Lizzy, Harry siłą zaciągnął ją zdala od tego miejsca - Muszę wezwać karetkę.
- Już to zrobiłem.
- Dobrze. Nie wiem kiedy oni tu dotrą. Przydałaby nam się pomoc. - w tej chwili przybiegli Zayn z Louisem. Ten pierwszy zmienił Lily, a ona zaczęła się rozglądać. Pobiegła szybko i przyciągnęła dość szeroką deskę, na którą ułożyliśmy Jose. Wiedzieliśmy, że nie powinniśmy go ruszać, ale to było lepsze niż bezczynne czekanie. Przenieśliśmy go bliżej drogi i czekaliśmy na karetkę.
- Trzymaj się. Nie możesz nas zostawić.
- Będzie dobrze - próbowałem ją pocieszyć. Zanim przyjechała karetka wszystkie koszulki posłużyły nam jako prowizoryczne opatrunki. Lily starała się trzymać, ale widziałem, że poruszyła ją ta cała sprawa.
- Gdzie idziesz? - spytał ją Zayn.
- Muszę powiedzieć Amelii, co się stało.
- Lily! - dziewczyna odwróciła się dostrzegając Amelię - Gdzie Jose? Gdzie on jest? - krzyczała przez łzy.
- Zabrali go do szpitala.
- Co się stało? Przecież on...
- Nie wiem. Na prawdę nie wiem.
- Muszę do niego jechać. Ja... muszę...Ja...
- Zaraz tam pojedziemy. Spróbuj się uspokoić.
- Jak mam się uspokoić!? Przecież, jak on... Ja... - Lily otoczyła ją ramionami.
- Jose sobie poradzi. Słyszysz? Wszystko będzie dobrze - mówiła do niej. Nie mogłem się nadziwić skąd ta dziewczyna ma w sobie tyle siły?
*
W poczekalni było cicho. Ta cisza była przytłaczająca. Dosłownie można było usłyszeć szelest kartek na końcu korytarza i syk przesuwającej się windy. Wszyscy siedzieliśmy w ciszy, oczekując na jakiekolwiek wieści. Jedyną informacją, którą otrzymaliśmy było to, że Jose żyje. Stracił dużo krwi, ale żyje. Teraz był na sali operacyjnej więc czekaliśmy pod salą. Amelia siedziała na krześle, tępo wpatrując się przed siebie. Lizzy obejmowała ją ramieniem, usiłując wesprzeć, choć sama ledwo się trzymała. Z kolei Lily stała kilka kroków od nas, opierając czoło o szybę. Dosłownie jakby próbowała ostudzić swoje myśli, co z pewnością nie było łatwe.
- Może usiądziesz? - zapytałam ją.
- Nie, nie mogę.
- Spróbuj chwilę odpocząć. Stoisz już tak od dwóch godzin - Lily potrząsnęła głową.
- Dlaczego ciągle krzywdzę innych? - bardziej to wyglądało, jakby mówiła do siebie nie do mnie.
- Nie możesz o wszystko winić siebie.
- Taka jest prawda.
- Nie wygaduj bzdur! To nie ty go tak załatwiłaś!
- Gdybyś wiedziała...
- O czym?
- Nie mogę.
- Lily...
- Wyjedź stąd, proszę. Zanim przeze mnie również tobie coś się stanie.
- Co ty wygadujesz?
- Lilianna Eastwood? - Lily obróciła się w stronę drzwi. Lekarz, który wyszedł do poczekalni, miał na sobie jeszcze niebieski kitel.
- To ja - powiedziała, podchodząc bliżej. Lekarz uniósł wysoko brwi. Amelia od razu zerwała się z zajmowanego miejsca.
- Daniels. Jestem szefem zespołu operacyjnego.
- Co z Jose?
- Co z moim mężem? - padło jednocześnie z ich ust.
- Miał dużo szczęścia - zaczął lekarz - Gdyby kula trafiła kilka centymetrów niżej, nie miałby żadnych szans.
- Kula? - powiedziała drżącym głosem Amelia. Sądząc po minie Lily, nie poinformowała jej o tym.
- Pani mąż został postrzelony. Jego stan jest nadal krytyczny, ale stabilny. Prognozy są, jak najlepsze.
- Czyli żyje?
- Tak. Stracił dużo krwi, ale jest dobrze.
- Czy mogę go zobaczyć?
- Za chwilę przewieziemy go na salę pooperacyjną. Będzie mogła pani wejść, ale tylko na pięć minut.
- Dziękuję.
- Ktoś przyjdzie po panią. A teraz przepraszam, ale muszę wracać do pracy. - odprowadziliśmy lekarza wzrokiem.
- Przepraszam - powiedziała Lily i szybko skierowała się w stronę schodów. Zayn pobiegł za nią.
- Co z nią? - odwróciłam się, dostrzegając Louisa.
- Jak zwykle obwinia się o wszystko. Poprosiła mnie, żebym wyjechała...
- I masz zamiar to zrobić?
- Oczywiście, że nie. Nie zostawię Lily z tym wszystkim. W końcu dowiem się o co w tym wszystkim chodzi.        
- To raczej nie będzie łatwe... Wszyscy tutaj mają wiele tajemnic, a Lily to już chyba jest ich jakimś zbiorem - pokręcił głową.
- Nie zawsze tak było... Gdybyś znalazł się tutaj jakieś 4 lata temu sam byś to widział.
- Ale co?
- To szczęście, które panowało w "La Lunie", rodzinną atmosferę, życzliwość... Wstyd się przyznać, ale bardzo im tego zazdrościłam choć moja rodzina jest bardzo spoko. A teraz sam widzisz co się dzieje...
- Na pewno jest jakieś wyjście z tej sytuacji.
- Z pewnością tak, ale obawiam się, że Lily wymyśli coś głupiego.
- Ona jest bardzo rozsądna.
- Nie wiadomo, jak się zachowa kiedy zmusi ją do tego trudna sytuacja, ale jednego jestem pewna... Cokolwiek się wydarzy zrobi wszystko, żeby ochronić to co dla niej ważne i to właśnie mnie martwi...

Obserwatorzy