- Coraz częściej myślę, że Katie się ode mnie oddala. Ostatnio ciągle nie ma czasu. Kiedy dzwonię to mówi, że się spieszy. Przed tym wyjazdem wszystko było w porządku, a teraz...
- Daj spokój Liam. Jak zwykle wszystko wyolbrzymiasz. Przecież wiesz, że studia zabierają jej dużo czasu...
- Nie o to chodzi Niall. Tęsknię za nią i nie wiem co mam zrobić...
- Nie ładnie tak podsłuchiwać. - ktoś szepnął mi do ucha. Jak się okazało tym kimś był Zayn.- Właśnie zamierzałam wejść do środka. - tak jak powiedziałam tak zrobiłam. Celowo nie zwracałam uwagi na chłopaków i udawałam, że ciągle jestem zaspana. Czułam wzrok Zayn'a na sobie, który stał oparty o framugę drzwi.
- Cześć Lily - pierwszy przemówił blondyn.
- Cześć. - odpowiedziałam. - Marii jeszcze nie ma?
- Nie widziałem jej. - dodał Liam.
- Okej. - widząc jego minę wpadłam na pewien plan. Najpierw jednak zaczęłam wyciągać składniki do swojego śniadania. Miałam ochotę na naleśniki, które sama przyrządzę. - Możecie się tak na mnie nie gapić?- trochę zirytowana zadałam to pytanie.
- Trzeba było założyć spodnie - mruknął Zayn.
- Mam spodnie na sobie dla twojej wiadomości. - odpowiedziałam. - Widzę, że wam się nudzi więc mi pomożecie. Liam pokrój owoce z miski, Niall idź do kurnika po jajka wiesz gdzie to jest, a ty Zayn idź do sadu i narwij trochę borówek. - powiedziałam pewnie. - No ruchy, ruchy inaczej nie dostaniecie śniadanie. - w końcu zostaliśmy sami w kuchni z Liam'em.
Od samego rana nie miałem na nic ochoty. Rozmowa z Niall'em za bardzo mi nie pomogła. Wręcz mogę stwierdzić, że wręcz przeciwnie. Teraz siedzę w kuchni i kroję jakieś durne owoce. Swoją drogą trzeba było się sprzeciwić. W dodatku Lily paraduje tutaj prawie półnaga choć ona twierdzi, że jest ubrana. To ma być jakaś próba dla mnie? Przecież mam dziewczynę. Mimo to muszę stwierdzić, że brunetka ma świetną figurę. Dobra dosyć tego. Zayn by mnie chyba udusił gdyby usłyszał moje myśli. Ewidentnie na nią leci, a ona albo rzeczywiście tego nie widzi albo tak dobrze udaje. Już dawno nie widziałem Zayn'a takiego spokojnego. Przed przyjazdem był nie do zniesienia. A teraz kiedy zainteresował się Lily przypomina dawnego siebie. Przyłapałem się na patrzeniu się na brunetkę. Sprawnie podrzucała i piekła kolejne porcje naleśników. Sam zapach był nieziemski. Ciekawe jak ona przygotowuje te naleśniki?
- Dlaczego mi się tak przyglądasz?
- Co?
- Czuję jak wiercisz mi dziurę w plecach.
- Nie wiedziałem, że tak się da. Zastanawia mnie jak robisz te naleśniki, że mają taki nieziemski zapach.
- Jeśli ci powiem to wtedy nie będzie to już moją tajemnicą. - powiedziała lekko się uśmiechając.
- Też racja.
- Coś cię gnębi? - zapytała. - Chodzi o twoją dziewczynę?
- Skąd wiesz? - zapytałem zaskoczony. Czasami się zastanawiam czy ona nie jest jakimś psychologiem.
- Zachowujesz się bardzo nerwowo i co chwilę kładziesz rękę na telefonie. - jak ona to robi przecież stoi tyłem do mnie?
- Zadziwiasz mnie. Serio. Czy ty nie jesteś jakąś czarownicą? - zapytałem na co Lily się zaśmiała i spojrzała na mnie. - Stoisz do mnie tyłem, a wiesz co robię.
- Jakbyś zauważył jest tu absolutna cisza oprócz skwierczenia patelni, a po za tym to czuję takie rzeczy. - powiedziała.- W sumie to chciałam cię przeprosić. Nie powinnam wtedy tak na ciebie naskakiwać, gdy mówiłeś o Katie.
- Nic się nie stało. Miałaś prawo się zdenerwować. Źle ująłem to, co chciałem powiedzieć. - odpowiedziałem na co Lily wróciła do smażenia naleśników. Jak ona to robi, że wie kiedy zostawić rozmówcę w spokoju?
- To się po prostu czuje. - powiedziała na co szerzej otworzyłem oczy. Czyżbym powiedział to na głos? Kiedy już chciałem coś powiedzieć wrócili Zayn z Niall'em.- Długo wam to zajęło. - powiedziała Lily.
- Widzę, że nadaremno się trudziliśmy skoro już wszystko przygotowane. - powiedział lekko zirytowany mulat.
- Dużo czasu wam to zajęło. A czas to pieniądz. Macie przynajmniej nauczkę, żeby szanować czas.
- Co? - zapytał Niall.
- Są cztery rzeczy których nie można cofnąć:
1.Kamień , który już został rzucony,
2.Słowo , które zostało już wypowiedziane
3.Okazja , której się nie wykorzystało
4.... Czas który przeminął...
2.Słowo , które zostało już wypowiedziane
3.Okazja , której się nie wykorzystało
4.... Czas który przeminął...
Pomyślcie chwilę o czymś innym niż czubek własnego nosa. - powiedziała Lily i wyszła z kuchni.
- Wiesz co? Pomyśl najpierw zanim coś powiesz. - mruknąłem do niego.
- O co ci znowu chodzi?
- Sam nie wiesz czego chcesz. Z jednej strony ciągnie cie do Lily, ale z drugiej robisz wszystko, żeby cię znienawidziła.
- Nie wiesz o czym mówisz to się nie wtrącaj!
- Wystarczy - powiedział Niall. W tym momencie do pomieszczenia weszła Lizzy z Louis'em. Widząc nasze miny od razu uśmiech zszedł im z twarzy.
- Co tu się znowu stało?
- Nic się nie stało. - powiedziałem na co blondynka popatrzyła na mnie bardzo przenikliwym wzrokiem.
- Dobra widzę, że śniadanie jest gotowe. Zawołajcie Harry'ego i będziemy zaczynać. Po chwili ponownie zjawiła się Lily tym razem w pełni ubrana. Popatrzyła na wszystkich zatrzymując dłużej spojrzenie na Zayn'ie, ale nic nie powiedziała. Postawiła wszystko na stole i zabrała się za posiłek. Wszyscy podążyli jej śladem, ale panowała niezręczna cisza. Starsza z sióstr Eastwood skończywszy wstała i chciała wyjść, ale ostatecznie przystanęła na chwilę.
- Jak skończycie to przyjdźcie do mojego gabinetu. Mam pewną sprawę. - powiedziała i wyszła.
Lily docierając do swojego gabinetu usilnie próbowała coś wymyślić. Zachowanie chłopaków jej w tym nie pomagało. "Są jak rozkapryszone dzieci. Zabierz zabawkę, a będą zrzędzić"- pomyślała. W jej głowie narodził się pewien plan, ale nie będzie łatwo go zorganizować. Miała dzisiaj nie myśleć o problemach, ale jak widać nie może. W dodatku z każdym dniem stara się rozwikłać zagadkę Luke'a i poznać w końcu prawdę, co nie jest łatwe. Kiedy tak siedziała usłyszała pukanie do drzwi. - Proszę. - powiedziała na co do pomieszczenia weszła grupka osób. - Siadajcie. To będzie długi monolog i lepiej mi nie przerywajcie. - dodała z zaciętą miną.- Zacznę od tego, że już jestem na granicy utraty cierpliwości, a nie jest łatwo wytrącić mnie z równowagi. Przyjechaliście tutaj w konkretnym celu, a nic nie robicie w tej kwestii. Może to nie jest wasz standard życia i widzę, że co niektórym to się nie podoba, ale oczekuję, że potraktujecie sprawę poważnie. Wszyscy macie jakiś problem ze sobą i to widać. Żeby to się zmieniło musicie wykazać choć odrobinę chęci. Przebywacie tutaj już od jakiegoś czasu, a jedyne co udało mi się zaobserwować to ciągłe pogłębianie swoich problemów. Staracie się przebywać ze sobą i rozmawiać, ale uwierzcie, że to nic nie da jak nie wykażecie jakiegoś zainteresowania drugą osobą. Widzicie tylko własny czubek nosa. Otwórzcie szerzej oczy i zobaczcie, jak to wygląda w "La lunie". Tutaj każdy jest chętny do niesienia pomocy i wypływa to z dobroci serca nie z przymusu. Tutaj nikt nie chwali się tym co ma, bo to nie ma znaczenia. Pieniądze to rzecz nabyta. Raz są raz ich nie ma. Musicie docenić, to co macie, a przede wszystkim przestać być takimi egoistami. Jest takie ładne powiedzenie, że "nie wolno tracić małych przyjemności życia w pogoni za tymi większymi". Nie powiem wam o co w nim chodzi. Liczę na to, że sami to w końcu odkryjecie. - Mówiłam, że macie mi nie przerywać. - wręcz warknęła. - Zgodziłam się na wasz pobyt dlatego, że Paul bardzo nalegał i twierdził, że po prostu się pogubiliście. Już przy pierwszym spotkaniu mogłam zauważyć, że ten pomysł wam się ewidentnie nie podobał, ale pomyślałam, że to takie pierwsze wrażenie i się przyzwyczaicie. Jednak tak się nie stało. Niby jest wszystko okej, ale szczerze mówiąc daleko macie do tego. I tak otrzymaliście ode mnie duży kredyt zaufania. Z reguły nie jestem zbyt przyjaźnie nastawiona do obcych. Zastanawia mnie tylko jedna kwestia: czy naprawdę macie jakieś problemy czy tylko udajecie? Reasumując daje wam ostatnią szansę byście coś ze sobą zrobili. Jeśli nie to wyrzucę was z "La luny". Decyzja należy do was. A teraz możecie już iść. Koniec rozmowy.
- Lily my... - zaczął Liam.
- Powiedziałam koniec rozmowy - powiedziała podniesionym głosem. Chłopacy nie zamierzali już próbować się wytłumaczyć tylko opuścili gabinet. Kiedy trochę ochłonęła zabrała się za papierkową robotę. Lily zajmowała się tym od kiedy dziadkowi pogorszył się wzrok. Jednak nigdy się do tego nie przyznał. Zawsze twierdził, że nie ma na to czasu dlatego powierzył sprawy wnuczce. Do piątej po południu siedziała nad księgami rachunkowymi. W tym czasie zdążyła podliczyć wszystkie dane i nadrobić powstałe ostatnio zaległości. Z przykrością stwierdziła, że w obecnym miesiącu coś się nie zgadza. Z reguły zyski oscylowały wokół tej samej kwoty lub były wyższe, a w tym miesiącu znacznie spadły. "Coś tu nie gra" pomyślała. Rozsiadłszy się wygodniej na skórzanym fotelu zastanawiała się nad tą sytuacją. "Muszę to sprawdzić". Zabierając ze sobą papiery skierowała się na zewnątrz. Miała taką zaciętą minę, że nawet Lizzy nie odważyła się jej zaczepić. Zwinnie przeszła drogę prowadzącą do domku Jose. Drzwi otworzyła jej siostra Jose. - Cześć.
- Dzień dobry.
- Zastałam Jose.
- Tak. Już go proszę.
- Co tam szefowo?
- Mam pewną sprawę na osobności. Chodź ze mną. - powiedziała Lily. Razem przeszli w spokojniejsze miejsce tak by nikt ich nie usłyszał.
- Co się dzieje?
- Ktoś mnie okrada.
- Co?
- Właśnie skończyłam nadrabiać zaległości w papierach z tego miesiąca i dane się nie zgadzają. Dlatego sądzę, że ktoś mnie okrada.
- Sprowadziłaś tu moją rodzinę i wydałaś na to dużo pieniędzy. Pewnie dlatego...
- Nie. Za to zapłaciłam z własnych oszczędności. Zyski z rancza są przeznaczane tylko na ranczo nie na moje wymysły.
- Jak to z własnych? Nie wiem, jak ci się mam odwdzięczyć...
- Jose już mówiłam, że nie przyjmę niczego od ciebie. I nie zmieniaj tematu. Tylko tobie ufam dlatego proszę cię, żebyś dyskretnie wszystko sprawdził. Jeśli zauważysz, że coś jest nie tak od razu mnie informuj.
- Pewnie.
- Dzień dobry pani. - powiedział ojciec Jose.
- Witam. Proszę mi mówić Lily.
- Albo szefowo.
- Przestań głupku.
- Możesz mi tu podpisać?
- Pewnie. Widzę, że od razu zabrał się pan do pracy.
- Tylko tak mogę się odwdzięczyć.
- A i jeszcze jedno zapraszam was dzisiaj na kolację.
- Ale...
- Nie ma ale. Macie przyjść i już. Nie przyjmuję odmowy. - powiedziała Lily kierując się w stronę domu.
Zespół wspólnie postanowił zastanowić się nad tym wszystkim, co powiedziała Lily. Nie mieli zbyt przyjaznych min. Siedzieli wspólnie w jednym z pokoi, ale jak na razie nic nie wymyślili. Każdy z nich był pogrążony w własnych myślach. Do czasu, aż w końcu jeden z nich przemówił.
- Wiecie, że to co powiedziała Lily jest prawdą?
- Wiemy Niall. - odpowiedział mu Liam.
- Powinniśmy spróbować odbudować naszą przyjaźń. Tym bardziej, że te wakacje są całkiem fajne. - dodał Louis.
- Przecież tu nic nie ma do roboty! - oburzył się Harry.
- Zawsze możesz przyjąć się do pracy na ranczu, co nie Zayn? - powiedział Lou.
- Pewnie. - odpowiedział mulat.
- Faktycznie musimy coś ustalić. Jeśli Lily nas wyrzuci Paul rozwiąże zespół, a tego myślę, że nie chcemy. - powiedział Liam na co dostał skinięcie głową od pozostałych. - Mam pewien pomysł. Od teraz będziemy razem rozwiązywać nasze problemy. I bez wyjątku. - dodał.
Jeszcze przez kilka następnych godzin omawiali różne sprawy. Nie obyło się bez kłótni, podniesionych głosów i porywczych gestów. Mimo to udało im się znaleźć jakiś kompromis. Doszli do wniosku, że nie warto wyżywać się na sobie na wzajem i, że postarają się zmienić. Wszyscy. Bez wyjątku. Nie wszystko udało się poruszyć, gdyż nie o wszystkim chcieli rozmawiać. Jednak pojawiło się jakieś światło nadziei, że wszystko się ułoży.
- O co ci znowu chodzi?
- Sam nie wiesz czego chcesz. Z jednej strony ciągnie cie do Lily, ale z drugiej robisz wszystko, żeby cię znienawidziła.
- Nie wiesz o czym mówisz to się nie wtrącaj!
- Wystarczy - powiedział Niall. W tym momencie do pomieszczenia weszła Lizzy z Louis'em. Widząc nasze miny od razu uśmiech zszedł im z twarzy.
- Co tu się znowu stało?
- Nic się nie stało. - powiedziałem na co blondynka popatrzyła na mnie bardzo przenikliwym wzrokiem.
- Dobra widzę, że śniadanie jest gotowe. Zawołajcie Harry'ego i będziemy zaczynać. Po chwili ponownie zjawiła się Lily tym razem w pełni ubrana. Popatrzyła na wszystkich zatrzymując dłużej spojrzenie na Zayn'ie, ale nic nie powiedziała. Postawiła wszystko na stole i zabrała się za posiłek. Wszyscy podążyli jej śladem, ale panowała niezręczna cisza. Starsza z sióstr Eastwood skończywszy wstała i chciała wyjść, ale ostatecznie przystanęła na chwilę.
- Jak skończycie to przyjdźcie do mojego gabinetu. Mam pewną sprawę. - powiedziała i wyszła.
Lily docierając do swojego gabinetu usilnie próbowała coś wymyślić. Zachowanie chłopaków jej w tym nie pomagało. "Są jak rozkapryszone dzieci. Zabierz zabawkę, a będą zrzędzić"- pomyślała. W jej głowie narodził się pewien plan, ale nie będzie łatwo go zorganizować. Miała dzisiaj nie myśleć o problemach, ale jak widać nie może. W dodatku z każdym dniem stara się rozwikłać zagadkę Luke'a i poznać w końcu prawdę, co nie jest łatwe. Kiedy tak siedziała usłyszała pukanie do drzwi. - Proszę. - powiedziała na co do pomieszczenia weszła grupka osób. - Siadajcie. To będzie długi monolog i lepiej mi nie przerywajcie. - dodała z zaciętą miną.- Zacznę od tego, że już jestem na granicy utraty cierpliwości, a nie jest łatwo wytrącić mnie z równowagi. Przyjechaliście tutaj w konkretnym celu, a nic nie robicie w tej kwestii. Może to nie jest wasz standard życia i widzę, że co niektórym to się nie podoba, ale oczekuję, że potraktujecie sprawę poważnie. Wszyscy macie jakiś problem ze sobą i to widać. Żeby to się zmieniło musicie wykazać choć odrobinę chęci. Przebywacie tutaj już od jakiegoś czasu, a jedyne co udało mi się zaobserwować to ciągłe pogłębianie swoich problemów. Staracie się przebywać ze sobą i rozmawiać, ale uwierzcie, że to nic nie da jak nie wykażecie jakiegoś zainteresowania drugą osobą. Widzicie tylko własny czubek nosa. Otwórzcie szerzej oczy i zobaczcie, jak to wygląda w "La lunie". Tutaj każdy jest chętny do niesienia pomocy i wypływa to z dobroci serca nie z przymusu. Tutaj nikt nie chwali się tym co ma, bo to nie ma znaczenia. Pieniądze to rzecz nabyta. Raz są raz ich nie ma. Musicie docenić, to co macie, a przede wszystkim przestać być takimi egoistami. Jest takie ładne powiedzenie, że "nie wolno tracić małych przyjemności życia w pogoni za tymi większymi". Nie powiem wam o co w nim chodzi. Liczę na to, że sami to w końcu odkryjecie. - Mówiłam, że macie mi nie przerywać. - wręcz warknęła. - Zgodziłam się na wasz pobyt dlatego, że Paul bardzo nalegał i twierdził, że po prostu się pogubiliście. Już przy pierwszym spotkaniu mogłam zauważyć, że ten pomysł wam się ewidentnie nie podobał, ale pomyślałam, że to takie pierwsze wrażenie i się przyzwyczaicie. Jednak tak się nie stało. Niby jest wszystko okej, ale szczerze mówiąc daleko macie do tego. I tak otrzymaliście ode mnie duży kredyt zaufania. Z reguły nie jestem zbyt przyjaźnie nastawiona do obcych. Zastanawia mnie tylko jedna kwestia: czy naprawdę macie jakieś problemy czy tylko udajecie? Reasumując daje wam ostatnią szansę byście coś ze sobą zrobili. Jeśli nie to wyrzucę was z "La luny". Decyzja należy do was. A teraz możecie już iść. Koniec rozmowy.
- Lily my... - zaczął Liam.
- Powiedziałam koniec rozmowy - powiedziała podniesionym głosem. Chłopacy nie zamierzali już próbować się wytłumaczyć tylko opuścili gabinet. Kiedy trochę ochłonęła zabrała się za papierkową robotę. Lily zajmowała się tym od kiedy dziadkowi pogorszył się wzrok. Jednak nigdy się do tego nie przyznał. Zawsze twierdził, że nie ma na to czasu dlatego powierzył sprawy wnuczce. Do piątej po południu siedziała nad księgami rachunkowymi. W tym czasie zdążyła podliczyć wszystkie dane i nadrobić powstałe ostatnio zaległości. Z przykrością stwierdziła, że w obecnym miesiącu coś się nie zgadza. Z reguły zyski oscylowały wokół tej samej kwoty lub były wyższe, a w tym miesiącu znacznie spadły. "Coś tu nie gra" pomyślała. Rozsiadłszy się wygodniej na skórzanym fotelu zastanawiała się nad tą sytuacją. "Muszę to sprawdzić". Zabierając ze sobą papiery skierowała się na zewnątrz. Miała taką zaciętą minę, że nawet Lizzy nie odważyła się jej zaczepić. Zwinnie przeszła drogę prowadzącą do domku Jose. Drzwi otworzyła jej siostra Jose. - Cześć.
- Dzień dobry.
- Zastałam Jose.
- Tak. Już go proszę.
- Co tam szefowo?
- Mam pewną sprawę na osobności. Chodź ze mną. - powiedziała Lily. Razem przeszli w spokojniejsze miejsce tak by nikt ich nie usłyszał.
- Co się dzieje?
- Ktoś mnie okrada.
- Co?
- Właśnie skończyłam nadrabiać zaległości w papierach z tego miesiąca i dane się nie zgadzają. Dlatego sądzę, że ktoś mnie okrada.
- Sprowadziłaś tu moją rodzinę i wydałaś na to dużo pieniędzy. Pewnie dlatego...
- Nie. Za to zapłaciłam z własnych oszczędności. Zyski z rancza są przeznaczane tylko na ranczo nie na moje wymysły.
- Jak to z własnych? Nie wiem, jak ci się mam odwdzięczyć...
- Jose już mówiłam, że nie przyjmę niczego od ciebie. I nie zmieniaj tematu. Tylko tobie ufam dlatego proszę cię, żebyś dyskretnie wszystko sprawdził. Jeśli zauważysz, że coś jest nie tak od razu mnie informuj.
- Pewnie.
- Dzień dobry pani. - powiedział ojciec Jose.
- Witam. Proszę mi mówić Lily.
- Albo szefowo.
- Przestań głupku.
- Możesz mi tu podpisać?
- Pewnie. Widzę, że od razu zabrał się pan do pracy.
- Tylko tak mogę się odwdzięczyć.
- A i jeszcze jedno zapraszam was dzisiaj na kolację.
- Ale...
- Nie ma ale. Macie przyjść i już. Nie przyjmuję odmowy. - powiedziała Lily kierując się w stronę domu.
Zespół wspólnie postanowił zastanowić się nad tym wszystkim, co powiedziała Lily. Nie mieli zbyt przyjaznych min. Siedzieli wspólnie w jednym z pokoi, ale jak na razie nic nie wymyślili. Każdy z nich był pogrążony w własnych myślach. Do czasu, aż w końcu jeden z nich przemówił.
- Wiecie, że to co powiedziała Lily jest prawdą?
- Wiemy Niall. - odpowiedział mu Liam.
- Powinniśmy spróbować odbudować naszą przyjaźń. Tym bardziej, że te wakacje są całkiem fajne. - dodał Louis.
- Przecież tu nic nie ma do roboty! - oburzył się Harry.
- Zawsze możesz przyjąć się do pracy na ranczu, co nie Zayn? - powiedział Lou.
- Pewnie. - odpowiedział mulat.
- Faktycznie musimy coś ustalić. Jeśli Lily nas wyrzuci Paul rozwiąże zespół, a tego myślę, że nie chcemy. - powiedział Liam na co dostał skinięcie głową od pozostałych. - Mam pewien pomysł. Od teraz będziemy razem rozwiązywać nasze problemy. I bez wyjątku. - dodał.
Jeszcze przez kilka następnych godzin omawiali różne sprawy. Nie obyło się bez kłótni, podniesionych głosów i porywczych gestów. Mimo to udało im się znaleźć jakiś kompromis. Doszli do wniosku, że nie warto wyżywać się na sobie na wzajem i, że postarają się zmienić. Wszyscy. Bez wyjątku. Nie wszystko udało się poruszyć, gdyż nie o wszystkim chcieli rozmawiać. Jednak pojawiło się jakieś światło nadziei, że wszystko się ułoży.

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz