Nadzieję,
że w końcu ktoś pokaże jej jak być szczęśliwą. Ciągle robiła sobie takie
nadzieję, choć wiedziała, że nic to nie da. Ale przecież nadzieja umiera
ostatnia. Prawda? To jedyne uczucie, które w sobie ma. Jednocześnie przerażała
ją myśl, że jeśli znów pozwoli sobie wierzyć, a potem znowu dostanie w twarz, to
zaboli jeszcze mocniej. Tak naprawdę Lily była bardzo zagubiona. Nie wiedziała,
co z tym wszystkim zrobić. – Nie. Nie mogę dopuścić do tego by coś czuć. Bo
jeśli znowu coś stracę to już tego nie wytrzymam.- pomyślała. Kiedy tak
rozmyślała w kuchni pojawił się Harry.
- Cześć. Pomóc ci?
- Już kończę.
- Wiesz co długo myślałem nad twoimi słowami i szczerze
mówiąc nie doszedłem do żadnego wniosku. W dodatku patrząc jak wszyscy wkoło są
szczęśliwi … mnie to dobija. Nie wiem co mam zrobić.
- Naprawdę tak uważasz? To ci coś powiem. Dlaczego zawsze
spoglądasz w tę drugą stronę? Dlaczego ciągle myślisz, że inni mają więcej
szczęścia ? Tak łatwo twierdzisz, że innym powodzi się o wiele lepiej? Ten
drugi brzeg wydaje Ci się zawsze piękniejszy. Może dlatego, że jest od Ciebie
oddalony, a Ty patrzysz jak skamieniały, zauroczony tym pięknym widokiem.. Czy
przyszło Ci kiedyś do głowy, że na tym drugim brzegu inni także na Ciebie
patrzą i sądzą, że to Ty masz więcej szczęścia ? Oni tez zauważają wyłącznie
Twoją lukrowaną stronę. Mniejszych i większych trosk i kłopotów nie znają.
Szczęście nie leży na drugim brzegu. Twoje szczęście jest w Tobie. –
odpowiedziała Lily odwracając się do lokowanego.
Harry kolejny raz nie wiedział co powiedzieć. Jednak
dostrzegając Lily wydał się jakby zaniepokojony?
- Dobrze się czujesz? Jesteś strasznie blada.
- Nic mi nie jest.
- Na pewno?
- Posłuchaj nie musisz być dla mnie miły jak nie chcesz. Od
początku ewidentnie nie darzysz mnie sympatią więc nie musisz tego robić.
Doskonale znam twoje zdanie na mój temat. To, że od czasu do czasu ci coś powiem
nie oznacza, że zapomniałam. – powiedziała zirytowana Lily. Kiedy Harry chciał
odpowiedzieć zadzwonił telefon. – Ranczo „La luna”. W czym mogę pomóc? … Czy to
musi być koniecznie w tym tygodniu?... Ach, Ana nalega? Rozumiem. W takim razie
zapraszam jutro w porze obiadowej. Do widzenia. – Jeszcze tego brakowało.
- Stało się coś?- spytała Lizzy wchodząc do kuchni z
pozostałymi.
- Harry co zrobiłeś?- spytał Louis.
- Lizzy, jutro przychodzą „państwo” Garcia.
- To ta gościówa co napadła na Zayna?- spytał Louis.
- W rzeczy samej. Wiedziałam, że będzie nalegać, ale to już
przesada.
- No i co zrobimy? – spytała Lizzy.
- Nie wiem. Zayna już widziała, ale pozostałych nie więc nie
muszą być jak nie chcą.
- Ja na pewno nie chcę. – wtrącił Tomlinson.
Przez chwilę zapadła cisza. Lily usilnie próbowała coś
wykombinować, żeby nie narażać chłopaków na rodzinę Garcia. Lepiej żeby nie
wiedzieli, że jest tu cały zespół, bo tak to Ana pojawiałaby się tu codziennie
nieproszona.
- Już wiem. Pojedziecie do miasteczka na cały dzień. Ja
postaram się jak najszybciej ich spławić. – powiedziała Lily.- A teraz
siadajcie podam śniadanie.
Po śniadaniu Lily ruszyła dalej do pracy. Razem z nią
postanowił iść Louis. Również Zayn postanowił się dołączyć. Brunetka była
zaskoczona, ale nie dała tego po sobie poznać. Skoro sami chcą to niech idą.
Każdy krok sprawiał jej ból, a teraz musi iść o wiele dalej niż do stajni. W
tym stanie o jeździe konnej nie było mowy.
Lily szła bardzo zamyślona. Zayn również nie był skłonny do
rozmowy więc postanowiłem nawet nie próbować rozpoczynać rozmowy. Brunetka była
dzisiaj bardzo blada. Również dlatego postanowiłem z nią iść. Rozglądałem się
po okolicy, aż doszliśmy do jakieś zagrody? Czy coś w tym stylu. Lily
przeskoczyła zagrodę i widziałem na jej twarzy jakiś grymas. Ciekawe co jej się
stało. – Co my tu będziemy robić? – spytałem.
- Najpierw trzeba sprawdzić pastwisko. Czy u bydła wszystko
w porządku. Czy nie pokaleczyło się o druty, czy nie ropieją im oczy itp. Jeśli
tak to trzeba od razu im pomóc. Następnie trzeba podlać pola i sprawdzić czy
uprawy są w dobrym stanie. Na końcu trzeba pozbierać borówki do sprzedaży i
sprawdzić ogrodzenie wokół rancza. Jest jeszcze wiele innych prac, ale na dziś
to wszystko.
- I to wszystko robisz sama?
- Jak widać. Każdy tutaj się czymś zajmuje. Niektórzy mają
jeszcze więcej do roboty. – odpowiedziała brunetka. – I uprzedzę twoje pytanie
lubię się tym zajmować. Przynajmniej nie myślę o niczym innym. – dodała na co
Zayn się na nią spojrzał. Czy on coś wie? Czy rozmawiali już o tym wypadku? Oboje
są jacyś inni od wczoraj. Lily trochę zmieniła podejście do nas. Wczoraj miło
spędziliśmy popołudnie. Tak jakbyśmy wszyscy byli dobrymi przyjaciółmi. Mam
nadzieję, że dzięki temu wszystko będzie dobrze. Że Lily pomoże nam się odnaleźć
i ustawi nas do pionu. Sprawi, że się dogadamy. A najbardziej liczę, że pomoże
Zayn’owi uporać się z przeszłością.
- Lily! – krzyknął Jose zbliżając się do nas. Dziewczyna
gwałtownie się obróciła i skrzywiła z bólu.
- Wszystko w porządku? Coś ci się stało? – zapytał Zayn.
- Co się dzieje Jose?
- Razem z Markiem sprawdziliśmy już ogrodzenie i uprawy. –
powiedział Jose. – Dobrze się czujesz?
- Dzięki. Wiesz, że nie musiałeś.
- Idź z nimi pozbierać borówki ja się zajmę bydłem.
- Dzisiaj ci nie odpuszczę. Ewidentnie źle się czujesz. I
tak się ciesz, że nie wygnam cię z powrotem do domu.
Brunetka nie skomentowała tych słów tylko ruszyła w stronę
jak myślę jakiegoś sadu. Gdy dotarliśmy zabrała się od razu do pracy. Przecież
tych krzaczków było z milion. Z Zanem spojrzeliśmy po sobie i przyłączyliśmy
się do niej. Zanim uporaliśmy się z tym wszystkim słońce już dawno świeciło
wysoko na niebie. Byłem wykończony i ledwo słaniałem się na nogach. W końcu
zasiadłem na jednej ze stojących skrzynek. Zayn klapnął zaraz po mnie.
Natomiast Lily póki nie skończyła tego co miała zrobić nie zaprzestała pracy. –
Zaraz chyba umrę. – mruknąłem.
- Ja też. – sapnął Zayn.
- Dlatego mówiłam, że nie będę was do niczego zmuszać. –
powiedziała Lily dosiadając się do nas i podając po butelce piwa. – A z waszą
kondycją jest jeszcze gorzej niż myślałam -dodała.
- A ty się nie napijesz z nami?
- Na co dzień nie piję alkoholu.
- Mogę cię o coś spytać? Tylko się nie wściekaj. – skinęła
mi głową. – Czy masz jakieś marzenia ? Coś co chciałabyś dostać?
- Marzenia? Sama nie wiem. Nie marzę o niczym szczególnym,
nie chcę skakać na bungee, zwiedzać całego świata albo władać wieloma językami.
Choć to ostatnie prawie mi się udaje. Myślę, że chciałabym żeby w końcu coś mi się udało. Żeby
było trochę łatwiej, lepiej. Żeby ludzie byli warci czegokolwiek. Chciałabym
mieć więcej czasu. Więcej szczęścia. Więcej uśmiechu na twarzy. Chciałabym być
szczęśliwa, mieć obok kogoś ważnego i dzielić z nim wszystko, całe swoje życie.
To tyle.
- To dlaczego robisz wszystko, żeby tego nie mieć?
- Bo ja wiem. Życie nauczyło mnie, że nie warto marzyć. Ja
po prostu stałam się kimś kim jestem teraz. Do tego stopnia, że jestem w tym
całkiem niezła – mówić jedno, podczas gdy myśli się coś innego, zachowywać się,
jakbym słuchała, kiedy nie słucham, udawać, że jestem spokojna i szczęśliwa,
kiedy tak naprawdę jestem na skraju rozpaczy. To jedna z umiejętności, jakie
doskonali się pod wpływem doświadczeń. Wystarczy ci taka odpowiedź?
- Jasne. I tak jestem zdziwiony, że w ogóle ze mną
rozmawiasz. – odpowiedziałem. – To ja was może zostawię. Jestem padnięty. –
dodałem posyłając brunetce wzrok typu „teraz z nim pogadaj”.
Lily odprowadziła Louisa wzrokiem po czym zwróciła się do
Zayna – A ty co taki milczący siedzisz?
- Próbuję pojąć twoje słowa. I sądzę, że nie masz racji.
Każdy człowiek powinien marzyć. To sprawia, że stajemy się choć odrobinę
radośniejsi? Nie wiem jak to określić. To co ci powiedziałem to jest jakaś ¼
tego co przeżyłem, ale mimo to mam jakieś marzenia. Więc cię nie rozumiem.
- Widzę, że dzisiaj mam jakiś dzień szczerości więc ci coś
powiem. Od pewnego czasu jestem sama. Sama tutaj i sama na świecie. Sama w
sercu i sama w głowie. Sama wszędzie przez cały czas, od kiedy pamiętam. Sama w rodzinie,
sama z przyjaciółmi, sama w pokoju pełnym ludzi. Sama, kiedy się budzę, sama
każdego koszmarnego dnia, sama, kiedy w końcu nadchodzi ciemność. Jestem sama z
moim przerażeniem. Choć nigdy nie chciałam być sama. Marzyłam, że będę miała kogoś obok. Teraz wiem, że tak się
nie stanie. Ja jestem zdolna tylko do tracenia wszystkich. Straciłam rodziców,
dziadka, Luka… Kurewsko tego nienawidzę. Nienawidzę tego, że nie mam z kim
porozmawiać, nienawidzę tego, że nie mam do kogo zadzwonić, nienawidzę tego, że
nie mam nikogo, kto potrzyma mnie za rękę, przytuli mnie, powie mi, że wszystko
będzie w porządku. Nienawidzę tego, że nie mam nikogo, z kim mogłabym dzielić
nadzieję, nienawidzę tego, że przestałam mieć nadzieję, nie znoszę tego, że nie
mam nikogo, kto powiedziałby mi, żebym się trzymała, że jeszcze kiedyś je
odnajdę. Teraz już rozumiesz? Marzenia nie są dla mnie. Nie wiem po co ci o tym
mówię.
- Ja też dzisiaj będę szczery i ci coś powiem. Nie musisz
być sama. Usilnie się przed tym bronisz, ale nie musi tak być. Rozumiesz? Nie
wiem dlaczego, ale odkąd cię zobaczyłem mam taką potrzebę, żeby przebywać obok
ciebie. To mi pomaga zapomnieć o wszystkim. Rozmowy z tobą są bardzo
filozoficzne? Nie wiem jak to określić, ale ja cię rozumiem. Dla mnie najgorszy moment przychodzi wtedy, kiedy
uzmysławiam sobie, jak bardzo wszystko nie jest okej. Jak bardzo okłamuje sam
siebie, jak bardzo nie chcę widzieć tego co się dzieje wokół. Jak przekłamuje
wszystkie fakty i sprowadzam je do wersji wygodnej. Żeby tylko nie bolało, żeby
tylko nie myśleć. I ogarnia mnie wtedy niespotykana samotność, otępienie. Nie
mogę z nikim o tym pogadać, nie mogę nawet wyjść na papierosa i o tym
pomilczeć. Jestem sam ze sobą i tym co zjada mnie od środka… Gdybyś tylko
pozwoliła…
- Nie zaczynaj nawet. Sam odseparowujesz się od ludzi a
wymagasz nie wiadomo czego ode mnie. Nie wymagaj zmiany od innych, jeśli sam
nie potrafisz się zmienić. Jeśli twierdzisz, że nie potrafisz, pomyśl co musi
czuć osoba, od której tego wymagasz. – powiedziała Lily po czym ruszyła w
stronę domu.
- Lily! Zaczekaj!
- Nie Zayn. To wszystko nie ma sensu. Staram się wam pomóc,
ale stwierdzam, że nie potrafię. Nie potrafię uświadomić wam dlaczego macie
takie szczęście, że macie to grono przyjaciół. Nie potrafię pokazać wam jak
ważne jest cieszenie się każdą chwilą. Nie potrafię sprawić żebyście docenili
to co macie. Nie potrafię…
Nie skończyła gdyż Zayn obejmując jej szyję jedną ręką,
przyciągnął ją blisko i pocałował. Mocno. Bez litości. To był brutalny,
prymitywny pocałunek, w którym zawarte były wszystkie jego uczucia do niej.
Wlał je w jej usta towarzyszące mu wtedy emocje, jakby chciał wczołgać się w jej duszę.
Kiedy już się od siebie odsunęli patrzyli sobie prosto w oczy.
– Nie możesz tego robić. Rozumiesz? Wybrałeś złą osobę do
tego. Obiecałam komuś, że pomogę rozwiązać ci twoje problemy, ale nie możesz
tego robić. Nie mogę ci pomoc w taki sposób w jaki tego oczekujesz. Jedyne co
mogę ci zaoferować to rozmowa. Więc proszę cię nie rób tego więcej.
Lily wyrwała się i mimo bólu pobiegła w stronę domu. Zayn usiadł
z powrotem na jednej ze skrzynek i zaczął rozmyślać nad tym wszystkim co się
wydarzyło odkąd tu przyjechał.
Siedzieliśmy z chłopakami w salonie, aż wrócił Louis. Ledwo
szedł na nogach. Ciekawe co Lily im wymyśliła do pracy, że jest w takim stanie.
Nawet nie miał siły nam wytłumaczyć gdzie jest Zayn. Od razu poszedł do swojego
pokoju. Po jakimś czasie do domu wbiegła moja siostra. Nawet się nie
zatrzymała. Od razu wbiegła na górę. Słychać było tylko trzask drzwi. Co tam
się znowu stało no i gdzie jest Zayn.
- O co chodzi ?– spytał Niall.
- Nie mam pojęcia. Pójdę sprawdzić o co chodzi.
- To ja poszukam Zayna. – powiedział Niall.
Znajdując się pod drzwiami pokoju mojej siostry stałam tam
przez chwilę nie wiedząc co zrobić. Dopiero jak usłyszałam jakiś trzask weszłam
do pokoju. – Co ty robisz? Zostaw to! – krzyknęłam widząc jak Lily próbuje
rzucić kolejną rzeczą o ścianę.
- Lizzy wyjdź!
- Co się stało ?
- Chce zostać sama nie rozumiesz!?
- Nie zostawię cię w takim stanie. Przestań rzucać tymi
przedmiotami! – jednak Lily tak jakby mnie nie słyszała. – Powiedz mi co się
dzieje!
- Nic się nie dzieje! To mój pokój i mogę w nim robić co
chcę!
- Lily nie możesz się tak ciągle zamykać. Wiem, że
cierpienie to świństwo, kto je lubi? Wszyscy chcielibyśmy mieć pancerz, który
chroniłby Nas przed bólem. Ale człowiek wznosi mur, żeby obronić się przed tym,
co przychodzi z zewnątrz, a w końcu odkrywa, że zamknął się w jego granicach.
Nie zamykaj się, proszę cię. Porozmawiaj ze mną.
- Idź stąd Liz.
Nie wiedziałam co zrobić więc poszłam po chłopaków. W
salonie zastałam tylko Harrego. – Chodź ze mną. Musisz mi pomóc!
- Co się stało? Dlaczego płaczesz?
- Proszę pomóż mi. Inaczej ona zniszczy wszystko.
Harry szybko wbiegł do pokoju i złapał Lily przyciągając do
siebie tak aby już nie mogła się ruszyć.
- Puść mnie! Po jaką cholerę tu przyszliście!? Mówiłam, że
chcę zostać sama!
- Uspokój się.- krzyknął Harry. Widziałam w jego oczach
przerażenie. Ja pewnie też tak wyglądałam. Już od dawna nie widziałam Lily w
takim stanie. Od dwóch dni chodziła
jakaś dziwna. Mam wrażenie, że to wszystko ją przytłacza, ale oczywiście się do
tego nie przyzna.
- Proszę was wyjdźcie stąd. – szepnęła Lily głosem wypranym
z wszelkich emocji.
- Wyjdziemy, jak się uspokoisz. – powiedział Harry.
Przez kilkanaście minut staliśmy w kompletnej ciszy. Harry
cały czas trzymał ją w objęciach po to by się uspokoiła. Ja stałam tam parząc
na tą dwójkę. Po chwili lokowany ją puścił.
- Chodźmy Harry. – powiedziałam po czym wyszliśmy z pokoju. –
Przepraszam za to. Nie wiem co się z nią stało.
- Nie przepraszaj. Dobrze, że przyszłaś. Chodźmy postaram
się coś ugotować bo wątpię, że Lily to zrobi.
- Nie musisz. Poproszę…
- Chociaż tak pomogę.
Dochodząc do schodów zastaliśmy tam Louisa. – Co się stało?
Słyszałem krzyki?- spytał. – Dlaczego płaczesz? – dodał.
- Nie przejmuj się. Już jest ok. Idź odpocznij zawołam cię
na obiad. – odpowiedziałam po czym ruszyliśmy do kuchni.
Nie wiem dlaczego to zrobiłam. Po prostu chciałam się na
czymś wyżyć. Odkąd tu przyjechał ten zespół towarzyszy mi tyle emocji, że nie
mogę tego ogarnąć. W dodatku Zayn wyraźnie oczekuje czegoś czego nie powinien.
Od dawna nie należę do ludzi wrażliwych. Nie załamuję się, kiedy ktoś nagle
odwraca się do mnie plecami. Nie upadam, gdy usłyszę kilka nieprzyjemnych słów.
Nie zamykam się w sobie po stracie jakiejś osoby. Nie płaczę na pogrzebach.
Podobno mam serce z kamienia. Nie biorę wszystkiego do siebie. Często wzruszam
ramionami. Bywam obojętna, chłodna i nieprzyjemna. Ale w końcu nadchodzi taki
dzień, kiedy kumuluje się wszystko to, co powinno było zaboleć, a umknęło
gdzieś mimochodem. I ta lawina spada na mnie jak grom z jasnego nieba, i
zawiera w sobie wszystko, czyjeś krzywdzące słowa, utratę wiary w siebie,
odejście bliskiej osoby. I zabija, przygniata do ziemi, nie pozwala wstać,
normalnie żyć. W jednej chwili powraca cała przeszłość, narasta z każdą minutą,
boli z każdym oddechem coraz bardziej. I nagle gdzieś padają słowa "jest
dobrze, jest okej", ale nie oszukujmy się, jest cholernie daleko od
"okej". To zawsze tak jest. Kiedy poukładam sobie wszystko pojawia
się coś lub ktoś co doprowadza do tego stałego cyklu. To dlatego to się stało. Staram
się być twarda by zapobiec temu, ale i tak kiedyś to następuje. Zawsze wtedy myślę
o tym co mnie spotkało. Lubię wracać do wspomnień, choć to boli. Lubię czasem
mieć łzy w oczach, choć to smutne. Lubię cierpieć uczuciem z przeszłości, choć
to teraz nie ma znaczenia. Jednak najbardziej lubię uświadamiać sobie później,
że to wszystko mnie czegoś nauczyło, że to mnie wychowało. I wtedy wszystko
wraca do rzeczywistości. Uspokajam się i na nowo przybieram maskę tej twardej. Teraz
będzie jak zwykle pozbieram ten cały bałagan i będzie jak zwykle.
Wychodząc z domu nie bardzo wiedziałem, gdzie mam szukać
Zayna. Poszedłem przed siebie. Idąc wzdłuż równo rosnących drzew doszedłem do
plantacji borówek. Z oddali zauważyłem Malika. Siedział na jakieś skrzynce z
twarzą w dłoniach. Po chwili wstał i cisnął skrzynkę przed siebie. – Co ty
robisz? Oszalałeś? – krzyknąłem.
- Daj mi spokój.
- Tym razem mnie nie spławisz. Gadaj co się stało. –
powiedziałem spokojniej. – I zostaw już te skrzynki.
- I co mam Ci powiedzieć, prawdę? Przecież nie chcesz jej
znać. Bo co mam Ci powiedzieć? Że jest cholernie źle. Że mam ochotę stanąć na
środku drogi i rozpłakać się że rozpierdala mnie od środka że już nie daje rady
ze wszystko mnie niszczy i że chce umrzeć? Naprawdę chcesz to wiedzieć ?
- Tak dokładnie to chcę wiedzieć. Jesteś moim przyjacielem i
chcę ci pomóc. Ale póki mi nic nie powiesz nie będę mógł tego zrobić. Wiem, że
to co przeszedłeś… Nie potrafisz sobie z tym poradzić, ale wiedz, że masz nas
wszystkich, z którymi możesz porozmawiać. Czasem lepiej z kimś porozmawiać. –
odpowiedziałem. – No więc co się stało?
- Chodzi o to, że … Bo ja… Lily… kurwa!
- Pokłóciłeś się z Lily?
- Mhm.
- Co powiedziałeś?
- Dlaczego od razu sądzisz, że coś powiedziałem!?
- Zbyt dobrze cię znam Zayn.
- Po prostu powiedziałem coś czego nie powinienem był mówić.
I to mnie cholernie denerwuje. Lily jest jedyną osobą, która mi pomaga. Nie
chodzi o to, że wy tego nie robicie tylko … Ona zawsze wie co powiedzieć. Gada
jakieś filozoficzne bzdety, ale najlepsze jest to, że to mi pomaga. Tak jakby
między wierszami kryło się jakieś przesłanie. Rozumiesz? A teraz pewnie się do
mnie więcej nie odezwie.
- Jestem innego zdania. Na pewno masz jakiś sposób by ją
przekonać. Wierzę w ciebie. Cieszę się, że w końcu trafiłeś na kogoś kto cię
rozumie. Dlatego nie możesz się poddać. Nie teraz. Ktoś w końcu do ciebie
dotarł i jest w stanie ci pomóc więc nie możesz tego zaprzepaścić.
- Ja jestem taki popieprzony, że nie wiem czy warto
próbować.
- Nie wiesz czy warto? Ja odpowiem Ci, że zawsze, bo jeśli
cholernie Ci na czymś zależy, uprzesz się i zaprzesz samego siebie, stawisz
czoło swoim słabościom i przeciwnościom losu, ale to zdobędziesz.
- Dzięki Niall, ale chyba na dziś mam już dosyć tej
gadaniny.
- Nie ma sprawy, ale pamiętaj, że zawsze możesz ze mną
pogadać. – odpowiedziałem na co mulat skinął mi głową.
Razem ruszyliśmy w stronę domu. Malik poszedł na gorę, a ja
skierowałem się do kuchni. Zastałem tam…



Brak komentarzy:
Prześlij komentarz