sobota, 22 sierpnia 2015

Rozdział 15

Zwlekła się z łóżka bladym świtem. Wczorajsze popołudnie przebiegło w miłej atmosferze lecz dzisiaj trzeba wrócić do rzeczywistości. Wstając Lily poczuła ból w krzyżu. Widocznie wczorajszy upadek przyniósł jakieś skutki. Po porannej toalecie zeszła na dół. Roboty na ranczu było mnóstwo. Mimo, że do dyspozycji były nowoczesne maszyny przydawała się każda para rąk. Tak naprawdę praca na ranczu toczyła się stałym rytmem. Wychodząc z domu Lily skierowała się do stajni. Jak zawsze na początku zajmowała się Jeffreyem, potem innymi końmi, a później szła doglądać prac w sadzie. To wszystko zajmowało jej czas aż do śniadania. Kiedy szczotkowała Jeffa ból się wzmorzył. Każdy gwałtowny ruch powodował ból w plecach. Mimo to nie przerwała pracy. Wiedziała, że musi to skończyć więc nie narzekała. Minie pewnie ze dwa dni zanim dojdzie do siebie. Nie było to coś z czym wcześniej nie miała do czynienia. Wcześniej ulegała już poważniejszym wypadkom. Skończywszy przewidzianą na tą porę pracę ruszyła z powrotem do domu. Wchodząc do przedpokoju zostawiła buty by nie zrobić bałaganu. Próbując rozmasować kark weszła do kuchni. Nalała sobie soku po czym zabrała się za przygotowanie śniadania. Było to ciężkie zadanie gdyż każdy nagły ruch przynosił ból. Tak naprawdę dla Lily ból był wybawieniem. Ten ból fizyczny pozwalał choć na chwilę zapomnieć o tym bólu duchowym. Brunetka cały czas myślała nad tym wszystkim co się ostatnio działo. Przyjazd tego zespołu sprawił, że znowu zaczynała mieć nadzieję i to już wystarczająco bolało.
Nadzieję, że w końcu ktoś pokaże jej jak być szczęśliwą. Ciągle robiła sobie takie nadzieję, choć wiedziała, że nic to nie da. Ale przecież nadzieja umiera ostatnia. Prawda? To jedyne uczucie, które w sobie ma. Jednocześnie przerażała ją myśl, że jeśli znów pozwoli sobie wierzyć, a potem znowu dostanie w twarz, to zaboli jeszcze mocniej. Tak naprawdę Lily była bardzo zagubiona. Nie wiedziała, co z tym wszystkim zrobić. – Nie. Nie mogę dopuścić do tego by coś czuć. Bo jeśli znowu coś stracę to już tego nie wytrzymam.- pomyślała. Kiedy tak rozmyślała w kuchni pojawił się Harry.
- Cześć. Pomóc ci?
- Już kończę.
- Wiesz co długo myślałem nad twoimi słowami i szczerze mówiąc nie doszedłem do żadnego wniosku. W dodatku patrząc jak wszyscy wkoło są szczęśliwi … mnie to dobija. Nie wiem co mam zrobić.
- Naprawdę tak uważasz? To ci coś powiem. Dlaczego zawsze spoglądasz w tę drugą stronę? Dlaczego ciągle myślisz, że inni mają więcej szczęścia ? Tak łatwo twierdzisz, że innym powodzi się o wiele lepiej? Ten drugi brzeg wydaje Ci się zawsze piękniejszy. Może dlatego, że jest od Ciebie oddalony, a Ty patrzysz jak skamieniały, zauroczony tym pięknym widokiem.. Czy przyszło Ci kiedyś do głowy, że na tym drugim brzegu inni także na Ciebie patrzą i sądzą, że to Ty masz więcej szczęścia ? Oni tez zauważają wyłącznie Twoją lukrowaną stronę. Mniejszych i większych trosk i kłopotów nie znają. Szczęście nie leży na drugim brzegu. Twoje szczęście jest w Tobie. – odpowiedziała Lily odwracając się do lokowanego.
Harry kolejny raz nie wiedział co powiedzieć. Jednak dostrzegając Lily wydał się jakby zaniepokojony?
- Dobrze się czujesz? Jesteś strasznie blada.
- Nic mi nie jest.
- Na pewno?
- Posłuchaj nie musisz być dla mnie miły jak nie chcesz. Od początku ewidentnie nie darzysz mnie sympatią więc nie musisz tego robić. Doskonale znam twoje zdanie na mój temat. To, że od czasu do czasu ci coś powiem nie oznacza, że zapomniałam. – powiedziała zirytowana Lily. Kiedy Harry chciał odpowiedzieć zadzwonił telefon. – Ranczo „La luna”. W czym mogę pomóc? … Czy to musi być koniecznie w tym tygodniu?... Ach, Ana nalega? Rozumiem. W takim razie zapraszam jutro w porze obiadowej. Do widzenia. – Jeszcze tego brakowało.
- Stało się coś?- spytała Lizzy wchodząc do kuchni z pozostałymi.
- Harry co zrobiłeś?- spytał Louis.
- Lizzy, jutro przychodzą „państwo” Garcia.
- To ta gościówa co napadła na Zayna?- spytał Louis.
- W rzeczy samej. Wiedziałam, że będzie nalegać, ale to już przesada.
- No i co zrobimy? – spytała Lizzy.
- Nie wiem. Zayna już widziała, ale pozostałych nie więc nie muszą być jak nie chcą.
- Ja na pewno nie chcę. – wtrącił Tomlinson.
Przez chwilę zapadła cisza. Lily usilnie próbowała coś wykombinować, żeby nie narażać chłopaków na rodzinę Garcia. Lepiej żeby nie wiedzieli, że jest tu cały zespół, bo tak to Ana pojawiałaby się tu codziennie nieproszona.
- Już wiem. Pojedziecie do miasteczka na cały dzień. Ja postaram się jak najszybciej ich spławić. – powiedziała Lily.- A teraz siadajcie podam śniadanie.

Po śniadaniu Lily ruszyła dalej do pracy. Razem z nią postanowił iść Louis. Również Zayn postanowił się dołączyć. Brunetka była zaskoczona, ale nie dała tego po sobie poznać. Skoro sami chcą to niech idą. Każdy krok sprawiał jej ból, a teraz musi iść o wiele dalej niż do stajni. W tym stanie o jeździe konnej nie było mowy.
Lily szła bardzo zamyślona. Zayn również nie był skłonny do rozmowy więc postanowiłem nawet nie próbować rozpoczynać rozmowy. Brunetka była dzisiaj bardzo blada. Również dlatego postanowiłem z nią iść. Rozglądałem się po okolicy, aż doszliśmy do jakieś zagrody? Czy coś w tym stylu. Lily przeskoczyła zagrodę i widziałem na jej twarzy jakiś grymas. Ciekawe co jej się stało. – Co my tu będziemy robić? – spytałem.
- Najpierw trzeba sprawdzić pastwisko. Czy u bydła wszystko w porządku. Czy nie pokaleczyło się o druty, czy nie ropieją im oczy itp. Jeśli tak to trzeba od razu im pomóc. Następnie trzeba podlać pola i sprawdzić czy uprawy są w dobrym stanie. Na końcu trzeba pozbierać borówki do sprzedaży i sprawdzić ogrodzenie wokół rancza. Jest jeszcze wiele innych prac, ale na dziś to wszystko.
- I to wszystko robisz sama?
- Jak widać. Każdy tutaj się czymś zajmuje. Niektórzy mają jeszcze więcej do roboty. – odpowiedziała brunetka. – I uprzedzę twoje pytanie lubię się tym zajmować. Przynajmniej nie myślę o niczym innym. – dodała na co Zayn się na nią spojrzał. Czy on coś wie? Czy rozmawiali już o tym wypadku? Oboje są jacyś inni od wczoraj. Lily trochę zmieniła podejście do nas. Wczoraj miło spędziliśmy popołudnie. Tak jakbyśmy wszyscy byli dobrymi przyjaciółmi. Mam nadzieję, że dzięki temu wszystko będzie dobrze. Że Lily pomoże nam się odnaleźć i ustawi nas do pionu. Sprawi, że się dogadamy. A najbardziej liczę, że pomoże Zayn’owi uporać się z przeszłością.
- Lily! – krzyknął Jose zbliżając się do nas. Dziewczyna gwałtownie się obróciła i skrzywiła z bólu.
- Wszystko w porządku? Coś ci się stało? – zapytał Zayn.
- Co się dzieje Jose?
- Razem z Markiem sprawdziliśmy już ogrodzenie i uprawy. – powiedział Jose. – Dobrze się czujesz?
- Dzięki. Wiesz, że nie musiałeś.
- Idź z nimi pozbierać borówki ja się zajmę bydłem.
- Nie musisz …
- Dzisiaj ci nie odpuszczę. Ewidentnie źle się czujesz. I tak się ciesz, że nie wygnam cię z powrotem do domu.
Brunetka nie skomentowała tych słów tylko ruszyła w stronę jak myślę jakiegoś sadu. Gdy dotarliśmy zabrała się od razu do pracy. Przecież tych krzaczków było z milion. Z Zanem spojrzeliśmy po sobie i przyłączyliśmy się do niej. Zanim uporaliśmy się z tym wszystkim słońce już dawno świeciło wysoko na niebie. Byłem wykończony i ledwo słaniałem się na nogach. W końcu zasiadłem na jednej ze stojących skrzynek. Zayn klapnął zaraz po mnie. Natomiast Lily póki nie skończyła tego co miała zrobić nie zaprzestała pracy. – Zaraz chyba umrę. – mruknąłem.
- Ja też. – sapnął Zayn.
- Dlatego mówiłam, że nie będę was do niczego zmuszać. – powiedziała Lily dosiadając się do nas i podając po butelce piwa. – A z waszą kondycją jest jeszcze gorzej niż myślałam -dodała.
- A ty się nie napijesz z nami?
- Na co dzień nie piję alkoholu.
- Mogę cię o coś spytać? Tylko się nie wściekaj. – skinęła mi głową. – Czy masz jakieś marzenia ? Coś co chciałabyś dostać?
- Marzenia? Sama nie wiem. Nie marzę o niczym szczególnym, nie chcę skakać na bungee, zwiedzać całego świata albo władać wieloma językami. Choć to ostatnie prawie mi się udaje. Myślę, że chciałabym żeby w końcu coś mi się udało. Żeby było trochę łatwiej, lepiej. Żeby ludzie byli warci czegokolwiek. Chciałabym mieć więcej czasu. Więcej szczęścia. Więcej uśmiechu na twarzy. Chciałabym być szczęśliwa, mieć obok kogoś ważnego i dzielić z nim wszystko, całe swoje życie. To tyle.
- To dlaczego robisz wszystko, żeby tego nie mieć?
- Bo ja wiem. Życie nauczyło mnie, że nie warto marzyć. Ja po prostu stałam się kimś kim jestem teraz. Do tego stopnia, że jestem w tym całkiem niezła – mówić jedno, podczas gdy myśli się coś innego, zachowywać się, jakbym słuchała, kiedy nie słucham, udawać, że jestem spokojna i szczęśliwa, kiedy tak naprawdę jestem na skraju rozpaczy. To jedna z umiejętności, jakie doskonali się pod wpływem doświadczeń. Wystarczy ci taka odpowiedź?
- Jasne. I tak jestem zdziwiony, że w ogóle ze mną rozmawiasz. – odpowiedziałem. – To ja was może zostawię. Jestem padnięty. – dodałem posyłając brunetce wzrok typu „teraz z nim pogadaj”.

Lily odprowadziła Louisa wzrokiem po czym zwróciła się do Zayna – A ty co taki milczący siedzisz?
- Próbuję pojąć twoje słowa. I sądzę, że nie masz racji. Każdy człowiek powinien marzyć. To sprawia, że stajemy się choć odrobinę radośniejsi? Nie wiem jak to określić. To co ci powiedziałem to jest jakaś ¼ tego co przeżyłem, ale mimo to mam jakieś marzenia. Więc cię nie rozumiem.
- Widzę, że dzisiaj mam jakiś dzień szczerości więc ci coś powiem. Od pewnego czasu jestem sama. Sama tutaj i sama na świecie. Sama w sercu i sama w głowie. Sama wszędzie przez cały czas, od kiedy pamiętam. Sama w rodzinie, sama z przyjaciółmi, sama w pokoju pełnym ludzi. Sama, kiedy się budzę, sama każdego koszmarnego dnia, sama, kiedy w końcu nadchodzi ciemność. Jestem sama z moim przerażeniem. Choć nigdy nie chciałam być sama. Marzyłam, że będę miała kogoś obok. Teraz wiem, że tak się nie stanie. Ja jestem zdolna tylko do tracenia wszystkich. Straciłam rodziców, dziadka, Luka… Kurewsko tego nienawidzę. Nienawidzę tego, że nie mam z kim porozmawiać, nienawidzę tego, że nie mam do kogo zadzwonić, nienawidzę tego, że nie mam nikogo, kto potrzyma mnie za rękę, przytuli mnie, powie mi, że wszystko będzie w porządku. Nienawidzę tego, że nie mam nikogo, z kim mogłabym dzielić nadzieję, nienawidzę tego, że przestałam mieć nadzieję, nie znoszę tego, że nie mam nikogo, kto powiedziałby mi, żebym się trzymała, że jeszcze kiedyś je odnajdę. Teraz już rozumiesz? Marzenia nie są dla mnie. Nie wiem po co ci o tym mówię.
- Ja też dzisiaj będę szczery i ci coś powiem. Nie musisz być sama. Usilnie się przed tym bronisz, ale nie musi tak być. Rozumiesz? Nie wiem dlaczego, ale odkąd cię zobaczyłem mam taką potrzebę, żeby przebywać obok ciebie. To mi pomaga zapomnieć o wszystkim. Rozmowy z tobą są bardzo filozoficzne? Nie wiem jak to określić, ale ja cię rozumiem. Dla mnie najgorszy moment przychodzi wtedy, kiedy uzmysławiam sobie, jak bardzo wszystko nie jest okej. Jak bardzo okłamuje sam siebie, jak bardzo nie chcę widzieć tego co się dzieje wokół. Jak przekłamuje wszystkie fakty i sprowadzam je do wersji wygodnej. Żeby tylko nie bolało, żeby tylko nie myśleć. I ogarnia mnie wtedy niespotykana samotność, otępienie. Nie mogę z nikim o tym pogadać, nie mogę nawet wyjść na papierosa i o tym pomilczeć. Jestem sam ze sobą i tym co zjada mnie od środka… Gdybyś tylko pozwoliła…
- Nie zaczynaj nawet. Sam odseparowujesz się od ludzi a wymagasz nie wiadomo czego ode mnie. Nie wymagaj zmiany od innych, jeśli sam nie potrafisz się zmienić. Jeśli twierdzisz, że nie potrafisz, pomyśl co musi czuć osoba, od której tego wymagasz. – powiedziała Lily po czym ruszyła w stronę domu.
- Lily! Zaczekaj!
- Nie Zayn. To wszystko nie ma sensu. Staram się wam pomóc, ale stwierdzam, że nie potrafię. Nie potrafię uświadomić wam dlaczego macie takie szczęście, że macie to grono przyjaciół. Nie potrafię pokazać wam jak ważne jest cieszenie się każdą chwilą. Nie potrafię sprawić żebyście docenili to co macie. Nie potrafię…
Nie skończyła gdyż Zayn obejmując jej szyję jedną ręką, przyciągnął ją blisko i pocałował. Mocno. Bez litości. To był brutalny, prymitywny pocałunek, w którym zawarte były wszystkie jego uczucia do niej. Wlał je w jej usta towarzyszące mu wtedy emocje,  jakby chciał wczołgać się w jej duszę. Kiedy już się od siebie odsunęli patrzyli sobie prosto w oczy.
– Nie możesz tego robić. Rozumiesz? Wybrałeś złą osobę do tego. Obiecałam komuś, że pomogę rozwiązać ci twoje problemy, ale nie możesz tego robić. Nie mogę ci pomoc w taki sposób w jaki tego oczekujesz. Jedyne co mogę ci zaoferować to rozmowa. Więc proszę cię nie rób tego więcej.
Lily wyrwała się i mimo bólu pobiegła w stronę domu. Zayn usiadł z powrotem na jednej ze skrzynek i zaczął rozmyślać nad tym wszystkim co się wydarzyło odkąd tu przyjechał.



Siedzieliśmy z chłopakami w salonie, aż wrócił Louis. Ledwo szedł na nogach. Ciekawe co Lily im wymyśliła do pracy, że jest w takim stanie. Nawet nie miał siły nam wytłumaczyć gdzie jest Zayn. Od razu poszedł do swojego pokoju. Po jakimś czasie do domu wbiegła moja siostra. Nawet się nie zatrzymała. Od razu wbiegła na górę. Słychać było tylko trzask drzwi. Co tam się znowu stało no i gdzie jest Zayn.
- O co chodzi ?– spytał Niall.
- Nie mam pojęcia. Pójdę sprawdzić o co chodzi.
- To ja poszukam Zayna. – powiedział Niall.
Znajdując się pod drzwiami pokoju mojej siostry stałam tam przez chwilę nie wiedząc co zrobić. Dopiero jak usłyszałam jakiś trzask weszłam do pokoju. – Co ty robisz? Zostaw to! – krzyknęłam widząc jak Lily próbuje rzucić kolejną rzeczą o ścianę.
- Lizzy wyjdź!
- Co się stało ?
- Chce zostać sama nie rozumiesz!?
- Nie zostawię cię w takim stanie. Przestań rzucać tymi przedmiotami! – jednak Lily tak jakby mnie nie słyszała. – Powiedz mi co się dzieje!
- Nic się nie dzieje! To mój pokój i mogę w nim robić co chcę!
- Lily nie możesz się tak ciągle zamykać. Wiem, że cierpienie to świństwo, kto je lubi? Wszyscy chcielibyśmy mieć pancerz, który chroniłby Nas przed bólem. Ale człowiek wznosi mur, żeby obronić się przed tym, co przychodzi z zewnątrz, a w końcu odkrywa, że zamknął się w jego granicach. Nie zamykaj się, proszę cię. Porozmawiaj ze mną.
- Idź stąd Liz.
Nie wiedziałam co zrobić więc poszłam po chłopaków. W salonie zastałam tylko Harrego. – Chodź ze mną. Musisz mi pomóc!
- Co się stało? Dlaczego płaczesz?
- Proszę pomóż mi. Inaczej ona zniszczy wszystko.
Harry szybko wbiegł do pokoju i złapał Lily przyciągając do siebie tak aby już nie mogła się ruszyć.
- Puść mnie! Po jaką cholerę tu przyszliście!? Mówiłam, że chcę zostać sama!
- Uspokój się.- krzyknął Harry. Widziałam w jego oczach przerażenie. Ja pewnie też tak wyglądałam. Już od dawna nie widziałam Lily w takim stanie.  Od dwóch dni chodziła jakaś dziwna. Mam wrażenie, że to wszystko ją przytłacza, ale oczywiście się do tego nie przyzna.
- Proszę was wyjdźcie stąd. – szepnęła Lily głosem wypranym z wszelkich emocji.
- Wyjdziemy, jak się uspokoisz. – powiedział Harry.
Przez kilkanaście minut staliśmy w kompletnej ciszy. Harry cały czas trzymał ją w objęciach po to by się uspokoiła. Ja stałam tam parząc na tą dwójkę. Po chwili lokowany ją puścił.
- Chodźmy Harry. – powiedziałam po czym wyszliśmy z pokoju. – Przepraszam za to. Nie wiem co się z nią stało.
- Nie przepraszaj. Dobrze, że przyszłaś. Chodźmy postaram się coś ugotować bo wątpię, że Lily to zrobi.
- Nie musisz. Poproszę…
- Chociaż tak pomogę.
Dochodząc do schodów zastaliśmy tam Louisa. – Co się stało? Słyszałem krzyki?- spytał. – Dlaczego płaczesz? – dodał.
- Nie przejmuj się. Już jest ok. Idź odpocznij zawołam cię na obiad. – odpowiedziałam po czym ruszyliśmy do kuchni.

Nie wiem dlaczego to zrobiłam. Po prostu chciałam się na czymś wyżyć. Odkąd tu przyjechał ten zespół towarzyszy mi tyle emocji, że nie mogę tego ogarnąć. W dodatku Zayn wyraźnie oczekuje czegoś czego nie powinien. Od dawna nie należę do ludzi wrażliwych. Nie załamuję się, kiedy ktoś nagle odwraca się do mnie plecami. Nie upadam, gdy usłyszę kilka nieprzyjemnych słów. Nie zamykam się w sobie po stracie jakiejś osoby. Nie płaczę na pogrzebach. Podobno mam serce z kamienia. Nie biorę wszystkiego do siebie. Często wzruszam ramionami. Bywam obojętna, chłodna i nieprzyjemna. Ale w końcu nadchodzi taki dzień, kiedy kumuluje się wszystko to, co powinno było zaboleć, a umknęło gdzieś mimochodem. I ta lawina spada na mnie jak grom z jasnego nieba, i zawiera w sobie wszystko, czyjeś krzywdzące słowa, utratę wiary w siebie, odejście bliskiej osoby. I zabija, przygniata do ziemi, nie pozwala wstać, normalnie żyć. W jednej chwili powraca cała przeszłość, narasta z każdą minutą, boli z każdym oddechem coraz bardziej. I nagle gdzieś padają słowa "jest dobrze, jest okej", ale nie oszukujmy się, jest cholernie daleko od "okej". To zawsze tak jest. Kiedy poukładam sobie wszystko pojawia się coś lub ktoś co doprowadza do tego stałego cyklu. To dlatego to się stało. Staram się być twarda by zapobiec temu, ale i tak kiedyś to następuje. Zawsze wtedy myślę o tym co mnie spotkało. Lubię wracać do wspomnień, choć to boli. Lubię czasem mieć łzy w oczach, choć to smutne. Lubię cierpieć uczuciem z przeszłości, choć to teraz nie ma znaczenia. Jednak najbardziej lubię uświadamiać sobie później, że to wszystko mnie czegoś nauczyło, że to mnie wychowało. I wtedy wszystko wraca do rzeczywistości. Uspokajam się i na nowo przybieram maskę tej twardej. Teraz będzie jak zwykle pozbieram ten cały bałagan i będzie jak zwykle.

Wychodząc z domu nie bardzo wiedziałem, gdzie mam szukać Zayna. Poszedłem przed siebie. Idąc wzdłuż równo rosnących drzew doszedłem do plantacji borówek. Z oddali zauważyłem Malika. Siedział na jakieś skrzynce z twarzą w dłoniach. Po chwili wstał i cisnął skrzynkę przed siebie. – Co ty robisz? Oszalałeś? – krzyknąłem.
- Daj mi spokój.
- Tym razem mnie nie spławisz. Gadaj co się stało. – powiedziałem spokojniej. – I zostaw już te skrzynki.
- I co mam Ci powiedzieć, prawdę? Przecież nie chcesz jej znać. Bo co mam Ci powiedzieć? Że jest cholernie źle. Że mam ochotę stanąć na środku drogi i rozpłakać się że rozpierdala mnie od środka że już nie daje rady ze wszystko mnie niszczy i że chce umrzeć? Naprawdę chcesz to wiedzieć ?
- Tak dokładnie to chcę wiedzieć. Jesteś moim przyjacielem i chcę ci pomóc. Ale póki mi nic nie powiesz nie będę mógł tego zrobić. Wiem, że to co przeszedłeś… Nie potrafisz sobie z tym poradzić, ale wiedz, że masz nas wszystkich, z którymi możesz porozmawiać. Czasem lepiej z kimś porozmawiać. – odpowiedziałem. – No więc co się stało?
- Chodzi o to, że … Bo ja… Lily… kurwa!
- Pokłóciłeś się z Lily?
- Mhm.
- Co powiedziałeś?
- Dlaczego od razu sądzisz, że coś powiedziałem!?
- Zbyt dobrze cię znam Zayn.
- Po prostu powiedziałem coś czego nie powinienem był mówić. I to mnie cholernie denerwuje. Lily jest jedyną osobą, która mi pomaga. Nie chodzi o to, że wy tego nie robicie tylko … Ona zawsze wie co powiedzieć. Gada jakieś filozoficzne bzdety, ale najlepsze jest to, że to mi pomaga. Tak jakby między wierszami kryło się jakieś przesłanie. Rozumiesz? A teraz pewnie się do mnie więcej nie odezwie.
- Jestem innego zdania. Na pewno masz jakiś sposób by ją przekonać. Wierzę w ciebie. Cieszę się, że w końcu trafiłeś na kogoś kto cię rozumie. Dlatego nie możesz się poddać. Nie teraz. Ktoś w końcu do ciebie dotarł i jest w stanie ci pomóc więc nie możesz tego zaprzepaścić.
- Ja jestem taki popieprzony, że nie wiem czy warto próbować.
- Nie wiesz czy warto? Ja odpowiem Ci, że zawsze, bo jeśli cholernie Ci na czymś zależy, uprzesz się i zaprzesz samego siebie, stawisz czoło swoim słabościom i przeciwnościom losu, ale to zdobędziesz.
- Dzięki Niall, ale chyba na dziś mam już dosyć tej gadaniny.
- Nie ma sprawy, ale pamiętaj, że zawsze możesz ze mną pogadać. – odpowiedziałem na co mulat skinął mi głową.
Razem ruszyliśmy w stronę domu. Malik poszedł na gorę, a ja skierowałem się do kuchni. Zastałem tam…

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Obserwatorzy