zostaję sama, z własną psychiką, z własnymi
zdolnościami i dociera do mnie jak bardzo jest źle. Gdy nadchodzi wieczór i
próbuję zmusić się do uśmiechu, ale nie wychodzi. Gdy ląduję w swoim łóżku, w
swojej oazie i mogę odhaczyć kolejną kreskę na ścianie z serii
"bezwartościowych dni". Gdy zamykam oczy i jedyne o czym marzę to
zniknąć, wrócić, do któregoś ze snów, by choć przez chwilę móc znów żyć. Ból
jest tym, co odbiera mi życie, normalność, jakąkolwiek świadomość. Zabiera mi
wszystko, sens, ludzi, uczucia, wiarę. Jest niedostrzegalny, wręcz niewidzialny,
ale jest, żyje gdzieś we mnie, w mojej bezwartościowości, w moim poranku, w
odbiciu w lustrze, w nieświadomości, w oczach, w sercu. To jest właśnie ból,
który czuję każdego ranka. Z którym nie potrafię sobie poradzić. To dlatego
nikt mi nie może pomóc. Ktoś kto nie przeżył tylu rzeczy nie zrozumie tego. To
co odczuwam zrobiło ze mnie osobę, którą nigdy nie chciałam się stać. Jedynym
rzeczą, która pomaga mi każdego ranka wstać jest nadzieja, że choć na sekundę
będę mogła być szczęśliwa. Wiem, że to złudne nadzieje, ale bez tego chyba bym
się poddała. Z tą myślą zeszłam na dół. Jak zwykle jest jeszcze bardzo
wcześnie. Schodząc na dół spodziewałam się zastać błogą ciszę, jednak nie tym
razem. W kuchni siedział Liam i ewidentnie był nie w humorze. Po czym to
stwierdziłam? A no po tym, że po pierwsze jest bardzo wcześnie, a on tu siedzi,
a po drugie skubie nerwowo rąbek serwety. Cały czas się zastanawiam po jaką
cholerę się zgodziłam, żeby tu zostali? Sama mam problem ze zrozumieniem siebie
a tu jeszcze wychodzi na to, że każdego z nich coś trapi. I tak mu pomożesz.
Podświadomie jesteś zbyt dobra, więc nie zostawisz go samego. Oto najlepszy
dowód mówię, że będę ich unikać i nie będę się wtrącać, a cały czas i tak im
pomagam. Lepiej będzie jak
sobie pójdę.
- Cześć.
- O… Cześć Lily. – odpowiedział zaskoczony. Automatycznie
starał się być miły. – Już sobie idę.
- Spokojnie. Ja i tak zaraz wychodzę. – odpowiedziałam. Liam
powrócił do poprzedniej czynności. Tradycyjnie wypiłam szklankę soku i kiedy
chciałam już wyjść szatyn przemówił ponownie.
- Mogę cię o coś spytać? – kiwnęłam tylko głową. – Zrozumiem
jeżeli uznasz, że nie powinienem o to pytać, ale zaryzykuję. Czy kiedykolwiek tęskniłaś
za kimś tak bardzo, że mimo iż próbowałaś zająć się czymś innym i tak myślami
wracałaś do tej osoby? – no i co mam mu odpowiedzieć?
- Hmm… Jeśli mam być szczera to ja tęsknię odkąd pamiętam. Moi
rodzice zginęli jak byłam mała więc cały czas za nimi tęsknię.
- Oh… Nie to miałem na myśli. Przepraszam, że w ten sposób
ci o tym przypomniałem. Ja po prostu…
- Nie musi ci być przykro naprawdę. Spytałeś więc
odpowiedziałam i tyle. – przerwałam by zakończyć ten temat. – Chodzi o
dziewczynę prawda?
- Tak. Ma na imię Katie. Zawsze byliśmy w ciągłym kontakcie,
a teraz nie rozmawialiśmy już od czterech dni i bardzo za nią tęsknię.
Zazwyczaj widzimy się rzadko, bo ona studiuje albo ja wyjeżdżam. Chociaż rozmowy
i Skype nas ratowały a teraz nie mogę z nią porozmawiać. Gdybym mógł z nią
rozmawiać to mógłbym się bardziej poświęcić na przykład pomocy tobie.
- Po pierwsze ja nie potrzebuję waszej pomocy. Doskonale
sobie radzę bez was. Po drugie myślałam, że dacie radę, ale nie ważne. Telefon
i Internet są w gabinecie więc korzystaj do woli. A teraz wybacz muszę już iść.
- Ja nie chciałem…
- Nie musisz nic mówić doskonale rozumiem. – nie słuchając
już dalszych tłumaczeń wyszłam z domu.
No i po co się odzywałem? Teraz znów pewnie wrócimy do
początku. Chodzi właśnie o to, że ona nie rozumie. Nie chodziło mi o to, że nie
mogę wytrzymać bez Internetu itd. Chciałbym po prostu od czasu do czasu
porozmawiać z moją dziewczyną. Odniosłem wrażenie, że Lily odebrała moje słowa
jako atak. Chyba muszę spróbować porozmawiać z Zaynem. Wydaje mi się, że ta
dwójka znalazła nić porozumienia, ale oczywiście żadne z nich się do tego nie przyzna.
- Cześć.
- O. Cześć. Muszę z tobą pogadać.
- Niby o czym?
- Chodzi o Lily. – dopiero kiedy padło jej imię Zayn skupił
na mnie swoją uwagę.
- Coś jej się stało?
- Nie… Po prostu źle odebrała moje słowa i obawiam się, że
znów stanie się taka jak na początku.
- No i?
- Nie udawaj, że cię to nie obchodzi. Pierwszy raz od dawna
widzę cię takiego w formie. Chciałbym, żebyś z nią porozmawiał.
- Co zrobiłeś?
- Spytałem o dostęp do Internetu i …
- Przecież wiesz jaki to dla niej drażliwy temat. Sam
widziałeś co było jak wspomniał o tym Harry.
- No właśnie dlatego…
- Daruj sobie. – odpowiedział po czym wyszedł.
Wyszłam jak najszybciej się dało. Głównie po to by nie
wszczynać nowej kłótni. Może nie potrzebnie się zgodziłam, żeby tu zostali.
Ewidentnie to nie jest ich świat. Ich życie kręci się wokół elektroniki i
imprez, a nie spokojnego życia na wsi. W takim razie po co tu przyjechali? Po
co Paul sobie przypomniał o „La lunie”? No po co?
- Ola Lily!
- Cześć Jose. W sumie dobrze, że cię widzę. Zajmij się
dzisiaj wszystkim. Ja muszę przygotować się na wystawną kolację z rodziną
Garcia. Skoczę tylko do Jeffa i znikam w kuchni.
- Jasne. I tak znasz moje zdanie na temat twojej pracy.
- Nawet nie zaczynaj.
- Ok. Ale pozwól, że ci coś powiem bo widzę, że zmierzasz w
złym kierunku. Musisz tylko obiecać, że nie będziesz przerywać.
- No już dobra. Mów.
- Zacznę od tego, że uważam iż źle postępujesz. Rozumiem, że
„La luna” jest dla ciebie bardzo ważna, ale musisz też pomyśleć o własnym
szczęściu. Twój dziadek nie byłby zadowolony, że uciekasz w pracę. Dla niego
ranczo było najważniejsze, ale dla was był w stanie rzucić wszystko w cholerę. Wiele
razy wspominał, że jedyne czego pragnie, to widzieć waszą trójkę szczęśliwą. Chciał,
żebyście na pierwszym miejscu stawiali życie osobiste, a dopiero później zajęli
się ranczem. Wiem, że uważasz inaczej, ale taka jest prawda. Tom wpajał wam
miłość do tego miejsca po to żebyście dostrzegli to, co się liczy w życiu. On
wiele razy mnie prosił, żebym się tobą opiekował i powiedział ci to wszystko
gdybyś uciekała od tego, co najważniejsze.
- Ja od niczego nie uciekam. Przecież wiesz…
- Oj. Przestań pieprzyć. Luke był twoim bratem i na pewno, by
nie chciał, żebyś przez niego traciła szansę na miłość. Musisz w końcu pogodzić
się z tym, co się wydarzyło i przestać żyć przeszłością. Każdemu potrafisz
doradzić, gadasz te swoje filozofie więc dlaczego sama nie stosujesz się do
tego?
- Skończyłeś?
- Nie wściekaj się. Twierdzę, że całe swoje życie uciekasz.
Uciekasz przed wszystkim, przed każdym i również przed sobą. Boisz się pokazać jaka jesteś
naprawdę, a gdy już się odważysz to na nowo uciekasz, żeby nie żyć z tą
świadomością, że ktoś dotarł do ciebie. Nie przerywaj ktoś w końcu ci musi to
powiedzieć. Zostawiasz po drodze ludzi, którym zależy, albo tych, którym
przestało zależeć, bo nie możesz znieść myśli, że przestali Cię kochać.
Przecież Ty też przestajesz. I też Cię boli, kiedy oni uciekają. Taka jest
kolej rzeczy. Musisz wreszcie przerwać ten obłęd. Zatrzymaj się, zostań,
usiądź, pomyśl. Daj sobie chwilę, pozwól sobie na cierpienie. Ucieczka przecież
niczego nie naprawi. A kiedy przypadkiem się potkniesz i upadniesz, wszystko
to, co zostawiłaś za sobą Cię dopadnie. Wiesz, że tak będzie. Zawsze tak jest.
Nie dopuszczaj do tego. Zmierz się z tym od razu. Wtedy jeśli kiedyś upadniesz,
nie będzie czuć tego całego ciężaru, który nie pozwala Ci wstać. Wtedy będziesz
wiedziała jak sobie z wszystkim radzić. Zrozum, że życie wiele nam daje, ale
jeszcze więcej zabiera. Jednak zawsze po burzy wychodzi słońce. Wszystkich w
końcu dotyka sprawiedliwość.
- Sprawiedliwość? Jaka sprawiedliwość? Czy według ciebie
sprawiedliwe jest to, że jakiś pijak zabił mi rodziców, a sam nie poniósł kary?
Czy może to, że straciłam dziadka a potem Luka? Nie rozumiesz, że ja po prostu
się boję. Boję się każdego ranka. Każdego ranka wstaje z myślą czy znowu czegoś
nie straciłam. Dlatego nie staram się niczego więcej zdobyć. Boje się, że znowu
coś stracę, a tego bym nie zniosła. No powiedz ile tak można? Dlatego jestem
taka jaka jestem. I proszę cię więcej nie wmawiaj mi tych bzdur i nie wracaj do
tego.
- W końcu szczerze rozmawiamy. To jest właśnie twój problem,
że mierzysz wszystko jedną miarą. Zrozum, że to wszystko miało cię czegoś
nauczyć. I nie chodziło mi o taką sprawiedliwość. Tyle cię spotkało, ale to nie
znaczy, że do końca życia masz się za wszystko obwiniać!
- Nie wtrącaj się w nie swoje sprawy. A teraz muszę już iść.
- Ale…
- Żadnego ale. Koniec tematu. Wszyscy uważają, że mają prawo
wtrącać się w moje życie, ale to moje życie i zrobię z nim co będę chciała.
Zajmij się sobą a ode mnie się odczep!
Odkąd tu przyjechałem jakoś nie mogę spać. Normalnie to
przed 12 nie można mnie było ujrzeć na nogach, ale tutaj to inna bajka. Budzę
się wcześnie i podświadomie robię wszystko by spotkać Lily. Ta brunetka zapadła
w moje myśli. Cały czas zastanawiam się co robi i co czuje. Trudno ją rozgryźć.
Rozmowa z Liamem mnie wkurzyła. Po co on o tym wspominał. Już myślałem, że
udało mi się wczoraj minimalnie przekonać Lily do mnie a dziś czuję, że będzie
gorzej niż na początku. W sumie dlaczego mi aż tak bardzo zależy? Miałem do
czynienia z wieloma dziewczynami i jakoś nie miało to na mnie takiego wpływu
jak ona. Może się zakochałeś? Co?
Nie! To na pewno nie to. Jest bardzo ładna, ale prędzej jest to chęć pomocy czy
coś takiego. Czyżby? Moją kłótnie sam
ze sobą przerwał widok brunetki. Szła prowadząc za sobą konia. Mówiła, że
codziennie jeździ więc to dziwne. W sumie wczoraj krzywiła się z bólu. Myślała,
że nikt tego nie zauważy no, ale…Martwisz
się? Postanowiłem jej wyjść na spotkanie, ale dostrzegając jej minę od razu
tego pożałowałem.
- Czy ty mnie prześladujesz?
- O, cześć Lily ciebie tez miło widzieć.
- Nie chcę z nikim rozmawiać. Idź sobie stąd.
- Coś się stało?
- Wszystko i nic. Nie podchodź bliżej. Jeff jest zazdrosny i
nie lubi obcych.
- Nie rozumiem?
- Tu nie ma nic do rozumienia. Zostaw mnie samą i zajmij się
sobą. – odpowiedziała po czym szybko skierowała się w stronę stajni. Postanowiłem
zaczekać na nią w kuchni. Zważając na godzinę z pewnością się tam pojawi.
- No i co? -spytał Liam jak tylko mnie zauważył.
- Nie jest gorzej niż wczoraj było. Sprawiała wrażenie
bardziej urażonej niż wkurzonej, ale do końca nie jestem pewien.
- Może spróbuje jej wytłumaczyć …
- Już lepiej się nie odzywaj. Idź się przygotować na tą
wycieczkę lepiej.
- A ty?
- Ja nigdzie nie jadę. Nie jestem w nastroju.
- Tak to się teraz nazywa? – spytał Liam z cwaniackim
uśmiechem. Nie czekając na moją odpowiedź wyszedł.
*
Po śniadaniu pozostali pojechali na wycieczkę. Osobiście
wolałem zostać tutaj. Lily nie była zbytnio zadowolona z tego i nawet nie próbowała tego ukrywać. Jakiś
postęp, chociaż próbuje okazać jakieś emocje. Staliśmy przed domem dopóki
samochód nie zniknął nam z pola widzenia. Wtedy Lily się do mnie odwróciła
posyłając mi groźne spojrzenie. Nie czekając na moja reakcję weszła z powrotem
do domu. Nie miałem zamiaru dać za wygraną. Nie dzisiaj kiedy zostaliśmy sami.
Postanowiłem wykorzystać tą sytuację i dowiedzieć się kilku rzeczy. Wchodząc do
domu od razu skierowałem się do kuchni. Tak jak się spodziewałem była tam
brunetka. Włosy miała upięte na czubku głowy i wyglądała uroczo. Krzątała się
po pomieszczeniu próbując wszystko przygotować na „słynną kolację w porze
obiadu”, jak to określiła Lizzy. Wizja spotkania z tamtą dziewczyną, co mnie
wcześniej napadła nie napawała mnie radością, no ale będę mógł spędzić czas z
Lily. Zauroczyła cię ta dziewczyna. – Może się do czegoś
przydam?
- Nie potrzebuję ….
- Wiem nie potrzebujesz pomocy
itd. Ale jak ci pomogę, to szybciej skończysz. – szybko jej przerwałem. Lily
patrzyła na mnie przez chwilę jakby rozważała czy kryje się za tym jakiś
haczyk.
- Niech będzie. Zajmij się
krojeniem warzyw tylko nie podchodź do mnie. Nie jestem w zbyt dobrym humorze,
a nie mam ochoty się kłócić. – tylko podniosłem ręce w obronnym geście.
Przygotowanie tej całej kolacji
zajęło nam dobre 3 godziny. Muszę przyznać, że panna Eastwood ma talent
kulinarny. Wszystko wyglądało i pachniało wyśmienicie, aż zrobiłem się głodny.
Próbowałem skubnąć choć odrobinę, ale skończyło się na tym, że dostałem po
łapach. Mimo wcześniejszych zapewnień świetnie się bawiłem podczas tego
gotowania. Nawet kilka razy udało mi się rozśmieszyć brunetkę. Miło było ją
widzieć taką radosną. Ta cała gadka o złym humorze miała mnie zniechęcić, ale
ja nie byłbym sobą gdybym nie próbował wciągnąć ją do rozmowy. Udało mi się
dowiedzieć, że Lily nienawidzi grzybów, kukurydzy i nie słodzi herbaty.
Szczerze mówiąc wydobyłem te informacje małym podstępem no, ale zawsze coś.
Jednak Lily nie była mi dłużna. Tak mną zakręciła w tej rozmowie, że również
przyznałem się do kilku niezbyt chlubnych czynów z mojego życie. Z pewnością
nadałaby się na jakiegoś terapeutę, ale jak sama powiedziała nie mogła by
słuchać tych wszystkich bzdur, z którymi zwykle przychodzą do takich miejsc
ludzie.
- Idę się przebrać i tobie też to
radzę.
- Ależ oczywiście.
Szybko skoczyłem do pokoju
zakładając pierwszą lepszą czarną koszulę. Ułożyłem jeszcze włosy i gotowe.
Docierając na dół nie zastałem jeszcze Lily więc postanowiłem poczekać. Kiedy w
końcu ją zobaczyłem, aż zaparło mi dech w piersi. Nie myślałem, że mogłaby
wyglądać jeszcze piękniej niż zwykle. Na co dzień prezentuje się bardzo ładnie,
ale teraz przeszła samą siebie.
- Zobaczyłeś ducha?
- Co?
- Nie patrz się tak.
- Podziwiam twoją urodę. –
wypaliłem zanim to przemyślałem.
- Taa… Nie myśl sobie, że to coś
zmieni. Naprawdę staram się być miła, więc daruj sobie te puste teksty.
Nie zdążyłem nic dodać gdyż
przerwały mi odgłosy klaksonu. Lily udała się przywitać gości więc mi nie
pozostało nic innego, jak pójść za nią. Jednak to był błąd, bo ta jak jej tam
było? Anna? Ana. Zaczęła piszczeć na mój widok. Dopiero jej ojciec ją upomniał.
Postanowiłem nie ryzykować tego, że zaraz się na mnie rzuci dlatego złapałem
Lily w talii i stanąłem za nią. Brunetka cała się spięła na mój dotyk. – Proszę
cię uśmiechnij się. Inaczej ona mnie zadusi. – szepnąłem jej na ucho. Ta tylko
spojrzała na mnie z miną typu „później cię zabiję” i przybrała najsztuczniejszy
uśmiech jaki mogła. Pannę Garcia wyraźnie wkurzyła moja postawa.
- Witam Panno Eastwood. – zwrócił
się do niej starszy mężczyzna.
- Dzień dobry. Zapraszam do
środka.
- A pan to kto? – odparła matka
Any.
- Mówiłam ci mamo, że to Zayn z
One Direction.
- Faktycznie. Miranda Garcia,
mama Any.
- Zayn Malik.
- To jest mój mąż David.
- Miło mi.
- Co cię tu sprowadza Zayn?
- Sprawy prywatne.
- Chodźmy nie będziemy stali przy
wejściu. – na szczęście przerwał Pan Garcia.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz