Sama nie wiem co czuję. On poruszył we mnie coś o czym nie miałam pojęcia i nie wiem jak się zachować. Może w innych okolicznościach... Dobra dosyć tego! - powiedziałam sama do siebie po czym skierowałam się do łazienki. Zdejmując wszystko z siebie weszłam do kabiny prysznicowej. Po chwili poczułam ciepłe strużki wody na ciele, które pozwoliły mi się odrobinę odprężyć. Po prysznicu owinęłam się puchatym ręcznikiem i wyszłam z łazienki. Zapinając guziki od koszuli usłyszałam pukanie do drzwi. - Chwileczkę - odpowiedziałam po czym przejrzałam się w jedynym lustrze, które miałam. Był to prezent od Luke'a dlatego nie potrafiłam go wyrzucić. Otwierając drzwi moim oczom ukazała się Maria.
- Przyszłam spytać czy zejdziesz na śniadanie?
- To już jest tak późno? - odpowiedziałam zerkając na zegarek - Dobra chodźmy.
Schodami udałyśmy się na dół. W połowie drogi było słychać rozmowy i krzyki a także brzęczenie naczyń. Dostrzegając sytuację panującą w kuchni patrzyłam się w osłupieniu. - Mogę wiedzieć co tu się dzieje?
- Witaj Lily - zaczął Liam
- Robimy z Lizzy śniadanie - odparł jak gdyby nigdy nic Niall.
- Przegrali zakład i taka była kara - zwrócił się w moją stronę Louis.
- Po co wam tyle jedzenia?
- Louis chce kanapki, Harry naleśniki, Liam z Kate tosty, Zayn jakieś placki, Maria jajecznicę, no a my wszystkiego po trochu... - zaczął Niall próbując robić milion rzeczy na raz.
- Lizzy odłóż tą patelnię w bezpieczne miejsce i odsuń się od kuchenki. - zaczęłam - Dlaczego pozwoliłaś jej gotować? Przecież wiesz co było ostatnio? - dodałam bardziej zirytowana.
- Na mnie nie patrz. Ja mam zwichniętą rękę - broniła się Maria
- Ale Lily... - zaczęła moja siostra.
- Idź usiądź zanim spalisz cały dom i więcej już nic nie mów. - zwróciłam się w jej stronę - A wy z laski swojej moglibyście mu trochę pomóc, a nie tylko się przyglądacie. Mimo, że taka była stawka zakładu to nie fair, że Niall gotuje dla was wszystkich, marnując przy tym wiele jedzenia.
- Z Niall'em to nic się nie zmarnuje - odchrząknął Louis.
- Dobra. W zamian za takie zachcianki, każdy z was z wyjątkiem Niall'a i Marii, w nagrodę po śniadaniu pójdzie w odpowiednie miejsce i przyniesie te składniki z których było jego śniadanie. Jasne? - zakończyłam swoją wypowiedź na co wszyscy odpowiedzieli mi skinięciem głowy. - No i świetnie.
- Lily a ty co zjesz? - zwrócił się w moją stronę blondyn
- Idź usiądź i odpocznij, ja sobie coś wymyślę. - odpowiedziałam i zabrałam się za swoje śniadanie. Najpierw popatrzyłam na to, co jeszcze pozostało w lodówce, po tym szturmie. Jajka są, mąka też, odrobina kakaa też się znajdzie, kilka borówek... w sam raz na omlet. Nastawiając piekarnik zaczęłam wszystko mieszać, jednocześnie pilnując pozostałych potraw. Wylewając masę na blachę i przekładając ją borówkami włożyłam foremkę do piekarnika, po czym zaczęłam smażyć resztę naleśników. Po kilku chwilach przyjemny zapach rozniósł się po kuchni. Po kilkunastu minutach wszystko było gotowe. Każdy zabrał się za swoje śniadanie. Nakładając sobie porcję dołączyłam do pozostałych.
- Co to jest, że tak nieziemsko pachnie? - spytał blondyn
- Omlet kakaowy - odpowiedziałam i zabrałam się za jedzenie. Cały czas widziałam, że Niall wpatruje się w mój talerz jak w obrazek, z kolei Zayn we mnie. Dosłownie nienawidzę jak ktoś patrzy się na mnie jak jem. Skubiąc kawałek wstałam od stołu czym zwróciłam uwagę wszystkich zebranych. Podchodząc do piekarnika i zabierając po drodze talerz nałożyłam podwójną porcję omletu po czym postawiłam ją pod nosem Horan'a. - Masz, może w końcu przestaniesz się na mnie gapić - powiedziałam powracając na swoje miejsce w akompaniamencie śmiechu pozostałych.
- Uwielbiam cię. To jest pyszne - powiedział.
- Daj spróbować... - zwrócił się do niego siedzący obok Louis
- Nie to jest moje - odparł blondyn przesuwając talerz jak najdalej od szatyna.
- Na blaszce jeszcze zostało. Powinno starczyć dla wszystkich - zaczęłam bardziej zirytowana, na co wszyscy dosłownie zerwali się ze swoich miejsc, po chwili zajadając się omletem. Patrzyłam na nich z politowaniem. "Normalnie jak dzieci" - pomyślałam. Tą przyjemną atmosferę przerwał dzwoniący telefon.
- Siedź, ja odbiorę - zwróciłam się do Marii widząc, że zamierzała wstać.
- Ranczo "La Luna". W czym mogę pomóc?
- Moje nazwisko Steve Albrock z Departamentu Oszczędności Banku Ystad. Chciałbym rozmawiać z właścicielem rancza.
- Lilianna Eastwood, właścicielka rancza - odpowiedziałam z naciskiem na dwa ostatnie słowa - O co chodzi?
- W naszym banku założono lokatę, której termin właśnie upłynął. Beneficjentem jest właściciel rancza, czyli w tym wypadku Pani.
- Czy to jest jakiś żart? - spytałam w wyraźnym szoku.
- Wszystko jest jak najbardziej prawdziwe. Musi się Pani stawić w oddziale banku, by podpisać odpowiednie dokumenty i zdecydować, co zrobić z pieniędzmi. Kiedy może Pani przyjechać?
- Nawet dzisiaj. O 16 może być?
- Tak. To do zobaczenia.
- Tak. - odpowiedziałam i usłyszałam dźwięk zakończonego połączenia. Stałam przez chwilę w osłupieniu patrząc na telefon w moim ręku. Jaka lokata? O co w tym wszystkim chodzi?
- Lily? Stało się coś? - doszedł mnie głos Lizzy przez co się ocknęłam i obróciłam w jej kierunku. Dostrzegłam, że wszyscy z niepokojem wpatrują się we mnie.
- Maria idź do gabinetu i poczekaj tam na mnie. Idę po Jose musimy natychmiast porozmawiać.
- A ja? - spytała moja siostra.
- Ty się zajmij nimi - wskazałam i wyszłam.
Wczoraj Lily ponownie uciekła. Pozostawiła mnie bez słowa. Ciągle to robi, ucieka. Tak bardzo chciałbym się do niej zbliżyć. Zależy mi na niej. Czy ona faktycznie tego nie widzi? Przy śniadaniu wpatrywałem się w nią jednak ani razu nie zaszczyciła mnie spojrzeniem. Po telefonie natychmiast wyszła z kuchni. Czy coś znowu się stało? Muszę sprawdzić o co chodzi. - Przepraszam was. Sprawdzę o co chodzi. - powiedziała Maria po czym opuściła pomieszczenie. Wspólnie zastanawialiśmy się o co chodzi. Z gabinetu można było jedynie usłyszeć jakieś szmery czasem przerywane krzykami Lily. Po jakiś pół godzinach w kuchni ponownie zjawiła się brunetka wraz z Marią i Jose. - Lizzy bądź gotowa na 15. Musisz ze mną jechać. - powiedziała jedynie po czym skierowała się do swojego pokoju. Zerkając po wszystkich i wyłapując od Lizzy nieme "Idź za nią" zrobiłem tak jak prosiła. Skręcając w stronę skrzydła domu zajmowanego przez Lily przystanąłem zauważając, że brunetka trzyma w ręku jedną z ramek licznie wiszących na ścianie.
- Co ty znowu wymyśliłeś? Czym więcej czasu mija tym więcej spraw wychodzi na światło dzienne... Wiesz, że brakuje mi ciebie... Zawsze byłeś i wiedziałeś co powiedzieć... Mimo, że byłam okropną siostrą... Nie zjawiłam się nawet na twoim pogrzebie... po prostu nie mogłam się z tym pogodzić i chyba nadal nie mogę... Luke bardzo za tobą tęsknie... Nie wiem co mam robić... Nie mam już sił by walczyć z całym światem....- zakończyła odkładając zdjęcie do pudełka. Po chwili trafiały tam kolejne zdjęcia. Dziewczyna skierowała się do jednego z pokoi więc poszedłem za nią. W pomieszczeniu znajdowało się zrobione z drewna siedzisko na którym leżało mnóstwo poduszek. Zresztą cały pokój obity był drewnianymi belkami. Na licznych szafkach, zawieszonych na jednej ze ścian, znajdowało się mnóstwo przedmiotów i zdjęć. Na środku stało biurko na którym zauważyłem sterty jakiś dokumentów.
- Zayn? Co ty tu robisz? - powiedziała zaskoczona Lily dostrzegając mnie w pokoju.
- Przyszedłem z tobą porozmawiać.
- Jestem zajęta.
- To najpierw ci pomogę a później porozmawiamy. To co mam robić? - powiedziałem podchodząc do niej.
- Czy ty nie możesz zrozumieć, że niczego od ciebie nie chcę? - odpowiedziała odwracając się w moją stronę i o mało co na mnie nie wpadając. Uchroniłem ją przed upadkiem obejmując w tali. Przez chwilę patrzyliśmy sobie prosto w oczy. - Już możesz mnie puścić. - powiedziała po chwili brunetka. Ja jednak nic sobie z tego nie zrobiłem. Zacząłem zbliżać swoją twarz do jej. Kiedy dzieliły nas dosłownie milimetry, tak że mogłem poczuć oddech dziewczyny na swoich ustach ta przerwała tą magiczną chwilę. "Dlaczego ona się tak przed tym broni?" - pomyślałem.
- Kiedy człowiek jest zamieszany w tragiczne wydarzenie, które zmienia całe jego życie, pojawia się pewien problem. Wydaję mu się, że będzie musiał zmierzyć się tylko z tym tragicznym wydarzeniem, które zmieniło całe jego życie z nagłymi wspomnieniami, z bezsennymi nocami, z obsesyjnym odtwarzaniem w głowie poszczególnych faktów, z pytaniem samego siebie, czy postępował słusznie, czy mówił to, co należało, czy może mógł wszystko zmienić, gdyby zrobił coś choćby odrobinę inaczej. - powiedziała cofając się kilka kroków i odwracając by na mnie nie patrzeć. Znowu podszedłem do niej i stanąłem za nią. Tym razem nie odpuszczę. W tamtej chwili uświadomiłem sobie jednak, że to była pierwsza rzecz, której musiałem się o niej dowiedzieć i być może najtrudniejsza jakiej przyszło mi się kiedykolwiek nauczyć – a mianowicie tego, że ona jest tylko swoją własnością, a to, co mi daje, jest kwestią jej wyboru i jest przez to cenniejsze. Czasami motyl przyfruwa by usiąść na otwartej dłoni, ale jeśli ją zamkniesz w taki czy inny sposób, motyl – i jego wybór by tam być – znikną.
- Dlaczego chociaż nie spróbujesz? - zapytałem.
- Nie mam zamiaru tego robić. Okoliczności nauczyły mnie, że albo walczysz albo przegrywasz. Nigdy nic po środku.
- Wytłumacz mi o co w tym wszystkim chodzi? Co takiego stało się w twoim życiu, że odpychasz od siebie wszystkich? Że nie chcesz być szczęśliwa? - próbowałem dalej wyciągnąć z niej to co chciałbym usłyszeć.
- Ty zasługujesz na dużo więcej - zaczęła mówić - Na kogoś, kto będzie Cię kochał w każdej sekundzie Twojego życia, kto będzie myślał o Tobie nieustannie, zastanawiając się, co w tej chwili robisz, gdzie jesteś, z kim jesteś i czy czujesz się dobrze. Potrzebujesz kogoś, kto pomoże ci spełniać marzenia i kto ochroni Cię przed tym, czego się obawiasz. Powinieneś mieć u swego boku kogoś, kto będzie traktował Cię z szacunkiem i kochał w Tobie wszystko, a zwłaszcza Twoje wady. Zasługujesz na życie z kimś, kto sprawi, że poczujesz się szczęśliwy, tak szczęśliwy, że wyrosną Ci skrzydła...A ja... nie potrafię być taką osobą - zakończyła nawet na mnie nie spoglądając. Przez chwilę zapadła krępująca cisza. Staliśmy tak w tym pokoju nie wiedząc co zrobić. Dlaczego ona tak uważa? Dlaczego nie może dostrzec tego, co do niej czuję? To, że mi na niej cholernie zależy?
- Nie Lily. Uważam, że potrzebujesz ludzi i to tak bardzo, że aż cię to przeraża. Odpychasz ich, żeby się za bardzo do ciebie nie zbliżyli, a potem tego żałujesz. Twierdzisz, że nie chcesz, żeby ktoś cię zrozumiał, ale to nieprawda. Bardzo tego pragniesz. Na prawdę można to dostrzec. Po prostu wydaje ci się tylko, że nikt nie jest w stanie cię zrozumieć, a nie zniosłabyś kolejnego zawodu. Mam rację?
- To nie jest ważne Zayn. Przyjechałeś tu w konkretnym celu, a nie po to by zajmować się moim życiem. Myślę, że udało mi się tobie pomóc, ale teraz to ty sam musisz naprawić resztę więc przestań się mną przejmować. Tyle czasu dawałam sobie sama radę dlatego poradzę sobie. - odpowiedziała przez co łapiąc ją za rękę odwróciłem w swoją stronę tak, że patrzyła mi prosto w oczy.
- Do cholery Lily! Przestań martwić się ciągle o wszystko. Nie zbawisz całego świata! Pomyśl choć raz o sobie i o swoim szczęściu. Dlaczego nie spróbujesz? Czy naprawdę nic do mnie nie czujesz? - powiedziałem podniesionym głosem. Lily milczała, ale widać było, że biła się ze swoimi myślami.
- Powiem ci coś, ale słuchaj uważnie. Potrzebuję kogoś, kto się nie podda. Potrzebuję kogoś, kto nie pozwoli mi martwić się o jutro, kogoś, kto każdego wieczoru będzie zapewniał mnie, że rano nadal będzie obok i zawsze dotrzyma słowa. Kogoś, kto będzie chciał być nawet wtedy, kiedy sama siebie nie będę mogła znieść. Wszystko, czego potrzebuję, to obecność. Poczucie bezpieczeństwa, że ten, którego pokocham, nie zniknie nagle, niezapowiedzianie, bez słowa. Wyobrażasz sobie, jak wspaniałe muszą być noce, kiedy zasypiasz z pewnością, że już nic złego nie może się stać? - powiedziała prawie na jednym wydechu. - Teraz widzisz, że ty nie jesteś w stanie tego zrobić. Nikt nie jest w stanie. Wszyscy w końcu uciekają, dlatego nie mogę spróbować. Nie mogę żyć złudzeniem, bo to... - nie skończyła gdyż zamknąłem jej usta pocałunkiem. Chciałem w ten sposób przekazać jej moje wszystkie uczucia. Sam nie jestem do końca pewny jakie. Nie mogłem również znieść jej słów. Obecność to również to, że można w każdej chwili polegać na drugiej osobie nie tylko to, że fizycznie będzie obok. Przez ten pocałunek chciałem jej to wszystko uświadomić. Odsunęliśmy się od siebie dopiero wtedy gdy zabrakło nam powietrza. Nasze przyspieszone oddechy były jedynym źródłem dźwięków w pomieszczeniu. Po kilku minutach Lily ponownie przemówiła. - Właśnie o tym mówię Zayn.- szepnęła i uwalniając się z mojego uścisku wyszła. Znowu mnie zostawiła, ale teraz chociaż wiem coś więcej. Udało mi się chociaż uzyskać jakąś cząstkę myśli dziewczyny.
*
- Lizzy jesteś gotowa? - usłyszałam głos siostry. Właśnie kończyliśmy jeść obiad. Odezwała się po raz pierwszy od czasu kiedy zjawiła się w pomieszczeniu. Za to Zayn w ogóle nie zszedł na posiłek. Niall poszedł do niego sprawdzić co się dzieje. Może od niego się czegoś dowie. Na Lily nie ma co liczyć w tej sprawie ona zawsze trzyma własne myśli gdzieś głęboko wewnątrz siebie i nikogo nie chce do nich dopuścić.- Wezmę tylko torebkę i możemy jechać - odpowiedziałam zauważając jej wyczekujący wzrok. Uzyskując odpowiedz Lily wyszła bez słowa wzbudzając we wszystkich jeszcze więcej pytań. Wzruszyłam tylko ramionami gdyż sama nie wiedziałam o co chodzi. Droga do banku minęła nam w absolutnej ciszy. W jej połowie moja siostra włączyła radio przez co z głośników wydobywała się jakaś spokojna melodia. Na miejscu okazało się, że Luke założył w banku jakąś lokatę, której termin właśnie dobiegł końca. Dziwne to wszystko jest. Nie spodziewałam się, że nasz brat miał aż tyle tajemnic. Tęsknię za nim. Zawsze był kiedy go potrzebowałam. Nawet teraz kiedy go już nie ma nam pomógł. Pieniądze z tej lokaty bardzo się przydadzą. Będziemy mogli podnieść się po kradzieży bydła. Lily zaproponowała aby podzielić je na trzy części: jedna miała trafić do mnie, jedna rozdysponowana na ranczo, a jedna miała trafić w ręce mojej siostry. Nie miałam nic przeciwko gdyż taki podział był sprawiedliwy. Początkowo Lily chciała oddać mi 1/3 a resztę przeznaczyć na "La lunę". Jednak z umowy wynikało, że nie można było tego zrobić. Po dokładnym wytłumaczeniu przez Steve'a Albrock'a z Departamentu Oszczędności Banku Ystad o co chodziło i ustaleniu wszystkiego mogłyśmy opuścić placówkę. - Lily czy coś się stało? Jakoś inaczej wyglądasz... - zapytałam z troską wyrywając ją z zamyślenia.
- Nie spałam najlepiej dzisiaj. Wracajmy już. - odpowiedziała po czym wsiadłyśmy do samochodu. Cały czas traktuje mnie z dystansem. Odpowiada tylko wtedy gdy nie ma wyjścia. Sama z siebie niewiele mówi. Boje się, że nigdy mi nie wybaczy. Że znowu otoczy się wielgachnym murem, którego nikt nie będzie w stanie zburzyć. Jechałyśmy właśnie drogą niedaleko rancza, która była o dziwo pusta. Nagle z naprzeciwka pojawił się czarny samochód, który jechał prosto na nas.
- Lily co się dzieje? - zapytałam zdenerwowana.
- Nie. To nie może być prawda. - wyłapałam tylko jej głos.
Moja siostra gwałtownie skręciła samochodem unikając zderzenia. Zza rogu wyłonił się drugi czarny samochód. Co się do cholery dzieje? Lily szybko wciskając pedał gazu skręciła w najbliższą możliwą drużkę. Spoglądając nie dostrzegłam nikogo. Samochód lekko się zatrząsł.
- Cholera! chyba złapałyśmy gumę - krzyknęła wzburzona brunetka.
- Co to było?
- Wysiadaj! Szybko! - krzyknęła Lily i podbiegając w moją stronę pociągła mnie gdzieś w jakieś krzaki.
- Lizzy posłuchaj mnie uważnie. Jeżeli się nie mylę jesteśmy w poważnych tarapatach. Musimy uciekać. Na mój znak będziesz biegła ile sił w nogach do "La luny". Bez względu na wszystko nie zatrzymasz się póki nie dotrzesz na ranczo. Obiecaj mi to.
- Obiecuję, ale co z tobą?
- Postaram się odciągnąć ich uwagę. Najważniejsze, żebyś ty była bezpieczna.
- Nie ma mowy! Albo razem albo wcale! - odpowiedziałam podniesionym głosem.
- Proszę cię. Zrób to o co proszę. - odpowiedziała po czym przykładając telefon do ucha powiedziała trzy słowa: Droga - oni - szybko i się rozłączyła.
- Tutaj są! - doszedł nas krzyk jakiegoś kolesia...




Brak komentarzy:
Prześlij komentarz