- Co ci się stało? - odparł, kiedy do końca się rozbudził.
- Nie schodź, bo się skaleczysz. - od razu zaprotestowałam kiedy chciał zejść po schodach - Wracaj do siebie. Nic się nie stało.
- Ty krwawisz. - odparł i nie zważając na moje protesty, ostrożnie zszedł na dół - Pokaż.
- Dam sobie radę.
- Wiem, że dasz. Pokaż. - delikatnie obejrzał moją dłoń - Gdzie macie jakąś apteczkę?
- W kuchni.
- Przyciśnij dłoń koszulką i chodźmy. - przeszliśmy razem do kuchni.
- Naprawdę nie musisz tego robić.
- Choć raz zapomnij o tym, co było. - powiedział z żalem. Wyciągnął apteczkę i zaczął opatrywać moją dłoń. - Teraz trochę zapiecze. - antyseptyki to niewdzięczne lekarstwa. Mocniej zacisnęłam usta kiedy Harry psikał mi tym czymś dłoń. Później nakleił plaster i wyrzucił opakowania do kosza. - Rozcięcie na szczęście nie jest zbyt głębokie, ale koszulkę to już możesz wyrzucić. - powiedział - Pójdę sprzątnąć odłamki.
- Ale... - i już go nie było. Ocknąwszy się poszłam za nim.
- Wiesz, że nie musisz tego robić.
- Wiem, ale choć na chwilę przestań się unosić dumą. Dobrze?
- Dziękuję. - popatrzył na mnie i skinął głową. Kiedy skończył sprzątać, usiadł na jednym ze schodków.
- Możemy porozmawiać? Tak szczerze.
- Nie chcę się z tobą kłócić. Powiedziałam ci, że będę się trzymać od ciebie z daleka.
- Ja też nie chcę. Po prostu porozmawiajmy.
- No, dobrze. - usiadłam obok niego, zachowując odpowiedni dystans.
- Przepraszam za to wszystko, co wcześniej mówiłem. Nie miałem racji. - zaczął - Nie. Nie przerywaj mi. Początkowo byłem wściekły, że tu przyjechaliśmy, ale nie chodziło mi o to miejsce. Byłem wściekły z powodu mojej byłej. Jedyne na, co miałem ochotę to się upić. W dodatku, to wszystko co się działo z Zayn'em... My dwoje najbardziej nie mogliśmy się dogadać. Ale o tym już ci chyba mówiłem. Naprawdę nie wiem dlaczego się wyżywałem na tobie. Któregoś dnia obserwowałem, jak pracujesz. Nie mogłem się nadziwić, że ty zajmujesz się tym wszystkim sama. Było mi strasznie głupio, że tak pospiesznie cię oceniłem. Teraz czym więcej się o tobie dowiaduję, tym z jednej strony bardziej czuje się jak kretyn, a z drugiej bardziej cię podziwiam. Wiesz, wszystkie dziewczyny, które do tej pory spotykałem były próżne. Dlatego szokiem dla mnie było, to że ty jesteś zupełnie inna. Sama prowadzisz ranczo i ogólnie we wszystkim chcesz sobie poradzić sama. To mnie trochę zdezorientowało. Chcę, żebyś wiedziała, że cię podziwiam i jeszcze raz za wszystko przepraszam. Nie chcę mieć w tobie wroga, i ja nie chcę być twoim wrogiem. - zakończył. Początkowo zamierzałam go wysłuchać i po prostu sobie pójść, ale nie mogłam tego zrobić.
- Nie będę kłamać, że nie uraziły mnie twoje słowa, ale możesz byś spokojny. Słyszałam już gorsze obelgi. Przywykłam już do tego. Na ogół jestem traktowana albo jak wariatka albo panna z kaprysami. Zdaję sobie sprawę, że mam trudny charakter, ale to jest wynikiem... zresztą nieważne. Wydaje mi się, że nie mówisz mi całej prawdy. Do czegoś nie potrafisz się przyznać nawet przed samym sobą. Powiem ci tylko, że dopóki tego nie zrobisz, nie zaznasz spokoju. Od pewnych spraw trzeba się odciąć grubą kreską. Trzeba zostawić za sobą, te sprawy, które do niczego nie prowadzą. Życie jest dane człowiekowi tylko raz. Należy więc wykorzystać je w taki sposób, by nie odczuwać męczącego bólu po latach przeżytych bez celu... - Słuchałem Lily z zaciekawieniem. Jak ona to robi, że jest taka silna? Skąd ona czerpie tyle siły? Normalny człowiek nie zniósł by tego wszystkiego. Ona jest przecież dziewczyną, a haruje więcej niż niejeden facet. To nie jest sprawiedliwe. W dodatku ktoś jej grozi. Jak można grozić tak odważnej i dzielnej dziewczynie? Naprawdę muszę być kretynem, że wcześniej tego nie dostrzegałem. Łatwo jest oceniać ludzi po pierwszym wrażeniu albo pod wpływem własnych emocji. - Masz rację, że nie mówię ci całej prawdy. Chyba dlatego, że jeszcze tego nie przebolałem. Nie wiem czy...
- Nie musisz mi tego mówić. Jeszcze nie jesteś na to gotowy. Ja to rozumiem. Jeśli kiedyś będziesz chciał, to zawsze możesz ze mną porozmawiać.
- Mogę ci zadać pytanie?
- Jasne. Najwyżej nie odpowiem.
- Czy byłaś kiedyś zakochana? W sensie, że ta druga osoba była dla ciebie wszystkim? - spytałem. Na twarzy Lily zauważyłem nikły uśmiech, który ostatecznie przerodził się w jakiś grymas. Już myślałem, że mi nie odpowie, ale w końcu się odezwała.
- Raz. Byłam raz zakochana. - powiedziała z napięciem w głosie.
- Nie chcę być wścibski, ale... Czy ty...
- Tak, Harry. Bardzo go kochałam, a później ta miłość przerodziła się w nienawiść. - zacisnęła dłonie w pięści - Teraz dopiero do mnie dociera, że tak naprawdę, to nie była miłość, tylko tak mi się wydawało. Teraz jedyne, co czuję to głęboka nienawiść. To jest chyba jedyna osoba, której nienawidzę. Zresztą podejrzewam, że on również mnie nienawidzi po tym, co zrobiłam. - uśmiechnęła się tajemniczo.
- Widzę, że z tobą nie warto zadzierać, co? - uśmiechnąłem się.
- Że też od razu na, to nie wpadłam. - pacnęła się w czoło - Przecież, to on mógł mnie okraść! Dzięki, Harry. - powiedziała i wstała ze schodów. Ścisnęła moją dłoń i powiedziała - Przeprosiny przyjęte. - i już jej nie było.
***
Właśnie schodziłam na dół kiedy zobaczyłam Laverage, jak znikał za drzwiami gabinetu Lily. Po za nim w domu było kilku policjantów. Jedni wchodzili, drudzy wychodzili. Istny armagedon. O co tu chodzi? Przeszłam do kuchni by zorientować się co się dzieje.
- Maria, co ci wszyscy ludzie robią na naszym ranczu?
- Sama nie wiem. Coś się ruszyło w sprawie kradzieży. Weź tacę i zanieś ją do gabinetu. Z tą ręką nic nie mogę zrobić! - tak jak prosiła Maria, poszłam do gabinetu. Kiedy tam weszłam, zobaczyłam Lily przy biurku, jak zawzięcie przeszukiwała jakieś papiery, a obok niej siedział Laverge i jeszcze jeden policjant.
- Przyniosłam kawę. - policjanci ochoczo dorwali się do życiodajnego płynu - Może jakoś pomogę?
- Na nic się zda tu twoja obecność. - powiedziała Lily, nawet nie zaszczycając mnie spojrzeniem.
- Ale...
- Lizzy nie mam czasu, żeby z tobą rozmawiać. Nie jesteś wtajemniczona, więc nie możesz pomóc, okej? Idź się zajmij gośćmi, żeby nam nie przeszkadzali. - zabierając tacę, zatrzasnęłam za sobą drzwi z hukiem. Ponownie weszłam do kuchni i rzuciłam ją o ścianę.
- Ej! Co się dzieje? - Niall poderwał się z krzesła.
- A co ma się dziać? Staram się jak mogę, a Lily i tak traktuje mnie jak powietrze...
- Lepiej nie wchodźcie jej dzisiaj w drogę. - od razu zainterweniowała Maria.
- Dlaczego ty jej zawsze bronisz?
- Staram się być sprawiedliwa. Ostatnio powiedziałaś kilka słów za dużo więc teraz musisz przecierpieć. Ale dzisiaj nie jest najlepsza chwila na jakiekolwiek interakcje z twoją siostrą.
- Powiesz mi chociaż o co chodzi?
- Nie wiem.
- Nie kłam! Ty zawsze wszystko wiesz!
- Nie tym razem, Lizzy.
- Ale...
- Lepiej mi pomóż, bo zaraz zejdą wszyscy. - zakończyła rozmowę Maria.
- Chodź usiądź i się uspokój, a ja pomogę Marii. - Niall pociągnął mnie w stronę krzesła, a sam jak powiedział zabrał się za rozstawianie wszystkiego na stole. Ledwo zdążyłam usiąść, usłyszałam jak ktoś schodzi po schodach. Zaraz za tym kimś, kolejne osoby zeszły na dół i po chwili prawie cała banda wpadła do kuchni.
- Cześć wszystkim. - Liam wraz z Katie dosiedli się do mnie.
- Co to za hałas? - Louis klapnął na krzesło i schował twarz w dłoniach. Zaraz po nim do kuchni wczłapał Harry i Zayn, który sądząc po zapachu zdążył już wypalić przynajmniej jedną fajkę.
- Co tu się dzisiaj dzieje? - usłyszałam głos Katie. Kiedy już zamierzałam się odezwać, wyraźnie doszedł do nas głos Lily.
- Czyś ty do reszty oszalał? Po cholerę nam policjant na ranczu? Może najlepiej przenieś tu cały komisariat, co? Tyle tu mamy miejsca, że z pewnością wszyscy się pomieścicie!
- Oho, Lily w akcji. - powiedziała Daga, pojawiając się w kuchni.
- Na, to wygląda. - mruknęłam.
- Liz, pamiętaj co ci mówiłam. - zwróciła się do mnie - To co na śniadanko? - Niall pomógł Marii i po chwili przed nami wylądowały talerze z jajecznicą. Wzięliśmy widelce i zaczęliśmy jeść.
- Cześć. - moja siostra zjawiła się w towarzystwie Laverage - No, siadaj. Jedzenia nie odmawiamy. - podała mu talerz i sama zabrała się za śniadanie. Kiedy skończyliśmy, rozległ się dźwięk silnika i po chwili w kuchni zjawił się Jose z jakimś facetem. Ale za, to jakim przystojnym! Policjant wstał i uścisnął dłoń nowo przybyłym.
- To jest porucznik Fletcher. Zatrzyma się tutaj na ranczu i będzie doglądał spraw z bliska. - Lily prychnęła, a Zayn aż się spiął kiedy zobaczył, jak Fletcher spogląda na Lily.
- Pan jest tu właścicielem? - skierował swoje pytanie do Jose. Oj, kolego gorzej nie mogłeś trafić.
- Nie, poruczniku.
- To w takim razie kto tu rządzi? - spytał zdezorientowany. Laverage zamierzał się odezwać, ale Lily go ubiegła.
- Lily Eastwood. Właścicielka "La luny". - niemal warknęła w jego stronę i zmierzyła go lodowatym spojrzeniem.
- Lily... - padło niemal jednocześnie z ust Marii i Jose.
- Shane Fletcher, miło mi. - skłonił lekko głową.
- Skoro wszystko jasne, to zapraszamy do stołu. - zainterweniowała szybko Maria.
- Dziękuję. Jadłem już.
- Fletcher, to jest Jose zarządca, Lizzy druga z właścicielek, Maria gospodyni, reszta to goście rancza. - przedstawił mu całą sytuację Laverage - Będziesz miał jeszcze wiele sytuacji by spędzić z nimi trochę czasu. A teraz pozwól ze mną, opowiem ci dokładnie czym się zajmiesz. Lily, możemy skorzystać z twojego gabinetu?
- Ależ, oczywiście. Czujcie się jak u siebie. - nie wiem czemu Lily jest taka niezadowolona.
- Sama nie wiem. Coś się ruszyło w sprawie kradzieży. Weź tacę i zanieś ją do gabinetu. Z tą ręką nic nie mogę zrobić! - tak jak prosiła Maria, poszłam do gabinetu. Kiedy tam weszłam, zobaczyłam Lily przy biurku, jak zawzięcie przeszukiwała jakieś papiery, a obok niej siedział Laverge i jeszcze jeden policjant.
- Przyniosłam kawę. - policjanci ochoczo dorwali się do życiodajnego płynu - Może jakoś pomogę?
- Na nic się zda tu twoja obecność. - powiedziała Lily, nawet nie zaszczycając mnie spojrzeniem.
- Ale...
- Lizzy nie mam czasu, żeby z tobą rozmawiać. Nie jesteś wtajemniczona, więc nie możesz pomóc, okej? Idź się zajmij gośćmi, żeby nam nie przeszkadzali. - zabierając tacę, zatrzasnęłam za sobą drzwi z hukiem. Ponownie weszłam do kuchni i rzuciłam ją o ścianę.
- Ej! Co się dzieje? - Niall poderwał się z krzesła.
- A co ma się dziać? Staram się jak mogę, a Lily i tak traktuje mnie jak powietrze...
- Lepiej nie wchodźcie jej dzisiaj w drogę. - od razu zainterweniowała Maria.
- Dlaczego ty jej zawsze bronisz?
- Staram się być sprawiedliwa. Ostatnio powiedziałaś kilka słów za dużo więc teraz musisz przecierpieć. Ale dzisiaj nie jest najlepsza chwila na jakiekolwiek interakcje z twoją siostrą.
- Powiesz mi chociaż o co chodzi?
- Nie wiem.
- Nie kłam! Ty zawsze wszystko wiesz!
- Nie tym razem, Lizzy.
- Ale...
- Lepiej mi pomóż, bo zaraz zejdą wszyscy. - zakończyła rozmowę Maria.
- Chodź usiądź i się uspokój, a ja pomogę Marii. - Niall pociągnął mnie w stronę krzesła, a sam jak powiedział zabrał się za rozstawianie wszystkiego na stole. Ledwo zdążyłam usiąść, usłyszałam jak ktoś schodzi po schodach. Zaraz za tym kimś, kolejne osoby zeszły na dół i po chwili prawie cała banda wpadła do kuchni.
- Cześć wszystkim. - Liam wraz z Katie dosiedli się do mnie.
- Co to za hałas? - Louis klapnął na krzesło i schował twarz w dłoniach. Zaraz po nim do kuchni wczłapał Harry i Zayn, który sądząc po zapachu zdążył już wypalić przynajmniej jedną fajkę.
- Co tu się dzisiaj dzieje? - usłyszałam głos Katie. Kiedy już zamierzałam się odezwać, wyraźnie doszedł do nas głos Lily.
- Czyś ty do reszty oszalał? Po cholerę nam policjant na ranczu? Może najlepiej przenieś tu cały komisariat, co? Tyle tu mamy miejsca, że z pewnością wszyscy się pomieścicie!
- Oho, Lily w akcji. - powiedziała Daga, pojawiając się w kuchni.
- Na, to wygląda. - mruknęłam.
- Liz, pamiętaj co ci mówiłam. - zwróciła się do mnie - To co na śniadanko? - Niall pomógł Marii i po chwili przed nami wylądowały talerze z jajecznicą. Wzięliśmy widelce i zaczęliśmy jeść.
- Cześć. - moja siostra zjawiła się w towarzystwie Laverage - No, siadaj. Jedzenia nie odmawiamy. - podała mu talerz i sama zabrała się za śniadanie. Kiedy skończyliśmy, rozległ się dźwięk silnika i po chwili w kuchni zjawił się Jose z jakimś facetem. Ale za, to jakim przystojnym! Policjant wstał i uścisnął dłoń nowo przybyłym.
- To jest porucznik Fletcher. Zatrzyma się tutaj na ranczu i będzie doglądał spraw z bliska. - Lily prychnęła, a Zayn aż się spiął kiedy zobaczył, jak Fletcher spogląda na Lily.
- Pan jest tu właścicielem? - skierował swoje pytanie do Jose. Oj, kolego gorzej nie mogłeś trafić.
- Nie, poruczniku.
- To w takim razie kto tu rządzi? - spytał zdezorientowany. Laverage zamierzał się odezwać, ale Lily go ubiegła.
- Lily Eastwood. Właścicielka "La luny". - niemal warknęła w jego stronę i zmierzyła go lodowatym spojrzeniem.
- Lily... - padło niemal jednocześnie z ust Marii i Jose.
- Shane Fletcher, miło mi. - skłonił lekko głową.
- Skoro wszystko jasne, to zapraszamy do stołu. - zainterweniowała szybko Maria.
- Dziękuję. Jadłem już.
- Fletcher, to jest Jose zarządca, Lizzy druga z właścicielek, Maria gospodyni, reszta to goście rancza. - przedstawił mu całą sytuację Laverage - Będziesz miał jeszcze wiele sytuacji by spędzić z nimi trochę czasu. A teraz pozwól ze mną, opowiem ci dokładnie czym się zajmiesz. Lily, możemy skorzystać z twojego gabinetu?
- Ależ, oczywiście. Czujcie się jak u siebie. - nie wiem czemu Lily jest taka niezadowolona.
***
- Możesz mi powiedzieć, co się dzieje? - dosiadłem się do Lizzy na werandzie.
- Nie wiem. Już sama się w tym gubię. Staram się naprawić nasze relacje, ale Lily... Wiesz, Niall czasami myślę, że ona by nie zwróciła uwagi, gdybym zniknęła... Choć z drugiej strony wiem, że nigdy by się coś takiego nie wydarzyło. Nie wiem, czy Lily przez swoje zachowanie próbuje mnie ukarać, czy faktycznie to wszystko wynika z tego, co się tu dzieje. Wczoraj była gotowa na wszystko, żeby mnie ratować. Widziałeś tego siniaka na jej policzku? Ten łajdak śmiał podnieść na nią rękę, a ja się tylko przyglądałam...
- Nie mogłaś nic zrobić. Lily świadomie chciała cię chronić. Pomyśl rozsądnie, czy jakbyś się nie ukryła zmieniłoby to coś? - spytałem, choć czułem jakiś dziwny ścisk kiedy przypomniały mi się wydarzenia wczorajszego dnia.
- Pewnie nie, ale wtedy może on by jej nie uderzył...
- Lizzy...
- Nie będę płakać. Obiecałam sobie, że będę silna i postaram się wspierać siostrę, jak tylko będę mogła. Choć muszę przyznać, że to jest naprawdę trudne. Lily doskonale daje sobie radę ze wszystkim. Sama. Zresztą zobacz. - wskazała dłonią przed siebie. Podążyłem wzrokiem w tamtym kierunku i zobaczyłem Lily, jak wbija jakieś kołki do ogrodzenia przy jednej z zagród. Obok niej to samo robił Jose i jego ojciec.
- Podejrzewam, że nawet się nie odważyli jej tego zabronić. - uśmiechnąłem się.
- Jeśli im życie miłe, to nie. - kąciki ust lekko jej drgnęły.
- Wkurzoną? To za mało powiedziane. Znam ją dobrze i wiem, że aż kipiała ze złości. Współczuję temu policjantowi, bo wydaje się całkiem w porządku. - wzruszyła ramionami.
- Zayn też nie był w zbyt dobrym humorze...
- Zauważyłam. Ale powiedz czy to nie zabawne? On bez dwóch zdań wpadł jak śliwka w kompot, a Lily tylko bez przerwy się na niego wydziera. On to musi mieć anielską cierpliwość. - zaśmiała się.
- Sam mu się dziwię. Nigdy nie należał do ludzi cierpliwych.
- Dopóki nie trafił na Lily.
- Ona dokładnie wie, jak poustawiać ludzi.
- Blondyneczki, przyłączycie się do nas czy będziecie dalej tak przynudzać? - rozbrzmiało pytanie Louisa.
- Ja ci dam zaraz blondyneczkę. - zerwałem się z miejsca i zacząłem go gonić. Biegaliśmy jak głupki, aż wreszcie Tommo schował się za plecami Moniki, która wychodziła z domu. Spojrzał zdezorientowana i zmrużyła oczy.
- O nie, kolego! - obróciła się do niego - Nie będę twoją tarczą.
- Ależ będziesz. - objął ją i z powrotem zwrócił w moją stronę. Lizzy przyglądała się tej scenie z rozbawieniem, a Daga stała z szokiem na twarzy.
- Dobra, wystarczy. - zarządziła Lizzy - Niall, chodźmy. - podeszła do mnie i pociągnęła za rękę w stronę altany. - Myślę, że lepiej ich zostawimy samych. - szepnęła mi na ucho.
- Chodźmy lepiej do stajni, chętnie zobaczę wasze konie. - pociągnąłem ją w drugą stronę, przypominając sobie, że Katie kazała mi ją trzymać z daleka od altany.
- Oh, no dobrze.
- Możesz już zabrać ręce. - Dagmara zwróciła się do mnie.
- Źle ci? - spytałem i oberwałem kuksańca w bok, przez co wypuściłem dziewczynę z objęć - Za co to?
- Za nico. Miałeś tylko sprawdzić czy Lizzy się niczego nie domyśla i zaproponować dołączenie do nas, a nie ganiać się jak debil z Niall'em. - powiedziała.
- Oj, skarbie. Nie dąsaj się tak. - posłałem jej mój firmowy uśmiech.
- Odczep się, Louis. - powiedziała - Chodźmy już. Mamy jeszcze dużo do roboty. - razem przeszliśmy do altany. Przygotowania do urodzin Lizzy szły pełną parą. Katie siedziała na drabinie i próbowała zamontować światełka.
- Skarbie, możesz tak nie trząść tą drabiną? - zwróciła się do Liama - Daga, weź te drugie lampki i zacznij wieszać z drugiej strony. - Katie aż za bardzo wczuła się w role dekoratorki.
- Już się robi.
- Pomogę ci. - powiedziałem, podstawiając jej drabinę.
- Tylko trzymaj mocno, żebym nie spadła. - Dagmara dość szybko znalazła się na szczycie drabiny i zręcznie oplatała belki światełkami. Przesuwałem drabinę jeszcze kilkukrotnie, aż wreszcie wszystkie belki były udekorowane. Dziewczyny zeszły z drabin i rozejrzały się w koło. - Idealnie.
- Harry, bo połamiesz te biedne kwiatki! - Katie szybko do niego podbiegła. Daga pociągnęła końcówki kabli, by ukryć je w jednym miejscu.
- Niech ktoś podłączy przedłużacz! - rozkazała i już po chwili Liam podawał jej wspomniany przedmiot. - Louis, podaj mi te druciki. Musimy spiąć razem te kable inaczej ktoś wywinie orła. - Razem z Harrym przystanęliśmy i patrzyliśmy, jak Daga zręcznie łączy kable i chowa je w wyrwach podłogi. - No, to próba generalna. - powiedziała podłączając kable do przedłużacza. Maleńkie żaróweczki zaświeciły się, ale w południe ciężko stwierdzić, jaki jest efekt.
- Na szczęście wszystko działa. - odetchnęła dziewczyna Liama.
- Gdzieś ty mnie wysłała po te badyle? - oburzył się Zayn, zjawiając się w altanie - Myślałem, że...
- Oj, nie marudź. - przerwała mu Katie.
- Teraz się módlmy, żeby Lizzy niczego nie zauważyła. - powiedziała Dagmara.
- Już Niall, o to zadba. - uśmiechnąłem się.
- Przysięgam, że jeszcze chwila i uduszę go własnymi rękami! - ni stąd ni z owąd, wparowała Lily i usiadła na jednej z ławek.
- Co jest? - odważyłem się spytać.
- Ten cholerny policjant działa mi na nerwy. - powiedziała, wywołując powszechne rozbawienie - Skąd on się w ogóle wytrzasnął? Nikt go tutaj nie potrzebuje.
- Daj spokój, Lily. - zaczęła Daga, ale Lily obdarzyła ją takim spojrzeniem, że od razu zamilkła.
- Czy ty zawsze jesteś taka milutka przy pierwszym spotkaniu? - padło z ust Zayna.
- Oczywiście. - odparła sarkastycznie - Widzę, że już skończyliście? - rozejrzała się po altanie.
- W zasadzie tak. - przytaknęła jej Katie.
- Jeszcze tylko trzeba coś ugotować. - powiedziała znacząco Dagmara.
- Ja się tym zajmę.
- Na to liczyłam.
- Mogę ci pomóc. - powiedzieli równocześnie Harry z Zayn'em.
- W sumie czemu nie. Idziemy.
- Możesz już zabrać ręce. - Dagmara zwróciła się do mnie.
- Źle ci? - spytałem i oberwałem kuksańca w bok, przez co wypuściłem dziewczynę z objęć - Za co to?
- Za nico. Miałeś tylko sprawdzić czy Lizzy się niczego nie domyśla i zaproponować dołączenie do nas, a nie ganiać się jak debil z Niall'em. - powiedziała.
- Oj, skarbie. Nie dąsaj się tak. - posłałem jej mój firmowy uśmiech.
- Odczep się, Louis. - powiedziała - Chodźmy już. Mamy jeszcze dużo do roboty. - razem przeszliśmy do altany. Przygotowania do urodzin Lizzy szły pełną parą. Katie siedziała na drabinie i próbowała zamontować światełka.
- Skarbie, możesz tak nie trząść tą drabiną? - zwróciła się do Liama - Daga, weź te drugie lampki i zacznij wieszać z drugiej strony. - Katie aż za bardzo wczuła się w role dekoratorki.
- Już się robi.
- Pomogę ci. - powiedziałem, podstawiając jej drabinę.
- Tylko trzymaj mocno, żebym nie spadła. - Dagmara dość szybko znalazła się na szczycie drabiny i zręcznie oplatała belki światełkami. Przesuwałem drabinę jeszcze kilkukrotnie, aż wreszcie wszystkie belki były udekorowane. Dziewczyny zeszły z drabin i rozejrzały się w koło. - Idealnie.
- Harry, bo połamiesz te biedne kwiatki! - Katie szybko do niego podbiegła. Daga pociągnęła końcówki kabli, by ukryć je w jednym miejscu.
- Niech ktoś podłączy przedłużacz! - rozkazała i już po chwili Liam podawał jej wspomniany przedmiot. - Louis, podaj mi te druciki. Musimy spiąć razem te kable inaczej ktoś wywinie orła. - Razem z Harrym przystanęliśmy i patrzyliśmy, jak Daga zręcznie łączy kable i chowa je w wyrwach podłogi. - No, to próba generalna. - powiedziała podłączając kable do przedłużacza. Maleńkie żaróweczki zaświeciły się, ale w południe ciężko stwierdzić, jaki jest efekt.
- Na szczęście wszystko działa. - odetchnęła dziewczyna Liama.
- Gdzieś ty mnie wysłała po te badyle? - oburzył się Zayn, zjawiając się w altanie - Myślałem, że...
- Oj, nie marudź. - przerwała mu Katie.
- Teraz się módlmy, żeby Lizzy niczego nie zauważyła. - powiedziała Dagmara.
- Już Niall, o to zadba. - uśmiechnąłem się.
- Przysięgam, że jeszcze chwila i uduszę go własnymi rękami! - ni stąd ni z owąd, wparowała Lily i usiadła na jednej z ławek.
- Co jest? - odważyłem się spytać.
- Ten cholerny policjant działa mi na nerwy. - powiedziała, wywołując powszechne rozbawienie - Skąd on się w ogóle wytrzasnął? Nikt go tutaj nie potrzebuje.
- Daj spokój, Lily. - zaczęła Daga, ale Lily obdarzyła ją takim spojrzeniem, że od razu zamilkła.
- Czy ty zawsze jesteś taka milutka przy pierwszym spotkaniu? - padło z ust Zayna.
- Oczywiście. - odparła sarkastycznie - Widzę, że już skończyliście? - rozejrzała się po altanie.
- W zasadzie tak. - przytaknęła jej Katie.
- Jeszcze tylko trzeba coś ugotować. - powiedziała znacząco Dagmara.
- Ja się tym zajmę.
- Na to liczyłam.
- Mogę ci pomóc. - powiedzieli równocześnie Harry z Zayn'em.
- W sumie czemu nie. Idziemy.




Brak komentarzy:
Prześlij komentarz